Pani Ela nie rozumie

Pani Ela nie rozumie

Gdyby w Polsce instytucjami najbardziej dyskryminowanymi były Kościół katolicki i rząd, to Elżbieta Radziszewska byłaby świetnym kandydatem na rzecznika ds. równego traktowania. Ma bowiem ku temu wszelkie kompetencje. Bo choć już od czterech kadencji jest w Sejmie, to została zapamiętana tam przede wszystkim jako gorąca zwolenniczka objęcia parlamentu patronatem Matki Polskiej Trybunalskiej. Ta misja nie zakończyła się co prawda sukcesem, ale żarliwość Radziszewskiej została zapamiętana przez hierarchów. Premier Tusk, gdy powoływał ją w przeddzień Dnia Kobiet na pełnomocnika rządu ds. równego traktowania, nie pamiętał chyba, że dużo wcześniej Radziszewska była zdeklarowaną przeciwniczką zarówno ustawy o równym statusie, jak i sensu powoływania urzędu, który obecnie sprawuje. Osoba z takimi poglądami wchodząc w buty pełnomocnika, mogła albo dojrzeć do wymagań, jakie niesie nowa funkcja i zabrać się do roboty, albo próbować pociągnąć urząd w stronę własnych poglądów. Radziszewska wybrała tę drugą możliwość. Nie może więc dziwić, że bardzo szybko skonfliktowała się z tymi środowiskami, które w dzisiejszej Polsce uważają, że są dyskryminowane.
Czy takie zjawiska mają u nas miejsce? Oczywiście, bo któż nie zna przykładów dyskryminacji ze względu na płeć, wiek czy orientację seksualną? I co wtedy? Do kogo ci pokrzywdzeni ludzie mają się zwracać jak nie do ministra rządu ds. równego traktowania? A skoro jest taki minister, to wydawać by się mogło, że osobą najbardziej wyczuloną na wszelkie przejawy dyskryminacji powinna być pani Radziszewska, najważniejsza urzędniczka od tych spraw w całej machinie państwowej. Minister, która powinna swoją aktywnością legislacyjną, interwencjami i wystąpieniami publicznymi narzucać humanistyczne i europejskie standardy. Mało tego, powinna próbować uporczywie zmieniać to, co najtrudniejsze do zmiany, czyli ludzkie myślenie i dość okropne stereotypy. Niestety panią Elę od równości zadania przerosły. Gdy żali się, że od trzech lat jest atakowana zwłaszcza przez feministki i mniejszości seksualne, nie potrafi podać żadnego przykładu na to, że kiedykolwiek stanęła w ich obronie. Trudno byłoby wskazać te mniejszości, których broniła. Nie ja jeden mam wrażenie, że to, co pani Radziszewska robi, jest tylko grą pozorów. A w takiej grze los środowisk dyskryminowanych nie ma większego znaczenia, bo przecież to nie one obsadzają fotel ministra i wpisują na listę kandydatów do Sejmu. Dla Radziszewskiej ważna jest tylko opinia Kościoła i ocena premiera. A póki te są dla niej pozytywne, może chodzić z zadowoloną miną i paplać o swojej aktywności.
Mało w tym, co robi, treści. Brakuje jej chęci i woli porozumienia się ze środowiskami, których, co wyraźnie widać w różnych wypowiedziach, nie akceptuje. A w ostatnim czasie nawet nie udaje, że ma dobrą wolę, by się z nimi naprawdę porozumieć.
Zapomina, że nie jest prywatną osobą, panią Elą, której prywatne poglądy mieszczą się w trapiących Polskę niedobrych stereotypach. Nie przyjmuje do wiadomości, że to, co aprobują ludzie z jej środowiska, bardzo razi, gdy słuchają tych wynurzeń ofiary nietolerancji i dyskryminacji. Ofiary zaglądania im pod kołdrę. Gdy takie rzeczy robi urzędnik państwowy, to ginie poczucie, że żyjemy w jakimś porządku prawnym. Że są instytucje, które naprawdę stają na straży podstawowych praw człowieka. W tym także konstytucyjnego prawa do prywatności. Pani Radziszewska od paru lat wywraca ten porządek, stawiając na głowie to, do czego została wyznaczona.

Wydanie: 39/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy