Wizyta starszej pani

KUCHNIA POLSKA

Życie małpuje sztukę. Jest to jedna z tajemniczych relacji pomiędzy sztuką a rzeczywistością, że sytuacje wymyślone lub wręcz fantastyczne powtarzają się potem w życiu nieomal jota w jotę, scena po scenie.
Oto więc do małego miasteczka Güllen, w którym wszyscy się znają i żyją obok siebie od lat, przyjeżdża stara bogaczka, Klara Zachanassian i postanawia obrzucić mieszkańców Güllen, w którym się urodziła, mnóstwem pieniędzy. Nic dziwnego więc, że ludność, pod kierunkiem swego burmistrza, przyjmuje dobrodziejkę na kolanach, czerpiąc obficie z jej szczodrobliwości. Po pewnym jednak czasie, kiedy już wszyscy zakosztowali rozkoszy życia w dostatku, bogaczka ujawnia warunek swej łaskawości: mieszkańcy Güllen mają wydać, skazać i zgładzić swego burmistrza, człowieka, który przed laty skrzywdził i porzucił młodą, biedną dziewczynę, Klarę Zachanassian, skazując ją na tułaczkę, z której łaskawym zrządzeniem losu powróciła bogata.
Güllen kocha swego burmistrza, co ważniejsze zaś, wszyscy po trosze brali udział w prześladowaniu nieszczęśliwej dziewczyny, o czym teraz starają się pospiesznie zapomnieć. Ale pieniądze Zachanassian odmieniły ich życie, a bogaczka może je cofnąć, jeśli burmistrz, swój chłop z krwi i kości, nie zawiśnie na stryczku…
Jest to, oczywiście, „Wizyta starszej pani” Friedricha Dürrenmatta.
Sztuka ta odegrana została właśnie z niewielkimi tylko zmianami w Jugosławii. Państwa, które brały udział w ostatniej wojnie NATO o Kosowo, zaoferowały 1,3 miliarda dolarów na rzecz rozwoju Serbii – dokładniej chyba na odbudowę kraju ze zniszczeń spowodowanych przez NATO-wskie naloty bombowe – pod warunkiem że były prezydent, Slobodan Miloszević, znajdzie się przed Trybunałem Międzynarodowym w Hadze. A więc, dokładnie jak u Dürrenmatta, najpierw były wahania i Serbowie chcieli sądzić Miloszevicia u siebie, o tyle słusznie, że przecież Miloszević nie wojował sam i ktoś za niego strzelał i zasypywał trupy w tych zbiorowych mogiłach, które, odkopywane dzisiaj, stanowią dowód ludobójstwa. Ale Klara Zachanassian uparła się, żeby sądzić go własnoręcznie, czemu też nie można się dziwić. Im bardziej oddala się wojna o Kosowo, tym dokładniej widać, że jej owocem stało się głównie zniszczenie Serbii i Miloszevicia, nie zaś rzeczywiste rozwiązanie sprawy Kosowa i Albańczyków, dziś znowu postrzeganych raczej jako wichrzyciele i terroryści. A więc osądzenie i skazanie Miloszevicia w Hadze, a nie w Belgradzie, będzie przynajmniej uzasadnieniem dla stoczonej wojny. I dalej znów jak w sztuce: wobec groźby, że Klara cofnie obiecane pieniądze, rząd jugosłowiański wbrew opinii sądu, a ponoć także i prezydenta, szybko spakował swego byłego burmistrza i oddał go do Hagi.
Czy burmistrz Güllen nie był łajdakiem? Był, oczywiście. Ale łajdakami byli także, w większym lub mniejszym stopniu, pozostali notable miasteczka, którzy, mordując go, obmyli w ten sposób swoje ręce i sumienia, nade wszystko zaś podreperowali swoje portfele. Czy skrzywdzona Klara Zachanassian nie była też, przy okazji, okrutnicą? Była, zapewne. Dürrenmatt, jak każdy wielki artysta, nie daje łatwych odpowiedzi. Poza jedną, dość cyniczną, że ludzkie sumienia, racje i emocje można sobie kupić i jest to tylko kwestia ceny.
Ze sztuki Dürrenmatta wychodzi się z uczuciem zawstydzenia i goryczy. Czytam obecnie, że są ludzie, którzy z jugosłowiańskiej inscenizacji tego utworu wychodzą z uczuciem radości i spełnionego happy endu. Widzą w tym triumf międzynarodowej sprawiedliwości i koniec epoki zbrodniczych dyktatorów, których prędzej czy później dosięgnie ręka prawa. Pewien dziennikarz wyraził nawet czarno na białym opinię, czy aby porachunek z Miloszeviciem nie oznacza, że pora już także rozliczyć się za Czeczenię?
Otóż triumf międzynarodowej sprawiedliwości nad wielkimi politycznymi złoczyńcami byłby czymś wspaniałym, gdyby o tym, kto jest złoczyńcą, nie decydowała jednoosobowo Klara Zachanassian ze swoimi milionami. A tak przecież dzieje się obecnie. Nikt nie zastanawia się nad tym, co stało się w Dominikanie, Granadzie, w Somalii czy w Indonezji, bo i po co? W języku międzynarodowej dyplomacji pojawił się całkiem świeży termin „państwa bandyckie”, którym dowolnie określa się obecnie kraje, które – zdaniem USA – są im nieprzychylne, a nawet stanowią zagrożenie dla największego mocarstwa świata, choć są to przeważnie kraje głodujące i ledwo trzymające się na nogach, jak Korea Północna czy Libia. „Newsweek” ogłosił listę „najgorszych państw świata”, z których z pewnością żadne nie jest państwem dobrym, ale łączy je to, że wszystkie nękane są przez bezprzykładną nędzę, będącą – jak np. w wypadku Sierra Leone, Sudanu, Angoli, Konga czy Haiti – rezultatem eksploatacji ze strony „państw dobrych” oraz wojen, na których zarabiali dostawcy broni, albo też, jak w wypadku Iraku, rezultatem blokady gospodarczej i dwóch wojen z najlepszym spośród „państw dobrych”.
Idea sprawiedliwości międzynarodowej, powtarzam, jest ideą wzniosłą i warto o nią zabiegać. Jej początek dał po II wojnie światowej Trybunał Norymberski. Dzisiaj jednak słyszy się coraz częściej głosy, że Trybunał ten nie był sprawiedliwością, lecz zemstą zwycięzców nad pokonanymi, a wśród oskarżycieli znajdował się ZSRR, gdzie w czasie, kiedy sądzono za Oświęcim, istniały obozy koncentracyjne, wynalezione zresztą przez Anglików w czasie wojny burskiej.
Pamiętam, że odczuwałem głęboką satysfakcję z Procesu Norymberskiego, gdzie skazywano niewątpliwych zbrodniarzy i ludobójców, z których rąk udało nam się ujść. Nie podjąłbym się jednak prawniczej polemiki z zarzutami przeciwko Norymberdze. Pewnie była to zemsta, czekaliśmy na tę zemstę przez pięć długich lat. Klara Zachanassian przyjechała do Güllen, aby się zemścić.
Myślę, że po to samo, a nie po triumf międzynarodowej sprawiedliwości, przyjechała też na Bałkany.

Wydanie: 28/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy