Zabójcza miłość

Zabójcza miłość

Chciałabym zgłosić uporczywe nękanie. Nie jestem przewrażliwiona, znosiłam to przez wiele lat, ale ostatnio sytuacja wymknęła się spod kontroli. To już przestało być uciążliwe, a zaczęło być niebezpieczne. Owszem, od kiedy sięgam pamięcią, miałam powodzenie, przywykłam do rojnych adoratorów, mogłam w nich przebierać jak w ulęgałkach. Dżentelmeni czule wyznawali mi miłość, morowi chłopcy wypisywali oświadczyny na murach, zresztą płeć tu nie miała znaczenia, paniom też się podobam. Czasem mi to schlebiało, nie powiem, zwłaszcza kiedy było ze mną kiepsko; w biedzie dobrego słowa nigdy dosyć. Tylko że ostatnio to jest jakaś epidemia. Najgorsza ta niedyskrecja – miło jest być adorowaną, ale kiedy czytasz o tym w gazetach, słyszysz w radiu i telewizji, a nawet trąbią o tym księża z ambon, masz prawo czuć się osaczona.

Ja mam wrażliwy słuch, jestem dość muzykalna, więc po prostu nie lubię, jak się krzyczy, a oni, ci moi miłośnicy, bo jest ich już masa cała, wrzeszczą do mnie o tej swojej miłości, jakbym była głucha. Wiem, to są zakompleksieni chłopcy, oni muszą się wzmacniać zwielokrotnieniem – jakby było ich widać, dopiero kiedy się ciągną na kilometr, i słychać, tylko gdy się wydrą na kilkadziesiąt tysięcy gardeł, zdetonują setki petard i zadymią miasto. Myślę sobie, że oni nie mnie kochają, tylko swoją miłość do mnie. Jeszcze mnie nazywają wielką i białą, no, to jest chyba co najmniej nieeleganckie. Może filigranowa nie jestem, ale figurę mam kształtną, od listopada do marca słońca mi brakuje, ale bladej karnacji nigdy nie miałam. I ta presja religijna – mam być katolicka albo wcale mnie nie będzie. To ma być wyznanie miłości czy pogróżka?

Najbardziej się pieklą na islam, może dlatego, że różnica najtrudniej dostrzegalna. Kobieta ma siedzieć w domu, najlepiej w kuchni, a zdrajcom śmierć. Toż to jakiś kompleks Otella – ciągle tylko chcą mnie chronić przed zdradą i zabijać wrogów, których upatrują w moich przyjaciołach. A ja chciałabym prosić o ochronę, ale nie ich, tylko przed nimi. Z obcymi hetero przyjaźnić się nie mogę, to pomyślałam, że o gejów nie będą zazdrośni, ale tu jest jeszcze gorzej. Jak słońce wychodzi po ulewie, zamykają oczy z obrzydzenia, żeby tęczy nie zobaczyć. No a nawet jak się dam w tej kuchni zamknąć, to będą niezadowoleni. Bo podam np. zupę z soczewicy. A jak nie zjedzą mięsa, to są głodni. Twierdzą, że to sprawa krwi i genów. Wegetarianizm to jakaś obca naleciałość. Prawdziwy Polak jest wojownikiem, mięsożercą, nawet owoców morza nie toleruje, ośmiorniczkami się brzydzi, widzi w nich wielkie ugotowane pająki. Kto nie szanuje polskiego dorsza i flądry polskiej, ten polskiego morza nie szanuje! Mięczaki, które się żywią zielskiem i robactwem morskim, to są na pewno jacyś potomkowie uchodźców.

Czyli dom otwarty to nie z nimi, żadnych obcych nie wpuszczać do domu, okna pozamykać, żeby nie wleźli, jak się im drzwiami trzaśnie przed nosem. Upodobania kulturalne też mają specyficzne, właściwie dla nich i sztuka musi być mięsna, sztuka to mięso, sztuka mięsa. Najbardziej lubią koninę: Kossaki, Michałowski, choć kasztanka Naczelnika z warsztatów amatorskich też może być, ewentualnie Matejko, wielkie sceny historyczne. Przepraszam, ale już mówiłam, że lubię ciszę, dla mnie takie batalistyczne malarstwo nazbyt zgiełkliwe. No ale mają swojego ministra dziewictwa narodowego i kultury psychofizycznej, już on wie, jaką kulturę mam spożywać, żeby się nie znarowić.

Zamiast zapytać, co mogą dla mnie zrobić, chcą wiedzieć, kogo mają dla mnie pobić. Być może ludzkość wariuje, kiedy czuje, że tylko wojna może jej dać kolejne dekady pokoju. Może taki już jest rytm natury i nic na to nie poradzimy – kiedy się robi za tłoczno, nadchodzi wojna i trzebi zasoby ludzkie. Ale ja wolę miłość pokojową od frontowej, a oni mi tę radość z pokoju odbierają, pieprząc nieustannie o tym, jak będą mnie kochać pod ostrzałem. Czasem sobie myślę, że gotowi wojnę wywołać, żeby móc okazać miłość. Jak tak lezą niczym pleń z tą miłością na sztandarach, jak tak z przytupem mnie kochają w nieprzebytym gąszczu nóg, to się czuję podeptana. Nie liczą na wzajemność i zrozumienie, nie chcą dyskutować, tylko maszerować – w końcu jest święto niepodległości, to nie podlega dyskusji. Czołem! W nos wroga! Od kiedy zbrunatnieli, wiedzą, że mają rację, nawet kiedy się mylą. Proszę zrozumieć, ja się po prostu boję o swoje życie, to już zaszło za daleko. Wiem, przegapiłam stosowny moment, żeby im powiedzieć, że ich nie kocham. Dlatego zwracam się o pomoc. Proszę mnie mieć w swej opiece.

Wydanie: 47/2019

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy