Zatorscy, Wróble, Gęborysy

Zatorscy, Wróble, Gęborysy

Stereotypy o chłopach i wsi zawierają część prawdy i część nieprawdy. Naszymi najbliższymi sąsiadami byli Zatorscy. Można mówić o czymś więcej niż tylko o sąsiedztwie. Mój pradziadek kupił u Franciszka Zatorskiego, zamożnego gospodarza, kilka hektarów ziemi dla swojego syna, mojego dziadka. Syn Franciszka Maciej był znanym w okolicy hulaką, gospodarstwo zaniedbywał, a do tego nie miał szczęścia. Raz spaliły mu się zabudowania gospodarcze, drugi raz dom. Liczna rodzina znalazła się pod gołym niebem. Ziemianka jednak lepiej chroniła od zimna i deszczu niż gołe niebo, ale łatwo sobie wyobrazić niewygody przebywania w ziemiance. Synowie Macieja, a było ich trzech lub czterech, wcześnie zostali przez matkę wdrożeni do pracy i dom został zbudowany szybciej, niż to się zazwyczaj na wsi działo. Pamiętam ten dom z jego fazy schyłkowej. Najstarszym synem Macieja był Jasiek, wyposażony przez naturę w pracowitość, jak inni w talent śpiewaczy; praca, do jakiej się brał, dawała mu przyjemność. Na swojej działce położonej malowniczo pod lasem i ozdobionej z dwu stron drzewami akacji wybudował zgrabny dom z gankiem i dwiema kolumienkami. Wkrótce pojawi się ktoś, kto zasieje zioła i posadzi kwiaty. Jasiek Zatorski zakochał się w żydowskiej dziewczynie, a ona w nim. Mało prawdopodobne, że on ją porwał, jak mówiono, raczej ona uciekła od matki i najpierw po kryjomu przeniosła się do Zatorskich. Przechrzciła się i wzięła ślub kościelny. Rozpacz matki była nie do opisania. Katolicy nie są zdolni do takiej rozpaczy. Szlomicha, jak ją nazywano we wsi, darła włosy z głowy i płakała, miotając się po ścieżkach i wołając, że jej córka umarła. Gdy ją próbowano pocieszyć, mówiąc, że córka żyje i właśnie wzięła ślub, ona odpowiadała, że to jest właśnie ta śmierć, którą opłakuje.

Przechodząc na katolicyzm, dziewczyna wzięła sobie imię Sabina, jakie miała wcześniej – nie wiem. W szkole była podobno najlepszą uczennicą i najbardziej lubianą.

Młodzi Zatorscy niedługo cieszyli się swoim domem z gankiem i kolumienkami, swoimi kwiatami i gęsto posadzonymi drzewami akacji. Wybuchła wojna i zatruła wszystkie ludzkie uczucia. Żydzi z pochodzenia pozostający w związku małżeńskim z katolikami byli uważani przez wieś za swoich i wszyscy przeżyli. Nie ukrywali się, ale Niemcom schodzili z oczu. Gdy była obława, nasza matka przyprowadziła chłopców Sabiny i nakazała nam mówić, że my czterej jesteśmy braćmi. Dzieci Zatorskich miały czarne włosy i czarne oczy, a my z bratem włosy koloru żytniej słomy; rasistowsko wykształconemu Niemcowi mogło to dać do myślenia.

Zatorscy z wieloma innymi rodzinami zostali wywiezieni na przymusowe roboty do Austrii, po wojnie z angielskimi perypetiami po drodze znaleźli się w Chicago. Bez zawodu, bez znajomości języka, zdani tylko na swoje talenty pracowitości podejmowali się każdej pracy, jaka się nastręczała, a nastręczały się tylko najcięższe. A co z chłopcami? Zatorscy założyli sobie maksymalny cel edukacyjny i osiągnęli ten cel. Młodszy, Zygmunt, ukończył studia inżynieryjne, po których doszedł do dość wysokiego stanowiska w przemyśle. Starszy, Zdzisław, zrobił karierę godną podziwu, poszedł na studia najdroższe i najtrudniejsze, często powodujące utratę ojczystego języka. Został uznanym lekarzem, w mieście Houston w Teksasie miał doskonałą praktykę i okazały dom.

Przyłóżmy do losu tych ludzi stereotyp o polskich wieśniakach. Zatorscy w każdym pokoleniu podnosili się i upadali, upadali i się podnosili. W rezultacie znaleźli się w amerykańskiej klasie średniej.

Stary Wróbel miał czterech synów, którzy uprawiali rolę i czytali książki. Władek po oporządzeniu inwentarza zasiadał przy lampie wraz z żoną i oboje czytali do północy. Przeczytali wszystkie książki z biblioteki szkolnej, a później pożyczali. Szczepan chodził przed wojną do gimnazjum, ukończył je albo nie. Nie widziałem go nigdy, ale dużo o nim słyszałem, bo w czasie wojny był „szyszką” w AK. Wszyscy zresztą Wróblowie byli w AK. Z urywków ściszonych rozmów wiem, że mój ojciec przekazywał Szczepanowi niebezpieczne rzeczy, także dziwny wózek o dwóch małych kółkach, wygrzebany przez nas dzieci z zakamarków szopy. Był to ciężki karabin maszynowy, jak się dowiedziałem po wojnie. Dużo można by na ten temat mówić. Moją uwagę najbardziej przyciągał Jasiek. Nie stronił od pracy na roli, ale powołanie miał inne. Był działaczem Wici, a także PSL w czasach Mikołajczyka, a później został agronomem. Był wysoki i szczupły, miał szczupłe dłonie i mówił, jakby z książki czytał. Jak kto chciał, mógł go brać za chłopa, ale więcej przemawiało za inteligentem, stereotyp chłopski do Wróblów nie pasuje.

Mój wujek Stach Gęborys utrzymywał się ze stolarstwa, ale w istocie był filozofem. Chodził jak filozof, mówił jak filozof i milczał jak filozof. U nas w domu w tym małomównym stolarzu odkryto intelektualistę, gdy z Niemiec, gdzie był na przymusowych robotach, przysłał list, odkrytkę opisującą wiosnę w górach – bo to była Austria – a poza tym wszystko, co pisał, było bardzo mądre. Wujek Stach miał zawsze książki, których nikt inny jeszcze nie miał. Myślicie, że tylko jeden Norwid pisał książki? Był drugi Norwid, prawdopodobnie warszawski biznesmen, który opisał, jak w czasie wojny udało mu się uciec z Generalnej Guberni i z jaką radością znalazł się w szwedzkim areszcie. Książek u Gęborysa przybywało za sprawą synów, którzy gromadzili je zawodowo.

Brat Stacha był samorodnym malarzem. Tak mu się życie ułożyło, że nie spotkał nikogo, kto by mu udzielił użytecznych wskazówek. Po wojnie miał za dużo lat, żeby rozpoczynać naukę w liceum lub akademii, a przed wojną potrzebny był mecenas, który się nie zjawił. Jego obrazy robiły wrażenie rozmiarami: portret na wysokość drzwi od stodoły, pejzaż z sosnami jeszcze większych rozmiarów. Antek Gęborys pokazał mi, że sosna, drzewo ubogie, ma swoje piękno, które trzeba umieć zobaczyć. Tak jak trzeba było umieć zobaczyć starą wieś z jej niestereotypowymi mieszkańcami. Do opowiedzenia jest postać Kostka Kopra, który czytał „Dialogi” Platona i był wójtem, zanim nastał stalinizm.

Wydanie: 2/2019

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy