Wiara w tłum

Wiara w tłum

Zmarł o. Jan Góra OP. Smutno bardzo. Byliśmy zaprzyjaźnieni przez ponad 40 lat. Celebrował mój ślub z Kasią (przepraszam, żeby użyć właściwych terminów: błogosławił małżeństwo). Ach, co to był za ślub! Góra był zawsze urodzonym reżyserem. Zaprogramował muzykę, przygotował czytania, sam poustawiał kwiaty w kościele z mistrzostwem, którego znawcy ikebany mogliby mu pozazdrościć. Dwie osoby uczestniczące w spektaklu od razu się nawróciły. W tak intymnych sprawach nomina sunt odiosa. Szkoda, bo nie byle jakie były to nomina.

Potem powolutku nasze drogi zaczęły się rozchodzić. Nie z tej przyczyny, że rozwiodłem się z Kasią (pozostajemy serdecznymi przyjaciółmi), to Janek rozumiał. Dlatego, że teatr swój widział coraz większy. Ożeniłem się z Basią w obskurnym merostwie Fontenay-le-Fleury, przed nieudolnym, gipsowym popiersiem prezydenta François Mitterranda; było kilkunastu gości. Miłości to wystarczy, miłości nie potrzeba więcej. W tym samym czasie – spotykaliśmy się jeszcze w Paryżu – Janek Góra miał już wizję ogromną, przeliczalną na liczby i patos.

Zasłuchany był w te komentarze: na krakowskich Błoniach zebrały się setki tysięcy ludzi, by uczcić naszego polskiego papieża Jana Pawła II. W Rio de Janeiro na spotkanie z papieżem zleciało się z całego świata około miliona osób. Nie przyszło mu do głowy, że to dokładnie nic nie znaczy. Porównywalne tłumy przychodzą (płacąc, w przeciwieństwie do rozrywki kościelnej) na koncerty Madonny, wielki finał futbolu amerykańskiego czy pochód pierwszomajowy za pierwszych coca-colowych lat Gierka. Po zamachu na „Charlie Hebdo” odbyła się w Paryżu manifestacja, jakiej Francja nie widziała od 30 lat. Wszyscy przeciw terroryzmowi. Jaki przyniosła efekt? Parę miesięcy później, po o ileż krwawszych zamachach, już nie manifestowano, wręcz odwrotnie – władze zakazywały zgromadzeń, gdyż uznały, że ułatwiają one zbrodnicze dzieło ewentualnym zamachowcom. Nie ma nic prostszego – pisał Karl Polanyi – niż wyprowadzić ludzi na ulice. Poświadczy to nie tylko obserwator wielkich wydarzeń religijnych, politycznych, sportowych czy muzycznych, ale każdy najskromniejszy obywatel, który w Paryżu sprzed terrorystycznej psychozy oglądać mógł niemal codziennie pochody – a to solidaryzujących się z kobietami kurdyjskimi, a to wielbicieli orchidei, a to czczących rocznice śmierci Lady Diany czy jeszcze obrońców fok. Dziennik „Le Parisien” w trosce o zmierzających do pracy kierowców drukuje każdego dnia mapkę stolicy informującą, które ulice będą nieprzejezdne z powodu robót drogowych – chwilowo to tylko mu zostało – demonstracji albo kontrdemonstracji. Nawet prześmiewcza manifestacja „przeciwko zimie i jesieni”, czyli perwersyjna manifestacja przeciw manifestacjom, zebrała kilkadziesiąt tysięcy uczestników. Tłum.

Owszem, tłum może być groźny. Jeżeli znajdzie wystarczająco zdolnego przywódcę i demagoga, może siać spustoszenie i obalać rządy, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co czyni i dokąd zmierza. Ponad wiek już temu Émile Durkheim, Marcel Mauss, a w Polsce Stefan Czarnowski opisali zjawisko tzw. wyobrażeń zbiorowych. Tłum nie jest syntezą poglądów, wiary, przekonań składających się na niego ludzi. Tłum rządzi się własną, chwilową, czasem sięgającą paroksyzmu emocją. Nie jest tak, że w tłumie komunikujesz się z kolegą z lewa lub prawa. Komunikujesz się z tłumem i w danej, niepowtarzalnej chwili idziesz, biegniesz za nim, śpiewasz rewolucyjne lub religijne pieśni. Rano Bastylia już zdobyta, Żydzi krew niemowląt chrześcijańskich dodający do macy już spaleni na stosie, na krążowniku „Aurora” wystygły działa, noc zapadła w Częstochowie… Wszystko już się stało. Był tłum i tłum odszedł zadowolony. Poddać się emocjom jest łatwo. To właśnie specjalność tłumu. Natomiast budowanie trwa latami. Tego zaś tłum nie zrobi, gdyż już się rozsypał, a jego atomy po dawnemu piją wódkę, biją żony, podstawiają nogę zdolniejszym kolegom. Nie ma tłumów konstruktywnych. Niestety, w tym się pomyliłeś, mój przyjacielu, ojcze Janku OP. Na Ostrowie Lednickim przechodziły pod twoją symboliczną rybą tabuny młodzieży, które już następnego dnia nie zapomniały może, że impreza była wspaniała, ale przesłanie całkiem wyleciało im z głowy. Następnego dnia trzeba by posprzątać, ale do tego już chętnych nie będzie.
Odszedłeś w statystyki z placu św. Piotra czy Jasnej Góry i trudno się dziwić, bo taki jest wymiar wiary w oczach Kościoła polskiego. Triumfu mu to nie przyniesie. Pamiętam, jak przyniosłeś mi, młody i przekorny, kasetę z kazaniem na własną śmierć. Była ona poetycka i nieco obrazoburcza. Czy jesteś pewny, że odegrali ją nad twoim grobem?

Wydanie: 5/2016

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy