Nikt nie jest doskonały

Nikt nie jest doskonały

Jedni mówią, że wybory prezydenckie w USA swoją dramaturgią przerastają najlepszy scenariusz filmu “political fiction”.
Inni mając bardziej sceptyczny stosunek do amerykańskiej demokracji, a zwłaszcza do jej praktycznego kształtu, powtarzają z satysfakcją – nobody is perfect (nikt nie jest doskonały). W istocie nawet specjaliści mają kłopoty z wyjaśnieniem licznych zawiłości amerykańskiego systemu wyborczego. Bo i jak przystępnie wytłumaczyć, że może wygrać wybory i zostać prezydentem kandydat, który w całych Stanach uzyskał mniej głosów.
Czyż nie jest to szok dla tych, którzy zostali wychowani w przekonaniu, że w demokracji
(a zwłaszcza tej podręcznikowej amerykańskiej) decyduje głos większości. Co mają myśleć, gdy dziś blisko wygranej jest ten, który przegrał.
Skonstruowany w innych czasach i dla zupełnie innych celów niż dzisiejsze system elektorski sprawia, że możliwe są takie sytuacje, jak ta z rywalizacji Ala Gore’a i George’a Busha.
Nie wiemy, kto będzie prezydentem USA, ale wiemy, jakie były preferencje wyborców. Na demokratę Gore’a częściej niż na republikanina Busha głosowały kobiety, ludzie ubożsi, mniej wykształceni, Murzyni, Latynosi, mniejszości religijne. A na Busha – ludzie zamożni, z wykształceniem średnim i wyższym. Takie są też tradycyjne elektoraty dwóch głównych partii politycznych. Obecny system wyborczy skutecznie konserwuje ich monopol. Ciekawe więc, czy klincz, w którym znalazły się USA po wyborach wpłynie na zasadniczą zmianę zasad wyborczych? Podobną sytuację przeżyli już Amerykanie w 1960 r., gdy John F. Kennedy o włos pokonał Richarda Nixona. Mimo zarzutów o sfałszowanie wyniku wyborów Nixon, kierując się interesem państwa, nie odwoływał się do sądu. Po czterdziestu latach zwielokrotniły się zarzuty o manipulowanie głosami, fałszerstwa, nieprawidłowości, drukowanie kart wyborczych niezgodnie z zasadami.
Walka o to, kto zostanie 43. prezydentem USA, była wyjątkowo wyrównana. Kandydaci zgromadzili rekordowe fundusze. Wpływowe grupy nacisku i sponsorzy kampanii amerykańskiej dobrze wiedzą, jak wielką władzą dysponuje prezydent w ich kraju. Skrupulatnie policzyli też stanowiska w administracji federalnej, które będą do obsadzenia po wygranej ich faworyta.
A scheda po Clintonie jest imponująca. Długi okres prosperity. Dziesięć lat nieprzerwanego wzrostu gospodarczego. Wyprowadzenie USA na pozycję praktycznie jedynego supermocarstwa. Uczynienie ze swojego kraju potęgi gospodarczej, technologicznej i wojskowej. To bilans rządów Clintona. I taka jest dziś pozycja Stanów na świecie. A jeszcze kilkanaście lat temu mówiono, że USA weszły w etap schyłkowy. Napięcia, konflikty, demonstracje, strajki, bezrobocie, rozruchy na tle rasowym nie były wymysłem propagandy antyamerykańskiej.
W kampanii tej nie mówiono o tych gorszych czasach. Amerykanie myślą wyłącznie o przyszłości, a od nowego prezydenta oczekują nie tylko utrzymania wzrostu gospodarczego, ale także rozwiązania problemów społecznych.
Jest ich sporo. Rośnie rozpiętość między biednymi i bogatymi. Przywileje podatkowe służą głównie najzamożniejszym. W więzieniach jest już ponad 2 miliony więźniów. Swoboda handlu bronią skutkuje przestępczością i absurdalnymi zabójstwami. Najważniejsza różnica między Gore’m i Bushem dotyczy ich stosunku do roli państwa i świadczeń socjalnych. Bush chce redukcji opiekuńczych funkcji państwa i zmniejszania roli rządu federalnego. Już wkrótce okaże się, czy będzie mógł swój program realizować.
Niezależnie zaś od tego, kto będzie prezydentem USA, start będzie miał trudny. Wygrana w tak mało przekonywający sposób to słaby mandat.

Wydanie: 46/2000

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy