Lepiej już zemdlej

Prezydentowi Lechowi Aleksandrowi Kaczyńskiemu paradoksalnie spadło. Spadło mu zaufanie społeczne, cenna wartość dla polityka. Co prawda, prezydent Lech Aleksander ma pięcioletnie stypendium przyznane mu przez wyborców i może gwizdać sobie na nastroje „Ciemnego Ludu”. Chyba że planuje reelekcję. To jednak będzie niezwykle trudne. Nie tylko dlatego, że prezydentowi między styczniem, a końcem marca spadło zaufanie społeczne z 64 do 43%. Już na starcie zyskał on gębę polityka drugorzędnego. „Cienia swego brata”, jak odnotował politolog Radosław Markowski. Gębę wiarygodną, bo sam Lech Aleksander ma w niej swój udział. Nikt nie zapomni słynnego meldunku świeżo upieczonego prezydenta RP, który „zameldował” bratu-Prezesowi „wykonanie zadania”. I, w domyśle, oczekuje nagrody.
Przyjaciele polityczni prezydenta RP przekonują, że był to tylko żart Kaczyńskiego, człowieka o wielkim, acz nieznanym szerzej poczuciu humoru. Tak czy siak, za te żartobliwe, szczere albo usłużne słowa prezydent Lech Aleksander długo będzie płacił. Gęby marionetki nie pozbędzie się nigdy. Chyba że pozbędzie się brata-Prezesa.
Politycy nie powinni mówić, bo czasem wystarczy tylko jedno słowo. Latem 1997 r. ówczesny premier Włodzimierz Cimoszewicz publicznie zauważył, że trzeba się ubezpieczać przed ewentualnymi powodziami. Rzekł tak, kiedy na Dolnym Śląsku odnotowano jedynie lokalną, typową dla tamtych regionów powódź. W ciągu dwóch dni okazało się, że zamiast lokalnej mamy powódź stulecia. Trzeźwe, słuszne słowa sprawiły, że Cimoszewiczowi wyrosła gęba nieczułego na ludzką krzywdę cynika technokraty. Nielicująca z wizerunkiem troskliwego lewicowego męża stanu. I chociaż jako premier miał wiele sukcesów, tuż przed wyborami wyrósł na aroganta, wyniosłego zadufka. SLD poprawił co prawda wynik wyborczy, ale znalazł się w opozycji. Cimoszewicz po powrocie SLD do władzy objął sprawy zagraniczne. Tam komunikował się głównie z cudzoziemcami.
Polityk, ten z pierwszej półki, nie powinien dużo mówić. Leszek Miller buńczucznie ogłaszał, że jeśli jego formacja dojdzie do władzy, to „nawet gruszki wyrosną na wierzbach”. Jeśli tylko jego ekipie tak się zachce. Miller miał opinię silnego, sprawnego męża stanu. Na tle rozkładającej się, skłóconej AWS on i scalony Sojusz Lewicy Demokratycznej jawili się jako jedyna zdolna do skutecznych rządów formacja. W miarę rządzenia człowiek zwany przez media „Kanclerzem” przestał panować nad swoją formacją. Kiedy odchodził, żegnały go drwiny przypominające dwa jego powiedzonka. O wspomnianych już gruszkach i po czym się poznaje prawdziwego mężczyznę.
Powiedzonko o gruszkach napisał Millerowi Jerzy Urban. Znany ze szczerego publicznego odkrycia, że „rząd zawsze się wyżywi”. To proste, znane w całym demokratycznym świecie spostrzeżenie, że bycie u władzy tuczy, wzburzyło ówczesny Naród, który życzył rządzącej ekipie długoletniego niedożywienia. Zapomniał o tym Marian Krzaklewski, który udzielił prasie kolorowej wywiadu, gdzie obficie opowiadał o swojej miłości do cygar i włoskiej grappy. Zapomniał, że nie wypadało, aby przewodniczący solidarnych robotników tak sobie używał. Miller też pamięcią zgrzeszył, bo mówiąc o gruszkach, zapomniał o Wałęsowskiej „drugiej Japonii”. Najpierw przyjmowanej przez Naród z silną wiarą w możliwość takiego sukcesu. Po klęsce tego nierealnego planu miłość zamieniła się w równie silną nienawiść.
Od patosu do śmiechu, od powagi do pogardy blisko jest w naszym życiu politycznym. Premier Pawlak słusznie chciał poprzeć krajowy przemysł. Postawił na złego konia, na samochód marki Polonez. I tak ośmieszył się na długie lata. Przestał być poważny, czyli poważany.
Politycy z najwyższej półki nie powinni mówić zbyt wiele. Wiedział to Tadeusz Mazowiecki, który omdlał w czasie wygłaszania swego exposé. Od tej pory Naród pamięta go jako męczennika słusznej, acz niemożliwej do zrealizowania sprawy. I solidaryzuje się, bo w Polsce kocha się męczenników za wiarę.

Wydanie: 16/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy