Męskość w technikolorze

Męskość w technikolorze

Ojciec też miał dziurkę w brodzie – i ja mam, i mój pierworodny. Mówił, że to jest nasz „znak firmowy”, z którego powinienem być dumny, zapomnieć o kompleksach, a jeśli mi przyjdą do głowy – spojrzeć na zdjęcia najsłynniejszej dziurki w brodzie światowego kina, oblicze najbardziej męskiego z mężczyzn w Hollywood. Kiedy mój młody ojciec zachwycał się klasycznymi westernami z jego udziałem, Kirk Douglas już był podstarzały; kiedy tata w kwiecie wieku opowiadał mi jako dziecku filmy z jego udziałem, Douglas już był stary; kiedy mój sędziwy ojciec leżał na marach, Douglas występował na gali Złotych Globów. Ale ileż można żyć. Wieczne odpoczywanie; nieswojo się robi, kiedy nawet nieśmiertelni umierają. XX w. znowu się oddalił.

Ścieżki chwały aktorskiej Douglasa wiodły przez prerię i okop – był nade wszystko gwiazdą kina o facetach, kręconego dla facetów: westernów i filmów wojennych (choć najwybitniejszy z nich, „Ścieżki chwały” Kubricka, jest zarazem arcydziełem kina pacyfistycznego). Mój ojciec był rozmiłowany w westernach. Uwielbiał parodiować kowbojskie piosenki i jankeski akcent podczas kąpieli w wannie. Pamiętam też jego dziecięcy zachwyt filmami w technikolorze, zwężanymi na ekranie radzieckiego telewizora w panoramiczny pasek. Dziki Zachód zdawał się tworzyć jego młodzieńcze imaginarium Ameryki; nie miał chyba większego wyboru, bo w PRL to westerny były główną alternatywą dla (pro)radzieckich dramatów wojennych lub produkcyjniaków. Rewolwerowiec rozwiązujący pięścią pomniejsze konflikty, całujący wybrane kobiety bez pytania o pozwolenie, zawsze skutecznie zmiękczając ich pozorny opór – mój stary miał słabość do klasycznych twardzieli, choć i pośród nich odróżniał topornych idoli rednecków (Wayne go drażnił niewymownie) od bardziej subtelnych i nieoczywistych typów.

Kirk Douglas był zdecydowanie w tym drugim gronie, w przeciwieństwie do Wayne’a nie zawsze grał „dobraków”. Jako „As w potrzasku” u Wildera był dziennikarską hieną nieliczącą się z życiem ludzkim i skłonną do manipulowania faktami na lata przed narodzeniem dzisiejszych trolli i funkcjonariuszy rządowej propagandy. W „Układzie” Kazana dekonstruował American dream rolą milionera na życiowym zakręcie. Ale ojciec kochał go za westerny. Zanim sam mogłem obejrzeć „Ostatni pociąg z Gun Hill” czy „Pojedynek w Corralu O.K.”, miałem je już opowiedziane – zamiast bajek przed snem, z pełną choreografią żonglowania coltem i akustycznymi efektami strzelaniny. Dziś oglądanie klasycznych westernów jest obyczajem niemal antykwarycznym, ale w takiej rekwizytorni ja się czuję najlepiej, ja do „pięknego pana raz zobaczonego w technikolorze” tęsknię jak do wody z saturatora lub farelki.

Fetyszyzowanie dzieciństwa to jeden z objawów starzenia, już o tym pisałem, nie tak szkodliwy jak przedkładanie dobrego snu nad dobry seks, ale też dość niebezpieczny. Moi rodzice tak się lękliwie przez lata brali do remontu domu rodzinnego, że w końcu popadł on w ruinę – zaiste udało się w nim zatrzymać czas, choć nie sposób było powtrzymać rozkład (rury starzeją się parszywiej niż meble). Cóż pocznę, żenuje mnie skrajne uprzedmiotowienie kobiet w starych westernach (dziwka z saloonu, zaradna wdówka lub panna na gumnie i w obejściu – życie wszystkich sprowadza się do skowyczącego pragnienia chłopa u boku), ale te filmy nie przestają mnie czarować. Uznaję to za guilty pleasure, zaprzyjaźnionym feministkom na wszelki wypadek tym się nie chwalę, choć ich sprzyjanie tworzeniu czarnych list seksistowskich i błyskawicznym linczom medialnym zraża mnie do nich i wywołuje natychmiastowe, niemal neurotyczne łaknienie koszarowego humoru. W galopadzie po samcze skalpy amazonki nowej fali feminizmu gotowe są uznać za karygodne molestowanie nawet tzw. manewr Wieniawy-Długoszowskiego. Przypomnę, że pułkownik wysłał był kiedyś damie bukiet z adnotacją: „Zeszłej nocy śniła mi się Pani w taki sposób, że poczułem się zobowiązany”.

Właściwie fakt, że ciepło wspominam śp. Kirka Douglasa, jest już dziadersko-obleśnym kompromatem. W latach 60. będący u szczytu sławy Douglas sprawił wielką frajdę studentom łódzkiej Filmówki, wizytując ich Alma Mater, co uwiecznił w etiudzie Marek Piwowski. Dzisiaj Douglasa by do szkoły nie wpuszczono, wszak ciążyły na nim oskarżenia o gwałt na młodej aktorce. Mój znajomy właśnie wyleciał z pracy za to, że aktorce filmu erotycznego zadawał pytania dotyczące erotyki w sposób wzorcowo mansplainingowy. To nie jest czas dla starych samców – nie zdążono mu rzec w porę, a on sam nie zauważył, że MeToo wyznaczyło cezurę dla beztrosko seksistowskich zachowań niczym – nie przymierzając – niegdyś AIDS dla wyznawców radosnego seksu bez zabezpieczeń.

Wydanie: 7/2020

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Komentarze

  1. Zbyszek
    Zbyszek 14 lutego, 2020, 10:17

    Bardzo dobry tekst. Gratulacje!

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy