Sierpniowe emocje

Sierpniowe emocje

Są dwa najpoważniejsze problemy felietonisty: brak tematu i nadmiar tematów. Po kilkutygodniowej przerwie mam ten drugi problem. Mimo wakacji, mimo utrzymujących się nieznośnych upałów tyle się dzieje! Nowy prezydent wstąpił na urząd, zapowiedział zmiany i… ruszył w Polskę prowadzić kampanię wyborczą PiS. Te zapowiedziane zmiany muszą niepokoić. Szczególnie w zakresie polityki zagranicznej. Czym ma być budowanie sojuszu od Bałtyku po Adriatyk i Morze Czarne? Czy to zapowiedź tworzenia frakcji wewnątrz NATO i UE? Jak to pogodzić z polityką historyczną, która ma być intensyfikowana, a jej oczywistym skutkiem musi być konflikt ze wszystkimi sąsiadami? Jak pogodzić polską antyrosyjską politykę zagraniczną z polityką zagraniczną Węgier i Czech, które są, najdelikatniej mówiąc, zdecydowanie mniej antyrosyjskie? Nowy prezydent chce zmienić (wypowiedzieć?) traktat NATO-Rosja. Czy jest to w interesie NATO? A przede wszystkim czy jest to w interesie Polski? Domaganie się instalowania na terytorium Polski, wbrew układowi NATO-Rosja, baz natowskich jest z jednej strony prowokowaniem Rosji, z drugiej zaś – swoistym wotum nieufności wobec zachodnich sojuszników. Manifestacją przekonania, że bez bezpośredniego zaatakowania żołnierzy amerykańskich na naszym terytorium sojusznicy, wbrew art. 5 Traktatu północnoatlantyckiego, nie wystąpią w razie potrzeby w naszej obronie. Ujawnienie takiego poglądu nie przysporzy nam sympatii w zachodnich stolicach. Pomijam już to, że oczywistym efektem utworzenia u nas takich baz byłoby wycelowanie w nasze terytorium większej niż dotąd liczby rosyjskich rakiet.

To, czy Polska samodzielnie mogłaby stawiać Rosji opór, przy założeniu, że Rosja ma ochotę (a przede wszystkim powód i interes) na nas napaść, przez pół dnia albo przy podwojeniu wydatków na wojsko przez cały dzień, jest dla naszego bezpieczeństwa bez znaczenia. Gwarancją naszego bezpieczeństwa jest członkostwo w NATO. Z historii wiemy wprawdzie, że wszelkie sojusze bywają zawodne, ale innych gwarancji bezpieczeństwa nie mamy i w obecnej sytuacji mieć nie będziemy. Pozostaje nam zatem lojalność wobec NATO i wypełnianie zobowiązań sojuszniczych, ale nie występowanie przed szereg! Największym zagrożeniem współczesnego świata zachodniego jest radykalny, wojujący islam. Bez Rosji nie da się także zakończyć konfliktu na Ukrainie. Dlatego prędzej czy później Ameryka (i całe NATO) musi się z Rosją jakoś porozumieć. Utrudnianie tego porozumienia nie służy ani zachodniemu światu, ani bezpieczeństwu Polski. Nasze miejsce jest w głównym nurcie polityki państw NATO, a nie na jego obrzeżach, gdzieś w mitycznym, nie do zrealizowania zresztą, „międzymorzu”.

Nie ulega wątpliwości, że aneksja Krymu i czynne wspieranie separatystów na wschodniej Ukrainie były złamaniem zasady nienaruszalności granic i jawnym naruszeniem ładu, jaki zapanował w Europie po rozpadzie ZSRR. Ładu akceptowanego przez lata również przez Rosję. Niezakończony konflikt na wschodniej Ukrainie, a także – a może przede wszystkim – sytuacja na Ukrainie, wszechobecna korupcja, katastrofalny i pogarszający się stan gospodarki, słabość struktur państwowych, anarchia – czego dowodem były niedawne wydarzenia w Mukaczewie na Zakarpaciu – brak reform, rozgrywki oligarchów, stwarzają nam nową sytuację geopolityczną. Stwarzają nowe wyzwanie w zakresie ochrony naszego bezpieczeństwa. Stawiają nowe zadania przed naszymi służbami, zarówno dyplomatycznymi, jak i specjalnymi. Tymczasem budżet Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego to ciągle jedynie dwukrotność budżetu grzebiącego w starych ubeckich papierach IPN.
Kościół, a ściślej jego hierarchowie, bez zachowywania nawet pozorów włączył się do polityki po stronie jednej partii i zamierza razem z nią wygrać jesienne wybory. Być może wygra – i w następnej kadencji, zgodnie z tym, co zapowiada senator Kogut, biskupi będą razem z posłami pisali teksty ustaw. A co się stanie z Kościołem, gdy po kolejnych wyborach PiS straci władzę? Chcąc nie chcąc (a raczej nie chcąc), Kościół na równi z PiS będzie w Polsce tylko przegraną siłą polityczną. Im większy triumf, tym większa w przyszłości klęska.

Na razie bezczelność i bezrozumność niektórych hierarchów są przerażające. Publiczne rozważanie, czy ustępujący prezydent Komorowski (i posłowie, którzy głosowali za ustawą o in vitro) może przystępować do komunii czy nie, jest czymś niewyobrażalnym, a przy okazji skrajnie nieprzyzwoitym. Takie potraktowanie głowy państwa przez biskupów w Polsce nie zdarzyło się od stuleci! Ostatni raz tak potraktowano Bolesława Śmiałego, próbowano też (choć bezskutecznie) potraktować Kazimierza Wielkiego. Było to nie tylko obrzydliwe, ale też w jawny sposób niezgodne z konstytucją i konkordatem, obraźliwe zarówno dla prezydenta, jak i dla państwa polskiego.

Nie wiem dlaczego, ale niektórzy nasi biskupi, nieczuli na nowe sygnały płynące z Watykanu, chcą za wszelką cenę wykazać, że kasta arcykapłanów, niezależnie od wyznania i epoki, jest zawsze taka sama. Taka sama była w Egipcie faraonów, tacy sami byli faryzeusze w starożytnym Izraelu, a owym hierarchom bliżej do faryzeuszy niż do apostołów.

Głos niektórych biskupów znakomicie wpisał się w ogólną falę nienawiści, którą chcą administrować i PiS, i Kukiz. Nie pamiętając, jakie to trudne i niebezpieczne, bo przedmiot administrowania nader często wymyka się spod kontroli i kieruje przeciw temu, kto chce administrować.

Wydanie: 34/2015

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy