Słuchajcie Beenhakkera

Słuchajcie Beenhakkera

Czy Leo Beenhakker zna się na piłce? Oczywiście! Jak mało kto. W kraju, który dzięki niemu zagra niebawem po raz pierwszy w historii w finałach mistrzostw Europy, holenderski trener ma zasłużony status supergwiazdy. Beenhakker jako trener ma na koncie wiele sukcesów z drużynami znacznie bardziej cenionymi od reprezentacji Polski. Zna z autopsji kulisy zawodowego futbolu i reguły, jakie w nim obowiązują. A po paru latach pobytu w naszym kraju ma też prawo do oceniania nie tylko tego, co się dzieje na boisku. A gdy wreszcie przemówił, tym ciekawsze jest, co myśli o aferze korupcyjnej w piłce i Polskim Związku Piłki Nożnej. Zwłaszcza że nie są to opinie zbieżne z totalnym atakiem na cały związek.
Kibicom sporo do myślenia powinny dać ciepłe słowa pod adresem Listkiewicza. Holender mógłby udać Greka i czekać na wyniki wyborów w PZPN, a mówi o zasługach prezesa PZPN w przygotowaniu reprezentacji optymalnych warunków do osiągnięcia sukcesu. Mało tego. Ostrzega, że nie z każdym prezesem jest gotów w przyszłości pracować. Dziwak jakiś. Mówi, co myśli. Jakby zupełnie nie wiedział, w jakim kraju żyje. No ale niech mu się tylko w czerwcu noga powinie na mistrzostwach Europy, to już się nasi malkontenci z nim porachują. Najszybciej polscy trenerzy, którzy od początku nie mogą ścierpieć, że mu wychodzi.
Hipokryzja debat na temat piłki nożnej polega przede wszystkim na tym, że problem korupcji sprowadza tylko albo głównie do niej. Znakomicie wykpił to Henryk Sawka rysunkiem w „Rzeczpospolitej” – „Jakie to szczęście, Marian, że już tylko w piłce nożnej mamy korupcję”. Korupcja jest, niestety, powszechną zmorą. Narodową plagą, która toczy wszystkie dziedziny życia. I wszystkie szczeble. A dawanie w łapę, by załatwić sprawę, stało się czynnością tak naturalną, że nawet niekojarzoną z korupcją. Oczywiście dotyczy to nie przysłowiowych kopert, czyli wierzchołka góry, ale rozmaitych drobnych dowodów wdzięczności. Bo w gruncie rzeczy ta polska korupcja jest bardzo siermiężna. Widać to też na najniższych szczeblach w piłce, gdzie wystarczyła wódka i kiełbasa.
W Polskim Związku Piłki Nożnej i w jego strukturach, liczących kilkaset tysięcy osób, wszystkie polskie problemy skupiły się jak w soczewce. Bo czym w istocie jest PZPN? Stowarzyszeniem, którego działaczami są przedstawiciele wszystkich zawodów. Są wśród nich politycy, samorządowcy, policjanci, prokuratorzy, sędziowie i dziennikarze. Gdyby wszyscy oni zawsze byli uczciwi, nie byłoby takiej skali korupcji. Nie byłoby też takiej degrengolady, gdyby nie dopuszczono do piłki specyficznej grupy ludzi, którzy dorobili się fortun w latach 90. i szybko, w większości popadli w konflikt z prawem. Wnieśli do futbolu swoje pseudoobyczaje. Dla osiągnięcia sukcesu gotowi byli na wszystko. Korupcja dla nich była tylko narzędziem. Trafili na sprzyjające warunki. Bieda w klubach sprawiła, że traktowano ich początkowo jak zbawców. Skutecznie zainfekowali piłkę. Ale też prawdą jest, że nie było wystarczająco silnego oporu ze strony uczciwej części PZPN. Efekt znamy. Ale powtarzam, piłka nie jest u nas zepsutą wyspą. Kłopoty z prawem idą od samej góry. Jeden minister sportu został zastrzelony przez mafię, a drugi – najgłośniej oskarżający PZPN o korupcję ciągle – siedzi w areszcie. To pokazuje skalę problemu. I zmusza do radykalnych działań. Zamiast tego widzę tylko polowanie na Listkiewicza, bez którego nie byłoby Beenhakkera. I Euro 2012.

Wydanie: 17-18/2008

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy