Ślepy los czy wolny wybór?

Ślepy los czy wolny wybór?

Kiedy na ulicach Francji związki zawodowe i ruch pracowniczy walczą o obronę praw socjalnych i organizują strajk generalny przeciwko wydłużaniu czasu pracy, w Polsce wciąż, jak się okazuje, mamy inne problemy. 10 października nie warto było oglądać jakichkolwiek programów informacyjnych. Wszystkie mówiły to samo. Niewidzialna centrala na wszystkich programach prezentowała tę samą wizję świata. Tego dnia w Polsce nie było żadnych ważnych wydarzeń poza obchodami „dnia papieskiego” oraz kolejnej, tym razem półrocznej, rocznicy katastrofy smoleńskiej. Znowu zrobiło się gęsto, duszno i strasznie.
W minionym tygodniu w czasie rocznicowej debaty o „Solidarności” – tym razem we wrocławskim Teatrze Polskim, gdzie gośćmi panelu byli Władysław Frasyniuk oraz Józef Pinior – zastanawiano się, jak to jest, że w okresie PRL ludzie potrafili się samoorganizować, a dziś mimo tysięcy problemów trudno szukać w Polsce masowych ruchów społecznych czy protestów obywatelskich. Czy kontrola państwowa „realnego socjalizmu” była mniej skuteczna niż dzisiejsza kontrola ekonomiczna „realnego kapitalizmu”? Wtedy był mniejszy strach niż dziś? Czy siła pieniądza jest bardziej represyjna wobec człowieka niż groźba użycia policyjnej pały?
Pytania te sprowadzają się do ogólnej refleksji nad tym, czy jednostka ludzka ma dziś wolny wybór – jak głoszą apologeci wolnego rynku i wiary w słuszność pozostawienia całego życia społecznego prawom popytu i podaży – czy też obecny system skazuje ludzi na ślepy los i podmuchy koniunktury światowego rynku. To jest wciąż ten sam spór pomiędzy marksowską a liberalną koncepcją wolności, który toczy się co najmniej od XIX w. W tej chwili możemy jednak odczuwać odpryski tego sporu na własnej skórze. Wolny handel i wolność przemieszczania się kapitału wcale niekoniecznie muszą bowiem być środkiem czyniącym społeczeństwo bardziej demokratycznym, często stają się – jak zauważył Marks – „wolnością niszczenia pracownika”. Aby biznes mógł się rozwijać, ktoś inny często musi popaść w finansową niewolę. Dziś nie ma właściwie żadnych barier ani blokad, które potrafiłyby skutecznie nadzorować działania wielkiego biznesu funkcjonującego w ponadnarodowej przestrzeni niepoddanej żadnej kontroli społecznej.
O ile sztandarowe postacie rewolucji konserwatywnej takie jak Margaret Thatcher twierdziły, że społeczeństwo stanowi wymysł lewicowych intelektualistów, a jedynym realnym bytem są tylko jednostki i rodziny, o tyle współcześni ideolodzy neoliberalni idą krok dalej. Dla Thatcher wyzwaniem było wypchnięcie państwa z obszaru gospodarki i spacyfikowanie związków zawodowych, które chciały tworzyć społeczną przeciwwagę dla anonimowych sił rynku. Dziś następcy Thatcher chcą sprywatyzować państwo, a ściślej mówiąc, wszystkie usługi, które państwo świadczyło swoim obywatelom. W takich warunkach pojedyncza osoba skazana jest na łaskę i niełaskę sił ekonomicznych, których nie rozumie i nie potrafi nawet wskazać palcem. Człowiek zazwyczaj ma wrażenie, że nie ma żadnego wpływu na reguły gry, w której uczestniczy. Tyrania przymusu ekonomicznego jest wszechogarniająca. I większość nie ma siły mu się przeciwstawić. Co więcej, sami uczestniczą w tej grze. Jak pisze amerykański socjolog Richard Sennet: „Zamiast szefa, który stoi i pogania batem robotników, zmuszając ich do szybszego montowania samochodów na taśmie, dziś mamy presję ze strony kolegów”. Ci, którzy nie wytrzymują wyścigu, odpadają z dalszej gry. To oznacza ich porażkę. W naszych czasach porażka to jednak temat tabu. Wszystkie media, kultura masowa, poradniki i eksperci od manipulacji podpowiadają nam, jak być „człowiekiem sukcesu”. A z tym coraz trudniej w społeczeństwie poddanym twardym regułom rynkowym. Porażka wbrew propagandowym komunikatom staje się dziś zjawiskiem powszechnym. Zdaniem Senneta, „dotąd głównie biedni i upośledzeni mogli zasmakować porażki, dziś jest ona doświadczeniem powszechnym i liczyć się z nią muszą także ludzie z klasy średniej. Maleje liczebność elit, coraz trudniej więc osiągnąć sukces. Zasady rynku typu „zwycięzca bierze wszystko” prowadzą do sytuacji, gdy wielu wykształconych ludzi skazanych jest na przegraną”. Ten opis świetnie pasuje do polskich warunków. Może dlatego sztucznie napompowany tzw. bum edukacyjny w Polsce powoli się kończy. To nie tylko niż demograficzny i brak konieczności ucieczki przed służbą wojskową, będącą często powodem podejmowania studiów przez część chłopaków, ale właśnie beznadziejne perspektywy na rynku pracy, których nie zmienia papierek wyższej uczelni, sprawiają, że napływ chętnych do podejmowania studiów został w tym roku mocno przyhamowany.
Planowanie własnej kariery zawodowej i życia w ogóle w warunkach globalnego kapitalizmu przestaje być możliwe. Ludzie tracą kontrolę nie tylko nad wydarzeniami wokół nich, ale również nad własnym życiem. Nowi władcy obecnego porządku, oddzieleni od zwykłych śmiertelników grubymi murami i kuloodpornymi szybami, muszą jednak wiedzieć, że nigdy nie będą mogli zapanować nad emocjami i aspiracjami zwykłych ludzi. Nie można też w nieskończoność manipulować ludźmi i wmawiać im, że są kowalami swojego losu i mają wolny wybór, jeśli ten wybór najczęściej sprowadza się do zamiany pepsi-coli na coca-colę. Wolny wybór skazańców między szubienicą i krzesłem elektrycznym nie znosi ich sędziów i oprawców.

Wydanie: 42/2010

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy