Polska powiatowa

Polska powiatowa

Skandale, afery, partyjne przepychanki oglądane w telewizji to tylko mały przegląd wydarzeń dostrzeganych przez wścibskie kamery w Warszawie. Tego, co dzieje się na polskiej prowincji, nikt zazwyczaj nie zauważa ani nie opisuje.
Jeśli uświadomimy sobie, że w dużych (powyżej pół miliona mieszkańców) miastach mieszka w Polsce tylko ok. 15% całego społeczeństwa, wtedy możemy lepiej zrozumieć kulturową zaściankowość kraju nad Wisłą. W Polsce powiatowej wszyscy wszystkich znają i nikt nie chce się wychylać. O ile działania centralnej administracji rządowej są pod jakimś – słabym bo słabym, ale realnym – nadzorem mediów i opinii publicznej, o tyle na poziomie lokalnym często panuje zmowa milczenia. Lokalne elity zazwyczaj kontrolują wszystkie narzędzia władzy. Jeśli w lokalnym układzie władzy jest największy pracodawca, ksiądz proboszcz, szef policji, burmistrz oraz finansowana przez urzędowe reklamy lokalna gazeta powiatowa, to zwykły człowiek nie ma żadnych szans z przebiciem się przez niewidzialny mur bezsilności i arogancji lokalnego „jaśniepaństwa”. Dlatego też w niektórych gminach te same lokalne kliki rządzą już blisko 20 lat.
Ci, którzy mają wątpliwości co do jakości polskich parlamentarzystów, ministrów, premiera czy prezydenta, nie powinni mieć jakichkolwiek złudzeń co do poziomu powiatowych Grzesiów, Mirków i innych Bronków. W Polsce powiatowej zazwyczaj króluje piąty garnitur namaszczony przez centralę partyjną i niezdolny do jakichkolwiek samodzielnych działań. Nie chodzi tylko o poziom gmin czy powiatów, ale również o władze wojewódzkie.
Ilustracją tego stanu może być sytuacja na Dolnym Śląsku, gdzie zdecydowana większość mieszkańców regionu nie jest w stanie wymienić nazwiska wojewody czy marszałka województwa. Trudno się dziwić, ponieważ urzędnicy mianowani przez matkę partię PO, pozbawieni jakiejkolwiek osobowości, przygotowania oraz wizji polityki społecznej, potrafią jedynie zachować wierność wobec partyjnych promotorów. Nie bez powodu określani są mianem „żołnierzy Schetyny”. Warto pamiętać, że o ile jeszcze dziesięć lat temu władza wojewódzka miała znaczenie raczej symboliczne, o tyle w tej chwili regionalne budżety są na tyle duże, że członkowie zarządów województw mogą czuć się jak książęta panujący w regionalnych księstwach. I to bez jakiegokolwiek społecznego, merytorycznego, a często i politycznego nadzoru.
Słuszna i szlachetna idea decentralizacji jest klasycznym przykładem mechanizmu, którego działanie zupełnie inaczej wygląda w odmiennych tradycjach kulturowych. O ile w krajach Europy Zachodniej etyka protestancka stoi na straży przejrzystości zasad działania społeczności lokalnej, o tyle wśród mieszkańców katolickiej Polski, przekonanych o sile znajomości, nieformalnych układów towarzysko-rodzinnych, cwaniactwa, decentralizacja w praktyce oznacza przekazywanie wielkiej władzy i odpowiedzialności klikom, które podtrzymują tradycję szlacheckiego zaścianka. Dobrze widać to przy podziale środków unijnych. Procedury Unii Europejskiej, które gwarantują sprawny i szybki podział środków na podstawie kryteriów merytorycznych, w Polsce kompletnie nie działają. Siła nieformalnych układów powoduje, że decyzja UE – aby zdecydowanie większa część pomocy unijnej była rozdzielana na poziomie regionalnym – spowodowała w polskich warunkach to, że środki unijne stały się kolejnym atrakcyjnym łupem dla partyjnych sitw. Platforma Obywatelska oraz PSL świetnie potrafią pomagać swoim działaczom i ich rodzinom. A Unia Europejska wbrew swej woli zamiast reformować polski skansen, chcąc nie chcąc, finansuje skostniałe układy na poziomie regionu.
Lokalne kliki partyjno-towarzyskie w sposób bezkarny i często bez jakiejkolwiek kontroli zarządzają środkami publicznymi. Władza burmistrza, marszałka województwa czy prezydenta miasta jest o wiele większa niż pojedynczego posła, a nierzadko i podrzędnego ministra. Nie przez przypadek bardziej cwani działacze partyjni nie chcą się pchać do parlamentu czy rządu – wolą spokojnie budować swój lokalny dwór i bez nadzoru ogólnokrajowych mediów oraz natręctw opinii publicznej powiększać swoje wpływy i bogactwa. To, o czym dobrze wiedzą lokalni cwaniacy, niestety nie jest zrozumiałe dla społeczności lokalnych. W wielu krajach zachodnich wybory samorządowe mają wyższą frekwencję niż wybory parlamentarne – ludzie rozumieją tam, że lokalne władze mają duży wpływ na ich jakość życia. W Polsce jest zupełnie odwrotnie – o ile w wyborach parlamentarnych frekwencja zazwyczaj nie jest zbyt wysoka, o tyle w przypadku wyborów lokalnych zawsze jest fatalna.
Warto to zmienić i już teraz czas zacząć myśleć poważnie o promowaniu na poziomie lokalnym ludzi odważnych, zdolnych do samodzielnego działania oraz nastawionych na budowanie bardziej racjonalnych porządków społecznych. Dokładnie za rok odbędą się wybory samorządowe. Już dziś należy demaskować i rozliczać nieudaczników, którzy z regionalnych urzędów publicznych zrobili sobie prywatny folwark z własnym dworem i klakierami. Przy marności ogólnokrajowej polityki samorząd lokalny może być miejscem, gdzie pojawi się ożywczy impuls dla polskiej demokracji. Może też stać się kolejnym obszarem zajętym przez partyjny PO-PiS. To, jak sytuacja się potoczy, zależy również od lokalnych środowisk lewicowych. Dobrze byłoby zamienić samorząd w mocne lokalne przyczółki lewicy, które pozwolą zachować społeczne obszary niezależne od panowania prawicowej hegemonii. To mógłby być początek odrodzenia lewicy w Polsce. W przypadku jej kolejnej porażki może to być ostateczna przegrana, która pogrąży lewicę na wiele lat. Tym bardziej że w tym samym czasie będzie się toczyła kampania prezydencka. Wynik wyborów prezydenckich i samorządowych będzie miał wpływ nie tylko na skład kolejnego Sejmu, ale i na klimat polityczno-kulturowy Polski w dłuższym okresie. Wybór jest prosty: powiatowa parafiańszczyzna oblana PO-PiS-owym sosem lub postęp w stronę Europy socjalnej, sprawiedliwej i nowoczesnej.

Wydanie: 42/2009

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy