Zawiłości

KUCHNIA POLSKA

Przez cały niemal tydzień pierwszą wiadomością w polskiej prasie i w telewizjach była papieska pielgrzymka na Ukrainę.
Ale dużo, to nie zawsze znaczy mądrze. Pielgrzymka ta poruszyła bowiem ogromne, nie dotykane wcześniej pokłady spraw i emocji na tyle głęboko, że jeśli nie będziemy o tym mówić otwarcie i jasno, powstać może tuman jeszcze większy niż dotąd.
Pierwszą sprawą, nad którą nie można się nie zastanowić, jest sam cel i kierunek tej pielgrzymki. Papież poruszał się zwykle po dwóch szlakach. Pierwszym z nich były kraje zdecydowanie katolickie, w Europie czy Ameryce Łacińskiej, gdzie tłumy wiernych z utęsknieniem oczekiwały na swojego Pasterza. Drugim zaś były kraje, w których wiara zdawała się być zagrożona bądź to ze strony dyktatorskich reżimów ateistycznych (taki charakter miała pierwsza pielgrzymka papieża do Polski lub jego późniejsza podróż na Kubę), bądź też wymagała wsparcia wobec podmywających ją postaw materialistycznych lub innowierczych. Ten charakter przypisać można, dość paradoksalnie, zarówno podróżom papieża do krajów Afryki, gdzie katolicyzm przybiera nieraz postać dosyć daleką od reguły rzymskiej, jak i pielgrzymce do Stanów Zjednoczonych, kraju sekciarstwa i materialistycznego konsumeryzmu.
Ukraina nie mieści się w żadnej z tych kategorii. Nie jest krajem dyktatorskim, lecz demokratycznym, co papież pochwalił, mówiąc w Kijowie o bezkrwawym przejściu od komunizmu do demokracji. Nie jest też krajem niewiernych, lecz przeciwnie, chrześcijańskim krajem prawosławnym. Z tej pozycji wydaje się wręcz znamienne, że cała ukraińska pielgrzymka papieska miała formalnie status wizyty państwowej, ponieważ papieża zapraszał prezydent, nie zaś Kościoły prawosławne Ukrainy, które nawet jeśli później ich zwierzchnicy czynili honory domu wobec rzymskiego gościa, dawały jednak wyraz swojemu dystansowi.
Komentatorzy podają dwa główne cele ukraińskiej pielgrzymki. Pierwszym z nich był cel ekumeniczny, a więc szukanie pojednania pomiędzy rozdartymi przed ponad tysiącleciem Kościołami Wschodnim i Rzymskim. W tej kwestii pielgrzymka była owocem pewnego zniecierpliwienia wobec ciągnących się latami rozmów między hierarchami obu Kościołów, które nie doprowadziły do niczego. Papież więc niejako ponad ich głowami postanowił zwrócić się do prawosławnych wiernych na Ukrainie. Jan Paweł II z pewnością potrafi przemówić do ludzi prostej wiary, głosząc uniwersalne przesłanie etyczne, widać to było także w Kijowie. Czy jednak ów bezpośredni adres do prawosławnych wiernych nie umocni – pomimo całej kurtuazji – uporu ich przełożonych, pokaże dopiero czas.
Papieskiej wizycie na Ukrainie od początku przeciwny był największy odłam prawosławia, podległy Patriarchatowi Moskiewskiemu. A to właśnie łączy się z drugim zamierzonym celem tej pielgrzymki, a mianowicie z otwarciem drzwi do Rosji. Jest zrozumiałe, że pielgrzymujący papież chce postawić swoją stopę w największym kraju chrześcijańskiego Wschodu. Ale posłanie pielgrzymki do Rosji jest dość trudne do zdefiniowania. Obrona wolności i demokracji? Rosja jest na tyle wolna i demokratyczna, na ile ją dzisiaj stać. Krzewienie wiary? Rosja ma wiarę, czasem nawet, słuchając na przykład Żyrinowskiego, boję się raczej jej ekstremalności niż niedostatku. Sądząc zaś z gniewnych słów moskiewskiego patriarchy, drzwi przed papieską pielgrzymką do Rosji zatrzasnęły się teraz mocniej niż dotychczas.
Trudno wątpić, że dla Jana Pawła II kwestie religijne mają pierwszorzędną wagę. Ale wiąże się z nimi także kontekst polityczny. W tym wypadku jest nim poparcie i wzmocnienie samodzielności Ukrainy. Zachód od dawna uważał samodzielność Ukrainy za sposób na osłabienie Rosji, co z punktu widzenia Zachodu jest logiczne. Ale nie jest to wcale tak oczywiste z punktu widzenia samej Ukrainy, której postawa jest w tej kwestii dość zawiła. Doświadczyła tego na przykład Polska w głośnej sprawie rurociągu. Podczas gdy my własną piersią gotowi byliśmy osłaniać taki jego bieg, aby nie omijał Ukrainy, sami Ukraińcy okazali się w tej sprawie nieporównanie bardziej ustępliwi. I nie można się im dziwić. Ich związki z Rosją są znacznie silniejsze niż jeden rurociąg. Z pewnością 50-milionowa Ukraina chciałaby być mocarstwem całkowicie niezawisłym od Rosji, ale nim nie jest i długo jeszcze nie będzie. Nie wiadomo także, czy wyjście Ukrainy z jej obecnego kryzysu – którego owocem są m.in. tysiące Ukraińców szukających u nas pracy i zarobku – jest możliwe bez bliskiej współpracy z Rosją. Nie jestem więc pewien, czy Ukraińcy nie przyjmują czasami owego zachodniego popychania ich przeciw Rosji jako niedźwiedziej przysługi. Fakty zdają się to potwierdzać.
Nad wizytą papieską na Ukrainie unosiła się wreszcie, bo musiała, sprawa polska. Wiem, że zabrzmi to jaskrawo, nie można jednak wykluczyć, że Janowi Pawłowi II w osiągnięciu celów jego pielgrzymki po Ukrainie przeszkadzało trochę to, że jest on Polakiem. Mogło pomóc we Lwowie – budząc zresztą niedorzeczne mrugania okiem naszych mediów, że przecież Lwów, polskość itd. – ale nie pomagało mu w Kijowie i na całej wielkiej ziemi ukraińskiej. Bo przecież kiedy nasz romantyczny poeta Bohdan Zaleski modlił się:
„Boże mój, Boże! Łzami modlę Ciebie
Jak umrę, daj mi Ukrainę – w Niebie!”,
ładnych parę pokoleń poetów ukraińskich modliło się tak samo żarliwie o Ukrainę bez Polski i Polaków. Polski papież na Ukrainie odprawiał nabożeństwa raz po ukraińsku, raz po polsku, wzywał do szlachetnego pojednania i zapomnienia krzywd dzielących oba narody. To pojednanie z pewnością kiedyś nadejdzie, jeśli rzeczywiście – jak pisał inny urodzony na Ukrainie poeta – „narody jako sznur żurawi lecą w postęp”. Myślę jednak, że dzisiaj papieżowi swobodniej byłoby poruszać się po Ukrainie gdyby nie budził swoją osobą krwawych cieniów Chmielnickiego i Mazepy, czego nie mógł był uniknąć.
A więc same zawiłości. Ale jakże ważne!

Wydanie: 27/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy