Żarty polityczne

Żarty polityczne

Nowi liderzy Sojuszu Lewicy Demokratycznej zrobili (kosztem kilkudziesięciu (?) tysięcy złotych) coś, co może było żartem, może próbą ugłaskania przeciwników politycznych, a może odwrotnie, chęcią zawstydzenia ich. Dali ogłoszenie do gazet tej treści, że w roku 1980 mieli po sześć lat i dlatego nie mogli poprzeć sławnych 21 postulatów „Solidarności”. Czuje się w tym skargę na niefortunny los, który ich skazał na zbyt późne urodzenie. (W innych jednak okolicznościach to późne urodzenie będą traktować jako okoliczność bardzo pomyślną). Spóźnieni zwolennicy 21 postulatów nie mogli nie zauważyć, że i w dzisiejszej Polsce byłoby przeciw czemu protestować i czego żądać, toteż piszą: „podziały na biednych i bogatych, sytych i głodnych, pracujących i bezrobotnych” nie runęły, mimo że dawne mury runęły. Mogli byli dodać, że nie runął też podział między tymi, co mówią milionami telewizorów, a tymi, którzy mogą sobie pogadać tylko w czterech ścianach mieszkania.
Na zdrowy rozum działacze „Solidarności” powinni być zadowoleni, że ich w połowie skrajnie populistyczny, a w części błahy manifest z 1980 r. cieszy się uznaniem liderów partii przeciwnej, a nawet przyprawia ich o niejaki kompleks niższości. Spojrzeli na to jednak z innej strony i strasznie się oburzyli, że ze śmietnika historii wyciągają się ręce po ich święte emblematy. Wałęsa nazwał młodych liderów SLD „nędznikami”, inni przypisali im cynizm i kradzież solidarnościowego etosu.
Wymowa tego ni to żartu, ni to wyznania intymnych, długo noszonych w sercu uczuć nieodwzajemnionego zauroczenia „Solidarnością” nie trafiła do przekonania wyborcom lewicy. Ci, jeśli postanowili w dniu wyborów pozostać w domu, to najprawdopodobniej w nim pozostaną z większym niż przedtem przekonaniem, bo Olejniczak i Napieralski wzbudzili w nich podejrzenie, że głosując na SLD, głosowaliby także na „Solidarność”, i to tę anarchiczną i utopijną, sprzed stanu wojennego.
Poszukiwanie inspiracji ideowej w „Solidarności” Wojciech Olejniczak uzupełnia oświadczeniami, że SLD, jego partia, „nie ma żadnego związku z PZPR”. Działacza politycznego czasami osłabia prawda, a czasami nieprawda. Trudno podać ogólną wskazówkę, kiedy jedno albo drugie jest mu nie na rękę. Krzysztof Janik od lat oznajmia wszem wobec i każdemu z osobna, że SLD nie ma nic wspólnego z PZPR. Kto chce, niech wierzy, ale jakoś nikt nie chce wierzyć i dzięki temu SLD zachowała jeszcze znaczną część swego „postkomunistycznego” elektoratu. Wojciech Olejniczak oraz ten milczek, który jest jego zastępcą, są uczniami Krzysztofa Janika i zdaje się, że tak jak on będą starali się nabierać łatwowiernych na mit samorództwa SLD, a łatwowiernych nie będzie. Dlaczego, i po co Wojciech Olejniczak, człowiek uczciwy i do niedawna prostolinijny głosi tak jawną nieprawdę, która go osłabia we wszystkich polemikach i starciach z przeciwnikami? I która w dalszym ciągu tak jak do tej pory kierować będzie SLD na ideowe lub bezideowe manowce.
SLD w przeciwieństwie do partii solidarnościowych nie ma oparcia w mitologii narodowej i już go nie zdobędzie. Gdy Aleksander Kwaśniewski, polityk nad wyraz trzeźwy, powtarza prawicowe poglądy na historię, od razu się widzi, że te poglądy są na miejscu w ustach prawicowego mitomana, a przez kontrast z ogólnie realistyczną postawą Kwaśniewskiego wyglądają na blagę, którą w istocie są. Umieszczając się ideowo w narodowej mitologii, SLD kompromitowałby siebie.
SLD nie jest niesiony przez żadną ideologię, która dawałaby mu środki pojęciowe do interpretowania przeciwników. Sam jest interpretowany i to tak skutecznie, że na samego siebie patrzy tak, jak przeciwnik sobie życzy. Krzysztof Janik za swoim: „zawiniliśmy, przepraszamy, wybaczcie nam” powtarza to, czego wrogowie jego partii sobie życzą, a nawet żądają.
Nie mając wsparcia ani ze strony narodowej mitologii, ani żadnej ideologii, ani istniejącej kultury (to skomplikowany problem, nie do ujęcia w felietonie), SLD może zyskiwać na sile tylko dzięki prawdzie pojmowanej w sposób najprostszy i najdosłowniejszy, i dzięki twardemu realizmowi, rozciągniętemu tak na teraźniejszość, jak na historię. Tymczasem co robią liderzy SLD? Już pierwsze zdanie, jakim określają tożsamość swojej partii, jest nieprawdziwe. Mówiąc „moja partia nie ma żadnego związku z PZPR”, Wojciech Olejniczak przyjmuje pozę tak sztuczną i chwiejną, że byle bubek z młodzieżówki Unii Wolności może go popchnąć i przewrócić.
SLD oczywiście bardzo się różnie od PZPR z czasów np. Jaruzelskiego, ale PZPR z czasów Gierka różniła się od PZPR z czasów Bieruta. Trzeba znać historię, z którą rzekomo nie ma się żadnego związku.
SLD nie powinien szukać dla siebie miejsca w zmitologizowanej historii Polski; tego miejsca nie znajdzie i nie jest mu ono potrzebne. Ta partia należy do historii realnej. Zaczynała ona swoją rolę jako sekcja międzynarodówki komunistycznej i ciekawą rzeczą jest odkrywanie, jak się polonizowała. Jej ideologia była utopijna i rewolucyjna, co w praktyce przekładało się na rządy terroru. Według typologii najlepiej oddającej naturę podziałów ideowych w Polsce była krańcową wersją politycznego romantyzmu. Ale od początku sprawowania rządów charakteryzowało partię podwójne myślenie: z politycznym romantyzmem komunizmu zmagało się wymuszane przez obiektywne fakty myślenie realistyczne. Partia rządząca miała irracjonalną świadomość, której studiowanie jest nudne, i racjonalną podświadomość, o której dziś nikt nie chce nic wiedzieć.
Program SLD przedstawiany przez młodych liderów charakteryzuje się ucieczką od poważnych problemów w stronę nikomu nie szkodzących komunałów. Na płatne studia się nie zgadzają, co zrozumiałe, ale katastrofalnego obniżenia poziomu nauczania nie widzą; obrona wykluczonych, obrona praw pracowniczych – itp. postulaty socjalne – bardzo słuszne, ale spadek miejsca Polski w rankingu gospodarek narodowych jest kwestią ważniejszą i bardziej podstawową; do skutków dezindustrializacji Polski też należałoby się odnieść, podobnie jak do tego, co się dzieje w sprzedanym zagranicy sektorze bankowym. Polityka zagraniczna skłócająca nas z sąsiadami w ogóle nie poruszana. Tylko odsłanianie zmistyfikowanych lub ukrytych obszarów rzeczywistości może uczynić SLD partią przyciągającą, jeśli nie zwolenników na razie, to przynajmniej uwagę myślącej części społeczeństwa. Obecnie tego ostatniego najbardziej jej brakuje.

Wydanie: 35/2005

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy