Oj, Bozia się gniewa!!

Ziemia się zatrzęsła w naszym spokojnym dotąd geologicznie kraju. Oj, chyba Bozia się gniewa, jak mawiała moja matka, gdy przyłapała mnie na złym zachowaniu. To, co dotąd było całe, pęka i rysuje się. W Kościele bunt, do ojca Rydzyka dołączył prałat Jankowski, przywódca duchowy równie charyzmatyczny i chyba równie ubogi. Jak dowcipnie zauważył Lepper. Kiedyś, w czasach PRL-u, powstał komitet obrony robotników przed władzą świecką, słynny KOR; dziś mamy KOP, komitet obrony prałata przed władzą kościelną, czyli przed biskupem Gocłowskim. Pierwsze starcie pozostało nierozstrzygnięte. Prałat poleciał do Rzymu, by spotkać się z papieżem. Co z tego wyniknie, dowiemy się niebawem. Jedno jest pewne, że nie powstanie żadna komisja śledcza, przed którą prałat musiałby się tłumaczyć z posiadania limuzyn oraz innych dóbr.
Ciekawe, czy Ziobro wydobyłby z księdza informacje, skąd brał pieniądze na ekscesy z młodzieżą, a Rokita dociekałby, czy całowanie w usta odbyło się z języczkiem, czy bez. Błochowiak pytałaby, czy ksiądz nosi kolorowe skarpetki i czy korytarze na plebanii są pionowe.
W TV zobaczyliśmy tylko obrońców prałata stojących za nim murem. Jakże są podobni do ludzi Rydzykowych. Społeczeństwo nasze przykościelne jest stare, siwe i biedne. Gdy widzimy tych steranych życiem nędznych obrońców bogacza, głównie zresztą płci żeńskiej, przestajemy się dziwić, że miał ksiądz ochotę odetchnąć pośród młodych ministrantów. A że dawał im trochę szmalu? Zachowywał się po prostu jak ojciec. Gdy ekran wypełniła postać prałata, nie było widać, żeby trząsł się o swoją posadę. Ta sylwetka, zwłaszcza za szybą jaguara, kojarzy się z rozliczeniową pieśnią „O, cześć wam, panowie prałaci” i doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego lud wielbi księdza jak Evitę Peron.
Zadrżały w posadach rady nadzorcze i zadrżeli politycy z byłych monolitów. Czas monolitów minął. I dobrze, wstrząs był potrzebny. Miller spadł jak przejrzały owoc, gdy drzewem komisja Nałęcza potrząsać zaczęła. Było też trochę innych spadów, jednakże nienadających się na konfitury.
Tylko w telewizorni nikt już chyba się nie trzęsie, nie drży, bo po mistrzowskim wycięciu lancetem Pacławskiego, ostatniego lewicowca, nikogo w odcieniu czerwonym już nie ma. Na placu boju została jedna opcja. Prawa. Podobno była jakaś umowa na temat pluralistycznej telewizji. Może była, ale wyszła razem z Pacławskim i nie wróciła.
W tym nadmiernym apetycie, wręcz żarłoczności prawicy na całkowite opanowanie telewizji paradoksalnie kryje się nadzieja, choć jest to rodzaj kiepskiej nadziei, typu im gorzej, tym lepiej. Bo jak dotąd idzie wszystko po myśli Rokity, żeby załatwić publiczną, doprowadzając ją do upadku, a potem sprzedać tanio jakimś kolesiom. Sądząc po tym, co Rokita i inne partie prawicowe mówią o „Gazecie W”, nie uda się Agorze kupić chyba nawet Bezludnej Wyspy. Dla PiS-u, PO i LPR-u Agora jest gorsza niż dawny wróg i to ją zaczynają nieerotycznie podszczypywać.
Już widać różnicę w programie telewizyjnym. Jeśli ktoś tak jak ja ogląda dużo publicystyki, może się łatwo zorientować, że są czarne listy, może nawet niepisane. Nie pokazuje się kontrowersyjnych lewicowych, tylko tych, którzy dawniej byli ostrzy, a teraz zęby im się stępiły jak starej Eskimosce, co żuje skórzane paski, by je zmiękczyć. Dlatego wieje z ekranu huraganem nudy.
Oglądam teraz więcej TVN 24, bo dziewczęta i chłopaki zapraszają, kogo chcą. Był u nich Miller, którego żywcem pochowano, a jednak na zew telewizyjny zmartwychwstał i przybył, nawet sam diabeł Czarzasty zaproszony został! Patrzyłam, czy już mu rogi wyrosły, czy ogona nie widać spod marynarki, ale ukryło się licho. Diabeł potrafił się ukryć nawet na języku mniszek przyjmujących komunię, a co dopiero w telewizji!
Ciekawe to były programy. Czarzasty nie wyparł się żuczka, czyli Sokołowskiej, nawet gdyby miała pójść do pierdla za kradzież dwóch słów „lub czasopisma”, które gdzieś zamelinowała. Ostatecznie więzienie też jest dla ludzi i ktoś złodziejom słów musi paczki nosić.
C z a r z a s t y n i e p o r z u c i ż u c z k a w p o t r z e b i e. To zdanie mogłoby się znaleźć w corocznym dyktandzie Bochenkowej.
Na TVN można u Najsztuba albo w programie Lisa „Co z tą Polską” zobaczyć tych, których noga w publicznej nie postanie. Widz chce widzieć drugą stronę medalu, więc głosuje pilotem.
W publicznej tylko orzeł królewski, zawsze z koroną i w aureoli, a nie jakiś biedak w bereciku. Mam nadzieję, że przynajmniej reportaży władcy prawicowi nie ruszą, bo jeszcze tylko to zostało z publicystyki.
Wiadomo od czasów komuny, że najgorsza jest autocenzura autorów programów.
A już najgorsi są nie ci cyniczni, ale ci, którzy wierzą. Znów uwierzyli, że mają wypisz, wymaluj wymagane poglądy. Wcześniej wierzyli, że mają takie jak poprzedni szefowie. Najważniejsza jest giętkość kręgosłupa. Wtedy można się wyginać, kłaniać w pas jak trzcina, która się nie złamie. Kiedy przyjdzie następny szef, trzcina znów wstanie i będzie służyć mu z gotowością.
Ziemia zadrżała chyba ze strachu przed tym, co może się zdarzyć, jeśli to prawda, co mówią sondaże o przytłaczającym zwycięstwie prawicy nad lewicą w wyborach. Rzeczywiście może to być zwycięstwo przytłaczające – jak nas przytłoczy, to ani zipniemy.
A teraz uwaga, bo wieszczę: nie wierzę w zwycięstwo prawicy. Już chciałam założyć się z Henrykiem Wujcem, że w wyborach, jeśli odbędą się nie wcześniej niż za rok, zwycięży jakaś nowa, oczyszczona i zjednoczona lewica; nie założyłam się zaś dlatego, że zakłady przyjmuję wtedy i tylko wtedy, gdy mam stuprocentową pewność, a mam teraz circa dziewięćdziesiąt siedem.

 

Wydanie: 42/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy