Spinacze

Spinacze

Przychodzi czas, gdy umierają ludzie z różnych warstw geologicznych naszego życia. Potem następują rocznice. Mają przypominać, bo proces zapominania nie zna litości. Dziesięć lat temu zmarł Michał Łukaszewicz. Mało kto już wie, kim był. Pisarzem, ale nie wszedł do zbiorowej pamięci. Kolega ze studiów polonistycznych, czasami fascynujący, czasami męczący. Z ducha Witkacego i Gombrowicza. Ekscentryk, dziwak, jeśli ktoś woli – postać osobliwa. Manifestowało się to w jego zachowaniu, w tym, co i jak mówił. Widział świat z innej strony, to dla artysty wielka szansa. Był tylko problem dokonania przekładu własnej wizji na sztukę. A to Michałowi się nie udawało. Wiersze i proza, które pisał, nie były tak osobliwe jak to, co widział i mówił. Istniało jakieś zaburzenie w przekładzie. Z Broniewskim łączyła go pewna męcząca cecha, dzwonił pijany o najbardziej fantastycznych godzinach nocnych, ale nie czytał wierszy, chciał serdecznie pogadać. Nie ograniczał się do Polski. Zaczynał być więc postrachem śpiących. A potem o niczym nie pamiętał.

Nie wiemy, jaki wpływ ktoś na nas wywrze i czym zarazi, bywają to rzeczy szczególne. Michał miał odruch, że kiedy widział na ziemi spinacz, zwykły, biurowy, podnosił go z okrzykiem triumfu: „Jest!”. Zazwyczaj chodziliśmy Krakowskim Przedmieściem. Ileż tam było spinaczy! Nigdy bym się nie spodziewał. Zaraził mnie tym na całe życie. Po prostu zwracam uwagę, więc wszędzie znajduję spinacze. Okazuje się, że jest ich niezwykle dużo, są rozsiane po świecie, leżą czasami w zdumiewających miejscach. Kiedyś znalazłem dorodny na granicy Korei Południowej i Północnej. Również w samolocie nad Alpami, w sierści psa… Długo mógłbym wyliczać. Jak się zdaje, rozsadnikami spinaczy są biura, a potem one wędrują swoimi drogami.

Ta reguła nie jest wcale taka błaha, jak się wydaje. Ujawnia pewien ważny mechanizm ludzkiego umysłu. Jeśli zwracamy na coś szczególną uwagę, będziemy to znajdować nieproporcjonalnie częściej. Świat jest po prostu pełen wszystkiego. A celowo nie zwracamy uwagi na wszystko, by nie zaśmiecać swojej percepcji nadmiarem. Dotyczy to także mrocznej strony ludzkiej natury. Jeśli zwracamy uwagę na wady jakiejś grupy społecznej czy narodu, znajdujemy te wady choćby u Polaków czy Arabów. Ten mechanizm znajduje się też u źródeł uprzedzeń rasowych. I może służyć budowaniu niechęci. Skupiamy się na wadach, więc je widzimy. Warto dostrzegać ten mechanizm, by nie padać jego ofiarą. Zarażony kilkadziesiąt lat temu przez Michała spinaczami nadal wszędzie je znajduję. Nie jest ich aż tak dużo, aby było to kłopotliwe, ale wystarczająco wiele, by było to zabawne. Michał w finale życia zrobił wielką rzecz. Ładnie i godnie umarł. I zostawił po sobie dziennik, bardzo dobry, liczę, że to przywróci go pamięci.

Polskę odwiedził prof. Philip Zimbardo. Wybitny specjalista od systemów totalitarnych rozejrzał się i nakreślił nam scenariusz polityczny. Badania dowodzą, że wszystkie dyktatury zaczynały się od małych kroków. „Na początku jest ograniczenie wolności słowa, później kontrola mediów, następnie kontrola sądownictwa, później politycy zastępują wybieralnych przedstawicieli, następnie więzieni są krytycy reżimu. Kolejny krok to odwoływanie wyborów, później władza wojskowa bądź religijna i w ostateczności całkowita dominacja polityczna”. Jestem jeszcze przed drugą częścią scenariusza. Potrzebne są teraz gniew społeczny, ludowa sprawiedliwość, kozły ofiarne. To będzie osiągnięte przez spektakl smoleński. W Polsce, podobnie jak na Węgrzech, uderza brak przemocy fizycznej. Nie wiadomo, czy na to jeszcze za wcześnie, czy będzie to jakaś nowa forma współczesnej dyktatury bez gwałtu. Zależy to także od nas, od tego, jak gwałtownie i uparcie będziemy się buntować. A mamy tu duże tradycje. Dotyczy to głównie inteligencji, ale jest ona niezwykle ważną grupą społeczną.

Wielu czeka niecierpliwie, że zacznie się buntować nasz prezydent. Jest przecież zupełnie upupiony. Manekin obdarzony talentem krasomówczym. Na tym obrazie bez skazy nagle rośnie gest lekceważenia, jakim prezes obdarzył prezydenta, witając się z nim. Prezes miał za złe, że prezydent okazał pierwsze nieśmiałe oznaki niezależności w swojej pojednawczej wypowiedzi – ośmielił się powiedzieć, że powinniśmy bardziej sobie wybaczać. A prezes miał właśnie wtedy przekaz zupełnie przeciwny. Zaszło nieporozumienie. Prezes uważa, że cała jego władza to należący do niego sklep z zabawkami, które mają być mu posłuszne. Mechanizm ludzkiej ambicji jest jednak nieubłagany. Na razie trudno sobie wyobrazić jakiś bunt prezydenta, ale on dusi w sobie sprzeczność – wielkość swojego urzędu z małością bycia zależnym, i to tak pokracznie. Znając charakter Kaczyńskiego i jego małostkowość, długo nie da się tego utrzymać w harmonii. To musi zacząć pękać.

Znowu jestem w dwóch programach telewizyjnych i wszyscy mówią, dociskając gaz do deski. Dzielimy się coraz bardziej i utwierdzamy w tym podziale. Żaden spinacz tego nie zepnie.

Wydanie: 17/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy