Dwie klepsydry

Kuchnia polska

W chwili, kiedy to piszę, sytuacja powyborcza jest na pozór mocno zagmatwana, równocześnie zaś krystalicznie przejrzysta. Zagmatwana, ponieważ nie wiadomo, jak zwycięska koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Unii Pracy poradzi sobie z niedoborem mandatów brakujących jej do samodzielnego i pewnego rządzenia. A przejrzysta dlatego, ponieważ wybory te oznaczają, po pierwsze, zdenerwowanie, żeby nie powiedzieć – rozwścieczenie społeczeństwa czteroletnimi rządami AWS i Unii Wolności, po drugie zaś, odrzucenie – mniej lub bardziej świadome – opcji liberalnej, która dominowała w naszej polityce przez ostatnich 12 lat. Liberałowie zebrali w tych wyborach tylko tyle, ile Platforma Obywatelska, a więc plus minus 12%, a także tyle, ile przechowało się ich w samym SLD, chociaż vox populi twierdzi, że gdyby na przykład prof. Belka nie przemówił w telewizji głosem Bauca i Balcerowicza, to koalicja SLD-UP nie miałaby dzisiaj tych kłopotów, które ma. Natomiast wszystkie inne partie, które weszły do Sejmu, nawet te mało sympatyczne, jak np. nacjonalistyczna Liga Rodzin Polskich czy domagające się rządów silnej ręki Prawo i Sprawiedliwość, nie mówiąc o Samoobronie, są w swoich programach społecznych antyliberalne, domagające się interwencji państwa i prospołecznej polityki gospodarczej. Takie są fakty. Warto je zauważyć, choć nie zawsze trzeba się z nich cieszyć. W końcu bowiem faszyści też głosili hasła brzmiące „prospołecznie” i nic dobrego z tego nie wynikło. Obawiam się, że będziemy jeszcze nieraz o tym mówić przez najbliższe cztery lata.
Tymczasem jednak chciałbym wypisać dwie klepsydry dla dwóch partii, które zeszły ze sceny parlamentarnej. Pierwszą z nich jest oczywiście Unia Wolności. Dobry obyczaj nakazuje, aby o odchodzących nie mówić źle. Nie będę więc powtarzał, że Unię zgubiła jej arogancja, jej „etos”, na który uroiła sobie monopol, jej pycha. Moim zdaniem zresztą, decydujący cios Unii zadał jej własny były przewodniczący, który nie mogąc do końca przerobić UW na radosną partię łapczywego biznesu, opuścił jej szeregi, dając tym sygnał do powstania Platformy Obywatelskiej.
Ale wypadek Unii Wolności jest ciekawszy, ponieważ stanowi on kolejną porażkę „partii inteligenckiej”. Przed kilkoma laty, dokładnie zaś w roku 1994, prof. Lidia Nałęcz wydała książkę „Sen o władzy – inteligencja wobec niepodległości”. Jest to analiza dziejów różnych polskich ugrupowań inteligenckich w okresie pomiędzy odzyskaniem niepodległości w roku 1918 a zamachem majowym. Książkę tę można by uznać za proroczą, gdyby nie pokazywała ona po prostu historycznej prawidłowości, że tradycyjne polskie ugrupowania inteligenckie, które w czasach ucisku i zniewolenia potrafią pełnić rolę przywódcy narodu, nie umieją jej utrzymać w okresach wolności. Autorka pisze: „Niezastąpieni w chwilach, gdy liczyły się ofiarność i posłannictwo, stracili na znaczeniu w warunkach wolności, demokracji i parlamentaryzmu”. A także: „Oczekiwano, iż ofiary poniesione w walce o wyzwolenie, a także wykształcenie i kwalifikacje, przysporzą społecznego uznania, które znajdzie wyraz w poparciu w wyborach parlamentarnych. Słowem, liczono na udział we władzy”. Ale ten udział jest niemożliwy poza autentycznym związkiem z interesami wielkich grup społecznych. Unia uroiła sobie jako tę grupę „klasę średnią”, ale co to jest u nas „klasa średnia”? Drobni przedsiębiorcy, których – przy błogosławieństwie Unii – wypierają z rynku ci wielcy, krajowi i zagraniczni? Sfera budżetowa, która za rządów Unii brała najsroższe cięgi, a i teraz ona głównie zapłaci za „dziurę budżetową”?
Po porażce Unii Wolności słyszy się głosy o upadku inteligencji jako warstwy i podeptaniu jej wartości. Gdyby tak miało być naprawdę, byłaby to rzeczywiście dramatyczna strata. Ale poza wyodrębnionymi „partiami inteligenckimi” istnieją tysięczne przykłady wiodącej roli inteligencji w wielkich ruchach społecznych, bez której ruchy te nie byłyby w stanie osiągać swoich celów. Przykładem tego jest choćby socjaldemokracja niemiecka. „Etos” w wydaniu Unii Wolności, ograniczony do własnego kręgu, budził sprzeciw i ironię. Ale etos bez cudzysłowu, wyprowadzony również z inteligenckiego poczucia misji społecznej, kulturalnej i cywilizacyjnej, jest niezbędnym składnikiem polityki. Myślę więc, że zwłaszcza SLD stoi dzisiaj przed arcyważnym zadaniem, aby po usunięciu na margines Unii Wolności z jej bagażem politycznym przejąć jej zainteresowania kulturalne, jej europejską perspektywę, jej uniwersalizm. Bez tego bowiem rzeczywiście może się okazać, że polskie życie społeczne straci jakąś wartość, bez której stanie się uboższe, a inteligencja zejdzie na psy. Tak stać się nie musi, chociaż może, jeśli zwycięzców zawiedzie wyobraźnia.
Druga klepsydra należy się partii, której zejście ze sceny wydaje się jeszcze bardziej definitywne. Nie chodzi mi tu wcale o AWS, ten koślawy twór zakulisowych komeraży Mariana Krzaklewskiego. Myślę natomiast o PPS, malutkiej partyjce, która nie potrafiła unieść swego wielkiego imienia. Z narastającą zgrozą patrzyłem na samobójstwo tej partii, która jeszcze przed kilkoma laty budziła moją sympatię. A była to jedyna partia, która ośmielała się nazwać antykapitalistyczną, nie wstydziła się też języka analizy klasowej, który choć zdolny wyjaśnić niejedno, stał się dziwnie niemodny także na lewicy. PPS także zgromadził wokół siebie krąg niegłupiej młodzieży, podobnej do tej, z jakiej na świecie wykluwa się dzisiaj ruch antyglobalizacyjny, którego przyszłość dopiero nadchodzi. Zamiast jednak pielęgnować te cechy, o których poczytać można choćby w piśmie „Lewą nogą”, PPS rzucił się w awanturę wyborczą, w której zabrakło tej mądrości, że w dzisiejszej Polsce jest miejsce dla wielu barw lewicy, lecz nie ma miejsca dla wielu partii lewicy konkurujących ze sobą w wyborach.
Zajadłość? Doktrynerstwo? Głupota?
Nie wiem. Ale szkoda mi tej najstarszej partii lewicy, której niedługo pewnie nie będzie już w ogóle.

 

Wydanie: 40/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy