Tag "technologia"

Powrót na stronę główną
Kraj Wywiady

Dziewczyny przy decyzyjnych stołach

Przechodzimy od kibicowania kobietom na starcie do budowania ich pozycji jako liderek

Dr Bianka Siwińska – naukowczyni, aktywistka i menedżerka, prezeska Fundacji Edukacyjnej „Perspektywy”. Jej działalność i inicjatywy od lat rewolucjonizują obecność kobiet w sektorze STEM (ang. Science, Technology, Engineering, Mathematics – nauki przyrodnicze, technologie, inżynieria i matematyka). Pomysłodawczyni Perspektywy Women in Tech Summit – największej tego typu imprezy naukowej w Europie i Azji, która odbyła się 10 i 11 czerwca w Warszawie.

Na otwarciu Perspektywy Women in Tech Summit 2026 padły mocne słowa: „Jesteśmy masą krytyczną potrzebną do wywołania reakcji łańcuchowej”. Czy ten punkt zwrotny w nauce właśnie nastąpił?
– Myślę, że jesteśmy w bardzo szczególnym momencie: masa krytyczna już się wytworzyła, ale reakcja łańcuchowa musi być teraz mądrze podtrzymana. Tysiące osób podczas konferencji to dowód, że temat kobiet w technologiach przestał być niszowy, nie jest społeczną ciekawostką czy egzotycznym dodatkiem, który dobrze wygląda w raportach. Ta skala pokazuje, że zjawiska nie da się już zepchnąć na margines. Dla mnie ta „masa krytyczna” oznacza moment, w którym pojedyncze historie zaczynają się łączyć w jedną globalną siłę. Jedna dziewczyna na politechnice może być traktowana jak wyjątek, ale tysiące kobiet rozmawiających w jednym miejscu o AI, energetyce jądrowej, kosmosie czy cyberbezpieczeństwie – to już jest realna zmiana społeczna. Ta widoczność przełamuje dotychczasowe poczucie osamotnienia, które przez lata towarzyszyło kobietom wchodzącym do świata nauk ścisłych.

Co w takim razie stoi na przeszkodzie ogłoszeniu sukcesu?
– Byłabym ostrożna z ogłaszaniem „ostatecznego zwycięstwa”. Punkt zwrotny w nauce i technologii zaczyna się wtedy, gdy zmieniają się wyobraźnia społeczna, język instytucji, ambicje młodych ludzi i oczekiwania wobec rynku pracy. To już się dzieje. Coraz trudniej otoczeniu powiedzieć dziewczynom „to nie dla was”, a firmom ignorować brak kobiet na stanowiskach decyzyjnych. Przekroczyliśmy ważny próg, ale teraz kluczowe jest pytanie: gdzie te kobiety będą za 5, 10, 15 lat? Prawdziwym sukcesem będzie sytuacja, w której wejście do branży przełoży się na trwałą obecność na szczycie. Zadaniem systemu jest otworzyć przed nimi realne ścieżki wpływu, awansu, decyzyjności i przywództwa, zamiast oferować jedynie pozycje startowe.

Wróćmy na chwilę do przeszłości. Flagowa akcja „Dziewczyny na Politechniki!” trwa od kilkunastu lat. Co w tym czasie zmieniło się na uczelniach?
– Zmieniła się przede wszystkim norma. Kiedy zaczynaliśmy, obecność kobiet na wielu kierunkach technicznych była traktowana jak osobliwość, z którą nie do końca wiadomo, jak należy się obchodzić. Dziś kobiety są częścią strategii rekrutacyjnych, kół naukowych czy programów mentoringowych. Uczelnie zrozumiały, że różnorodność nie jest dodatkiem wizerunkowym, ale warunkiem jakości nauki i innowacji. Wydziały, które dawniej były całkowicie zdominowane przez jedną płeć, dziś aktywnie rywalizują o utalentowane studentki, dostrzegając w nich ogromny potencjał rozwojowy.

A jak reaguje na to środowisko, do niedawna typowo męskie?
– Młodsze pokolenia mężczyzn są już dużo bardziej oswojone z obecnością kobiet w laboratoriach i projektach. Partnerstwo w zespołach badawczych staje się dla nich codziennością, a nie powodem do zdziwienia. Kiedyś trzeba było pokazać dziewczynom, że mają prawo wejść do świata technologii i nauk ścisłych. Dziś musimy zadbać o to, żeby były obecne na wszystkich poziomach: od studentek po ministry. W czerwcu odbyła się druga edycja European Summit of Women Leaders in Science and Technology i widzimy, jak proces ewoluował od ubiegłorocznych deklaracji do konkretnych inicjatyw i budowania agendy wpływu dla ponad 100 liderek z całego świata. Przechodzimy od kibicowania kobietom na starcie do systemowego zabezpieczania ich pozycji liderek.

W ciężkich sektorach, energetyce czy atomie, na najwyższych stanowiskach mamy zaledwie kilka procent kobiet. Gdzie jest główny hamulec?
– Hamulec jest podwójny. Samo przełamywanie stereotypów w mentalności już nie wystarcza. Dziewczyny można zachęcić do studiów, ale

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Koniec technologicznej naiwności

Kolejne państwa Unii porzucają Microsoft. Europa bierze na celownik chińskie big techy, a Wojsko Polskie blokuje wjazd chińskim autom

Jeszcze niedawno wybór technologii był prosty – decydowały cena, funkcjonalność i przyzwyczajenia użytkowników. Dziś w Europie podważa się ten model, stawiając na cyfrową suwerenność i bezpieczeństwo danych. Efekt? Odejście od amerykańskich rozwiązań, rosnąca nieufność wobec chińskich technologii i coraz śmielsze decyzje, także na poziomie służb i wojska. Coraz więcej państw Unii Europejskiej ogranicza obecność amerykańskiego oprogramowania w administracji, powołując się na potrzebę odzyskania kontroli nad danymi i infrastrukturą. Jednocześnie Bruksela wyraźnie sygnalizuje nieufność wobec chińskich gigantów technologicznych – na początku maja br. Komisja Europejska zarekomendowała wycofywanie produktów Huawei i ZTE z infrastruktury krytycznej. Tę samą ostrożność widać u nas w kraju: Wojsko Polskie zamknęło wjazd do swoich obiektów dla samochodów wyprodukowanych w ChRL, podobne zasady wprowadziła już Służba Ochrony Państwa, a policja analizuje, czy również nie powinna pójść w tym kierunku.

Office z Europy

Chociaż alternatywa dla pakietu biurowego od Microsoftu jeszcze do niedawna wydawała się abstrakcją, na rynku właśnie pojawiło się Euro-Office. Dziennikarze technologiczni wskazują, że ta usługa na Starym Kontynencie ma stanowić kluczowy element cyfrowej niezależności od amerykańskich big techów.

Kolejne europejskie kraje konsekwentnie odchodzą od rozwiązań oferowanych przez amerykańskie koncerny. W dążeniu do cyfrowej suwerenności prym wiedzie ostatnio Francja. Na początku kwietnia francuska Międzyresortowa Dyrekcja ds. Cyfryzacji (DINUM) zapowiedziała rezygnację z systemu Windows na rzecz Linuksa. Jednocześnie zobowiązano wszystkie agencje i ministerstwa do opracowania – do jesieni – planów ograniczenia zależności od dostawców spoza Europy. Strategie te mają objąć różne dziedziny, od systemów operacyjnych, przez narzędzia komunikacji i pracy biurowej, po rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji oraz usług chmurowych. Francuzi mają już wprawę w przechodzeniu na system Linux – żandarmeria działa na nim od 2008 r.

Podobny kierunek deklarują Niderlandy, zapowiadając odzyskanie kontroli nad danymi, infrastrukturą i technologią, a także Dania, która pilotażowo wdrożyła pakiet LibreOffice, otwartoźródłowy, czyli takie oprogramowanie, którego kod jest publicznie dostępny, więc każdy może go obejrzeć, sprawdzić, a nawet zmienić lub ulepszyć. Norwegia rozważa współpracę z Kanadą w ramach Sovereign Technology Alliance, natomiast w Niemczech minister cyfryzacji Karsten Wildberger zapowiedział stopniowe uniezależnianie administracji i służb bezpieczeństwa od takich firm jak Microsoft i Palantir.

Na poziomie regionalnym Niemcy już wcześniej podejmowały podobne inicjatywy. Szlezwik-Holsztyn od 2024 r. wprowadza rozwiązania open source, zaczynając od pakietu biurowego LibreOffice, a następnie modernizując systemy pocztowe. W dalszej perspektywie region planuje zastąpienie platformy Microsoft SharePoint europejskim rozwiązaniem Nextcloud oraz pełne przejście administracji na Linuksa. Według danych serwisu The Next Web do początku 2026 r. na ten system przeniesiono już 30 tys. stacji roboczych, co dało 15 mln euro oszczędności na licencjach. Z kolei raport Digital Sovereignty Index (DSI), uwzględniający m.in. wykorzystanie własnej infrastruktury hostingowej, wskazuje Finlandię jako lidera cyfrowej suwerenności. Francja zajmuje w nim czwarte miejsce,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Polska sięga gwiazd

Sieć Badawcza Łukasiewicz widzi przyszłość bezpieczeństwa i gospodarki Polski w technologiach kosmicznych

Projekty kosmiczne prowadzone przez polskie instytucje jeszcze niedawno mogły się wydawać tylko ciekawostką albo wyrazem megalomanii. Dziś, w obliczu zmian w globalnych układach, mogą zdecydować nie tylko o naszym miejscu w gospodarczych łańcuchach wartości, ale też o bezpieczeństwie.

– Mimo trwałych sojuszy Siły Zbrojne RP potrzebują dziś rozwiązań opartych na suwerenności technologicznej, która zapewnia odporność i niezależność – ocenia były szef Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych RP gen. Mieczysław Cieniuch. Jak podkreśla generał, satelity dają przewagę w rozpoznaniu i łączności: – Wzmacniają zdolność szybkiego reagowania i koordynacji działań. Dążenie do suwerenności technologicznej w tym obszarze staje się jednym z fundamentów bezpieczeństwa państwa – zauważa dowódca.

Jednocześnie analizy Europejskiej Agencji Kosmicznej pokazują, że jedno euro zainwestowane w sektor kosmiczny generuje od trzech do ośmiu euro zwrotu. Według prognoz McKinsey & Company wartość globalnego rynku kosmicznego do 2035 r. może osiągnąć nawet 1,8 bln dol. Dla Polski oznacza to możliwość budowy silnej pozycji w wyspecjalizowanych niszach technologicznych, takich jak serwisowanie satelitów czy rozwój ekologicznych napędów.

Kosmiczny program na miarę XXI wieku

Ogłoszony w tym roku Program Badań Kosmicznych Sieci Badawczej Łukasiewicz to kompleksowa inicjatywa obejmująca kilkadziesiąt projektów badawczych zaplanowanych do 2035 r. Jego celem jest rozwój pełnego łańcucha technologii kosmicznych – od projektowania satelitów, przez ich wynoszenie na orbitę, aż po zaawansowane systemy badawcze i komunikacyjne.

Szacunkowa wartość programu to ok. 2,4 mld zł rozłożone na dekadę. Środki finansowe mają pochodzić zarówno z zasobów własnych Sieci, jak i z funduszy przeznaczonych na obronność oraz rozwój technologii kosmicznych, a także ze współpracy z podmiotami prywatnymi. Inicjatywa będzie kierowana do odbiorców krajowych i zagranicznych, oferując usługi oparte na koncepcji dualuse, umożliwiającej zastosowanie rozwiązań cywilnych w sektorze obronnym. Projekt może istotnie wzmocnić niezależność Polski w dostępie do kluczowych technologii kosmicznych.

Jak podkreśla minister nauki i szkolnictwa wyższego dr inż. Marcin Kulasek: – Dzięki konsolidacji zasobów aż 22 instytutów Sieci mamy historyczną szansę stać się europejskim liderem w technologiach przemysłu kosmicznego, także w tak wyspecjalizowanych obszarach jak serwisowanie satelitów czy rozwój ekologicznych napędów. Nie możemy pozwolić sobie na niewykorzystanie takiej okazji ani na przeciętność. Tym bardziej że nie startujemy od zera. Już ubiegłoroczna misja Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego wyniosła Polskę na orbitę kosmicznych ambicji. Teraz program Sieci Badawczej Łukasiewicz ma sprawić, że będziemy jeszcze silniej zakotwiczeni w europejskim sektorze kosmicznym.

– Łukasiewicz jest partnerem strategicznym dużych spółek, specjalizujących się m.in. w obszarze łączności. Nie chcemy, by ominęła nas ta szansa. Program Badań Kosmicznych to inwestycja w przyszłość: w polską gospodarkę, polski przemysł i w bezpieczeństwo państwa – mówił podczas inauguracji prezes Centrum Łukasiewicz dr Hubert Cichocki.

W trakcie inauguracji przedstawiono kierunki rozwoju obejmujące m.in. systemy wynoszenia satelitów na niską orbitę z użyciem mobilnej infrastruktury i platform lotniczych, a także prace nad specjalistycznymi zastosowaniami sztucznej inteligencji oraz innowacyjnymi materiałami, takimi jak ultraczarne powłoki redukujące

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zdrowie

Koniec z bólem i wiertłami

Jak sztuczna inteligencja, nowoczesne materiały, skanery i drukarki 3D zmieniają współczesną stomatologię

W grudniu 2025 r. prezenter telewizyjny i celebryta Filip Chajzer opublikował w mediach społecznościowych nagranie, w którym ostrzegał przed bondingiem – zabiegiem stomatologii estetycznej, w którym dentysta nakłada specjalny materiał kompozytowy bezpośrednio na powierzchnię zębów, dzięki czemu wyglądają one olśniewająco. Chajzer skarżył się, że odkąd latem 2024 r. poddał się tej procedurze, codziennie pluje krwią, odczuwa ból, a pod kompozytem pojawiły się bakterie powodujące próchnicę. Zdaniem celebryty była to wina stomatologa, który przeprowadził zabieg niezgodnie ze sztuką. Sprawa stała się głośna, a przy okazji – jak sądzę – tysiące osób dowiedziało się, czym jest bonding.

Plotkarskie portale internetowe od dawna pełne są doniesień o „nowych zębach gwiazd”. Wśród postaci, które radykalnie odświeżyły swój uśmiech, znajdziemy Krzysztofa Ibisza, Blankę Lipińską, Edytę Pazurę i Michała Wiśniewskiego. Tego typu zabiegi nie są tanie. W renomowanej klinice w Polsce pełny nowy garnitur zębów, np. na implantach, to zwykle wydatek rzędu co najmniej kilkudziesięciu tysięcy złotych (za dolną i górną szczękę).

Wszystko jednak przebił lekarz celebryta dr Krzysztof Gojdź, właściciel sieci klinik medycyny estetycznej w USA, który zafundował sobie „hollywoodzki uśmiech” w postaci nowych licówek. Ta metamorfoza kosztowała go ok. 100 tys. zł. W wywiadach podkreślał, że zależało mu na naturalnym efekcie, na pięknych białych zębach, a nie na „bieli klozetu”.

Przeciętni Polacy korzystający z usług stomatologów nie muszą się obawiać tak zatrważających kwot, choć każda wizyta w gabinecie – nawet gdy chodzi o zwykłe plomby –

zazwyczaj oznacza poważny wydatek. Chyba że zdecydujemy się na NFZ – ale wtedy przyjdzie nam długo czekać. Trudno jednak w tym wypadku dziwić się cenom. W ostatnich latach w stomatologii nastąpił radykalny postęp. Pojawiły się nowoczesne metody leczenia, sięgnięto po najnowsze technologie i nowe materiały. A to oznaczało koszty.

Bez bólu

Wiele osób nie znosi wizyt w gabinecie stomatologicznym ze względu na wysoki, wibrujący dźwięk wierteł. Kojarzy im się z bólem, który odczuwali w dzieciństwie, gdy wiertła stomatologiczne przypominały narzędzia tortur. Dziś wnętrza gabinetów dentystycznych wyglądają niczym wypełnione najnowszą techniką centrale statków kosmicznych, borowanie zębów odbywa się zaś w znieczuleniu miejscowym i przy użyciu systemów, które w niczym dawnych wierteł nie przypominają.

A może być jeszcze lepiej. Stomatolodzy mają dziś bowiem dostęp do technologii, które pozwalają całkowicie wyeliminować nawet najbardziej nowoczesne sposoby borowania zębów.

W ostatnich latach opracowano np. żele chemiczne wybiórczo rozmiękczające zainfekowaną próchnicą tkankę, którą lekarz po prostu usuwa, bez sięgania po wiertło. Stosuje się też urządzenia wykorzystujące strumień powietrza z wodą i tlenkiem glinu. Stomatolog „piaskuje” zainfekowaną tkankę i w ten sposób czyści ząb. To technologia,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Odsalarnie wody ważniejsze niż ropa

Dzisiaj najbardziej strategicznym produktem na świecie jest słodka woda

Rosnące ceny na stacjach paliw spędzają sen z powiek milionom. Niepokoi przedłużająca się wojna na Bliskim Wschodzie, w wyniku której niszczone są rafinerie i tankowce, a perspektywa braków w dostawach ropy nie pozwala optymistycznie patrzeć w przyszłość.

Jednak to nie ropa jest dziś najbardziej strategicznym produktem na świecie, lecz woda. Przede wszystkim pitna, ale i ta wykorzystywana do celów gospodarczych. Jej brak może doprowadzić do potężnych turbulencji polityczno-ekonomicznych, znacznie większych niż braki paliwa.

Obecnie odsalanie wody morskiej stanowi najważniejsze źródło wody pitnej dla ponad 300 mln ludzi na świecie. Ogromna większość zamieszkuje obszary, które po 28 lutego 2026 r., po agresji Izraela i USA na Iran, stały się celem ataków odwetowych ze strony Teheranu. Są to przede wszystkim Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Sułtanat Omanu oraz Izrael.

Długa tradycja odsalania

Wody mamy dużo. Niestety, głównie tej pochodzącej z oceanów i mórz. 97,5% całkowitej ilości wody na Ziemi stanowią zasoby morskie. Pozostała, niewielka część to rezerwy wody słodkiej. I z roku na rok mamy jej coraz mniej.

Historia odsalania wody morskiej sięga czasów jeszcze sprzed naszej ery. Już wtedy mieszkańcy wybrzeża Morza Śródziemnego pozyskiwali wodę pitną w ten sposób. Pierwsza odsalarnia podobna na swój sposób do dzisiejszych powstała na małej wyspie u wybrzeży Tunezji w roku 1560. Z kolei pierwsze patenty na odsalanie wody morskiej metodą destylacji zostały przyznane w Anglii w latach 1675-1683.

W XIX w. wiele krajów osiągało już spore sukcesy w procesie odsalania wody morskiej. W tym gronie znalazło się Chile (mające ponad 6,4 tys. km linii brzegowej), gdzie w 1872 r. szwedzki inżynier Charles Wilson opracował pierwszą na świecie instalację odsalania zasilaną energią słoneczną i produkującą 20-25 m sześc. słodkiej wody dziennie.

W 1892 r. do państw zamieniających wodę słoną w słodką dołączyła Rosja. Uruchomiono tam pierwszy zakład odsalania oparty na zasadzie wielostopniowego odparowywania wody.

W czasie II wojny światowej odsalanie wody było intensywnie rozwijane – głównie metodą destylacji. W latach 50. i 60. eksploatacja ropy na Bliskim Wschodzie wywołała lokalny bum, w ramach którego powstały nowe odsalarnie wody morskiej. Po roku 1958 odsalaniem wody morskiej zajęły się Chiny – kraj, którego coraz większe obszary mierzyły się z deficytem wody. Od tej pory powstaje tam coraz więcej nowoczesnych odsalarni, o coraz większej wydajności, ale chiński rynek odsalania wody jest nadal w fazie rozwoju.

Odsalarnie wymagają stałej obecności wyspecjalizowanych fachowców, którzy zajmują się zarówno obsługą, jak i bieżącymi naprawami instalacji. O tym, jak są ważni, pod koniec lat 80. ubiegłego wieku, jeszcze zanim powstała Wielka Sztuczna Rzeka dostarczająca wodę pitną z podziemnych warstw wodonośnych na Saharze,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Ucieczka z sociali

Europejska odpowiedź na amerykańskie platformy

Wszyscy straszą nas TikTokiem i chińskim praniem mózgu. W dużym stopniu jest to uzasadnione. A jednocześnie wygodne dla pozostałych platform społecznościowych, które podobnie jak ta chińska wcale nie działają w interesie Europejczyków. Problem w tym, że większość użytkowników nawet nie wie, jak algorytmy wpływają na ich życie. Europa w obliczu prezydentury Trumpa dopiero zaczęła dostrzegać konieczność uniezależnienia się od amerykańskich big techów.

Hegemonia

Supremacja amerykańskich platform społecznościowych jest niezaprzeczalna. Facebook gromadzi 3,06 mld użytkowników miesięcznie, z czego 2,11 mld korzysta z serwisu każdego dnia. W Polsce z tego medium korzysta 25,54 mln użytkowników. Najważniejszą platformą w Europie jest Instagram, który odnotowuje szybki wzrost. Według danych firmy Meta, właściciela Facebooka i Instagramu, od stycznia do czerwca 2025 r. ten drugi urósł o 6,17%, podczas gdy pierwszy zaledwie o 0,65%. Nad Wisłą mamy 18,6 mln użytkowników Instagramu. Na świecie po niecałych 15 latach działania platforma przekroczyła 3 mld odwiedzających miesięcznie.

Z badania Mediapanel wynika, że tylko w grudniu 2025 r. przeciętny użytkownik FB spędził na nim prawie 18 godzin. Z IG internauci korzystali średnio 5 godzin i 56 minut. Obie platformy bije na głowę TikTok, z którego korzysta ok. 16 mln polskich internautów. Użytkownicy chińskiej platformy spędzają na niej średnio 22,5 godziny. Dużą popularnością cieszy się również X, czyli dawny Twitter, z 6,5 mln polskich użytkowników. Poświęcają temu serwisowi średnio godzinę i 43 minuty.

Przeciętny użytkownik nie widzi jednak, jak na jego codzienność wpływają algorytmy, które rządzą platformami. Twórcy cyfrowi najczęściej ślepo podążają za trendami proponowanymi przez platformy. W internecie rządzi emocja, która daje lepsze zasięgi. Niektórych twórców można posądzić o złą wolę, lecz większość bardziej niż konsekwencjami społecznymi przejmuje się zasięgami. Jeśli lepiej chwyta przekaz antyunijny, influencerzy idą w to, bo temat dobrze się klika.

Mark Zuckerberg, szef Mety, na początku 2025 r. zapowiedział, że kończy współpracę z zewnętrznymi weryfikatorami faktów. Zarzucił im m.in. „zbytnią stronniczość polityczną”. Jednocześnie zapowiedział system podobny do tego, który jest wykorzystywany w serwisie X, gdzie o wartości danej treści decydują użytkownicy. Tymczasem X od momentu przejęcia przez Elona Muska stał się rozsadnikiem fake newsów. Nieważne są fakty, liczy się zgodność z poglądami właściciela serwisu. „Wreszcie miliarderzy od mediów społecznościowych przestają udawać, że ich produkty mają cokolwiek wspólnego z mediami”, skomentował po zapowiedziach Zuckerberga Bartosz Węglarczyk, redaktor naczelny Onetu.

Zuckerberg ma z mediami na pieńku od lat. W 2021 r. zablokował użytkownikom z Australii możliwość dzielenia się linkami do serwisów informacyjnych i stron rządowych, a nawet do prognozy pogody. Było to pokłosie tworzonej wtedy ustawy, która miała nakazać big techom płacenie za korzystanie z wiadomości z portali informacyjnych. Podkreślmy,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

50 lat Jabłka

Apple to firma, której można nie lubić. Odcisnęła jednak piętno na elektronice, z której korzystamy na co dzień

Przez mrok biegnie kobieta z młotem w rękach. Gonią ją zamaskowani policjanci. Wokół szarzy ludzie. Wszyscy tacy sami, słuchają przemówienia lidera, które wyświetla się na olbrzymim ekranie. Kobieta wbiega do wielkiej sali i rzuca młotem w ekran. Wybuch. Jeśli komuś się wydaje, że to scena z filmu SF, nie myli się wiele. Lektor mówi:

„24 stycznia Apple Computer zaprezentuje Macintosha. Dowiecie się, dlaczego rok 1984 wcale nie będzie jak »1984«”. Na ekranie pojawia się tęczowe nadgryzione jabłko.

To reklama nakręcona przez Ridleya Scotta, reżysera takich klasyków jak „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” czy „Blade Runner”.

Komputery z garażu

Rzeczywiście rok 1984 był przełomowy w historii Apple’a. Zapowiadany Macintosh, choć nie imponował parametrami technicznymi, stał się hitem ze względu na użycie graficznego interfejsu i myszki. Komputery Apple’a dotarły do masowego użytkownika. To dało firmie chwilową przewagę na raczkującym rynku.

Jej początki sięgają jednak roku 1976, kiedy Steve Wozniak, Steve Jobs i Ronald Wayne zaczęli produkować komputery w garażu rodziców Jobsa. 1 kwietnia założyli Apple Computer Company. Wayne pewnie do dziś pluje sobie w brodę, bo szybko wycofał się ze wspólnego przedsięwzięcia, sprzedając swoje 10% udziałów za 800 dol. Obecnie Apple wart jest prawie 4 bln dol.

– Apple jest na rynku komputerowym, a w zasadzie technologicznym, od pół wieku. To ogromny przedział czasowy dla logarytmicznie ewoluującej branży. Na początku lat 70. komputer był kojarzony z wielkim urządzeniem zamkniętym w chronionych pomieszczeniach, z dostępem wyłącznie dla państwowych i wojskowych elit. Kontrkultura hipisów zainicjowała wielkie zmiany, dostrzegając również w komputerach narzędzia samorealizacji i wspólnoty z nieograniczonym dostępem do technologii. To na tym gruncie powstał w 1976 r. pierwszy komputer Apple-1. Jobs i Wozniak nie wynaleźli komputera osobistego, ale upowszechnili go i w maszynę wypełnioną krzemowymi czipami tchnęli ducha, wolność i sztukę – mówi Jacek Łupina, założyciel i kurator Apple Muzeum Polska, jednej z najbogatszych prywatnych kolekcji sprzętu, oprogramowania i artefaktów związanych z historią Apple’a.

Wizjoner marketingu

Czy najsilniej z Apple’em kojarzony Steve Jobs rzeczywiście był wizjonerem? Ilu użytkowników sprzętu Apple’a, tyle prawdopodobnie opinii na ten temat. Można jednak śmiało powiedzieć, że był bardzo utalentowanym marketingowcem, który wiedział, jak zaszczepić w klientach potrzebę kupowania jego wyrobów. Wróćmy do naszpikowanej odniesieniami reklamy z 1984 r. Młot rzucany w lidera symbolizował wyzwolenie od korporacyjnego konformizmu i totalitarnej kontroli Wielkiego Brata. Macintosh to bunt przeciw monotonii i ówczesnej dominacji komputerów firmy IBM, obietnica, że komputery osobiste niosą ludziom wolność.

Ten dryg marketingowy dostrzegany jest nawet współcześnie. „Reklama Apple: w nocy chłopaki dziewczynom robią fotki. Tacy są gładcy, młodzi i ładni, do tego różnorodni. Deskorolkami suną przez miasto, chcą mi coś udowodnić. Ja moim robię screenshot mema,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Trzy wypadki i jedenaście zwęglonych zwłok

Jak awaryjnie otworzyć tylne drzwi w Tesli?

Po północy 24 października 2024 r. w Toronto w Kanadzie, po uderzeniu w barierki i w słup, zapalił się samochód Tesla Model Y. W środku było pięć osób. Przeżyła kobieta, która siedziała na tylnym siedzeniu.

Nie mogła otworzyć drzwi, ale z płonącej Tesli wyciągnął ją Rick Harper, który zatrzymał się, by pomóc, i wybił boczną szybę kluczem do kół. W Tesli nie było zasilania, więc elektrycznie otwierane drzwi nie działały. Świadkowie zeznali, że silny pożar wybuchł natychmiast po wypadku. Dopiero po ugaszeniu pożaru strażacy zauważyli wewnątrz cztery kompletnie spalone ciała. Można wątpić, że wszyscy zginęli na miejscu od samego uderzenia.

W nocy 9 listopada 2024 r. w Niort we Francji w wypadku Tesli Model S Plaid zginęły cztery osoby. Świadków nie było. Zwęglone zwłoki znaleziono wewnątrz auta. Samochód wypadł z drogi, ściął znak i wylądował w rowie. Kierowcą był 65-letni mężczyzna z Niort, pozostała trójka ofiar (16, 21 i 26 lat) to pracownicy restauracji, którym zaoferował podwiezienie do domu. Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci wszystkich ofiar było uduszenie dymem.

7 września 2025 r., Niemcy, Schwerte w pobliżu Dortmundu. 43-letni mężczyzna i jego dwójka dzieci spalili się w Tesli, po tym jak samochód uderzył w drzewo. Pożar wybuchł natychmiast. Roman Andrzejewski, który mieszka blisko miejsca wypadku, przybiegł na ratunek z gaśnicą i chciał otworzyć drzwi auta. Temperatura pożaru była jednak tak wysoka, że nie mógł nawet zbliżyć się do samochodu. Trzecie dziecko, w stanie krytycznym, przewieziono do szpitala.

Ciarki przechodzą na myśl o takiej śmierci. Na stronie Tesli, po polsku, w instrukcji obsługi do Modelu Y znalazłem taką wskazówkę otwierania tylnych drzwi od środka w przypadku braku zasilania: „Wyjmij matę znajdującą się na spodzie tylnego schowka drzwi; naciśnij czerwony zaczep, aby otworzyć drzwiczki dostępowe, pchnij linkę zwalniania mechanicznego do przodu”.

Tesla myśli o bezpieczeństwie pasażerów i dlatego umieściła tę linkę pod dnem bocznej kieszeni tylnych drzwi (sic!). Przecież tylne boczne kieszenie w samochodach często są zapchane: napojami, zabawkami dzieci czy innymi drobiazgami. Jak pasażer, np. ze złamaną ręką, w szoku po wypadku, w całkiem zadymionym wnętrzu, ma to powyciągać? Musi najpierw wyciągnąć matę z dna kieszeni, potem musi znaleźć czerwony zaczep i go nacisnąć, by otworzyć małe drzwiczki dostępowe. Jak w dymie zobaczyć czerwony zaczep? Załóżmy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Nauka

Medycyna kosmiczna

Kiedy Ziemia nie będzie już potrzebna

Wiele badań wychodzi z założenia stanowiącego istotę innowacji: znaleźć rozwiązania problemów, których celowo się szuka, by w przyszłości okazały się przydatne w rozwiązywaniu trudności występujących w bardziej sprzyjających warunkach lub w mniej wrogim środowisku. Brytyjczycy np. udoskonalili precyzję zegarów, ponieważ musieli mierzyć odległości pokonywane na pełnym morzu, gdzie jedynymi punktami odniesienia są Słońce i gwiazdy. Instrument ustawiony na czas Greenwich umożliwiłby porównanie wysokości Słońca i odpowiednie określenie długości geograficznej.

Wracając do naszego tematu – czy wyruszenie w kosmos nie jest jak żeglowanie po otwartym morzu? Gdy ląd jest daleko, trzeba rozwiązywać problemy, których nie uświadczy się w porcie.

Dotyczy to również, a może nawet w szczególności, innych ciał niebieskich. W sytuacji awaryjnej nie da się opuścić Księżyca czy Marsa i powrócić do domu po kilku godzinach lotu na ISS (Międzynarodowa Stacja Kosmiczna – przyp. red.). Podróż z Księżyca zajmuje kilka dni. Z Marsa – kilka miesięcy, a poza tym Ziemia musi być w korzystnej pozycji do powrotu, co występuje raz na 36 miesięcy. „Jeśli opuścisz Ziemię, nie będziesz mógł po prostu zawrócić: musisz pokonać całą drogę na Marsa i z powrotem, a to zajmuje co najmniej półtora roku. Pierwsze misje będą miały niewielką załogę, powiedzmy sześciu astronautów. W jej skład na pewno wejdzie lekarz, którego możemy nazwać MacGyverem chirurgii”, pisze Tommaso Ghidini, szef wydziału inżynierii mechanicznej w ESA (Europejska Agencja Kosmiczna – przyp. red.).

Naprawianie ludzkiego ciała na orbicie

W lipcu 2019 r. na pokładzie wahadłowca towarowego firmy SpaceX przybyła na ISS drukarka 3D tkanek biologicznych BioFabrication Facility (BFF). Podobnie jak w przypadku organizacji białek, grawitacja wpływa również na reprodukcję komórek i wzrost tkanek, zwłaszcza jeśli chodzi o wytwarzanie narządów w laboratorium. Nieważkość staje się narzędziem do sztucznej replikacji warstw tkanek, np. z komórek macierzystych. BFF wykorzystuje białka pochodzące z dorosłych ludzkich tkanek i komórek (macierzystych lub

Fragmenty książki Emilia Cozziego, Władcy wszechświata. Wyścig o geopolityczny podbój kosmosu, tłum. Tomasz Kwiecień, Szczeliny, Kraków 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Polska telewizorami stoi

Jesteśmy największym w Europie producentem telewizorów

Mamy czym się pochwalić. Nasz kraj jest największym w Europie producentem telewizorów. Z danych GUS wynika, że w 2022 r. z polskich fabryk wyjechało, łącznie z monitorami, 17,173 mln odbiorników. Trafiłem też na informację, że produkowaliśmy nawet 20 mln telewizorów, lecz wolę się trzymać oficjalnych danych.

90% produkcji przeznaczone jest na eksport. Szacunki mówią za to, że ok. 80% podzespołów, z których produkowane są nad Wisłą telewizory, wytwarzamy na miejscu.

W czterech fabrykach należących do koreańskich, chińskich, tajwańskich i japońskich koncernów zatrudnionych jest ok. 7 tys. pracowników. Około 23 tys. jest pośrednio związanych z branżą RTV – mam na myśli inżynierów i kadrę menedżerską, programistów zatrudnionych w ośrodkach badawczo-rozwojowych, specjalistów logistyków, kierowców tirów rozwożących telewizory po Europie itd.

W 2023 r. wartość eksportu wyprodukowanych u nas telewizorów wyniosła 5,58 mld dol., co oznaczało spadek, gdyż rok wcześniej wyeksportowaliśmy sprzęt o wartości 7,3 mld dol. Jednak w żaden sposób nie zagroziło to naszej pozycji czempiona. Dla porównania – w Turcji produkuje się rocznie ok. 15 mln telewizorów, na Słowacji 6-7 mln, na Węgrzech ok. 5 mln, w Czechach ok. 2 mln, w Wielkiej Brytanii zaledwie 500 tys., w Niemczech jedynie 100 tys. telewizorów Loewe klasy premium, a w Danii tylko 50 tys. odbiorników klasy superpremium Bang & Olufsen.

Tajemnica sukcesu

Produkcja telewizorów w Polsce rozpoczęła się w 1955 r. wraz z utworzeniem Warszawskich Zakładów Telewizyjnych (WZT). 22 lipca 1956 r. z linii produkcyjnej zszedł nasz pierwszy telewizor Wisła. Był to właściwie radziecki Awangard z ekranem o przekątnej 12 cali, czyli o wymiarach współczesnego tabletu. W listopadzie 1957 r. pojawiła się pierwsza rodzima konstrukcja, odbiornik Belweder, którego ekran miał 14 cali, tyle co dziś mały laptop.

Produkcję kolorowego odbiornika telewizyjnego Jowisz rozpoczęto w WZT we wrześniu 1973 r. Pierwotnie miał się nazywać PAW, lecz nazwę zmieniono ze względu na wulgarne skojarzenia.

Przełom nastąpił w 1991 r., gdy Zbigniew Niemczycki rozpoczął w Mławie budowę pierwszej w Polsce nowoczesnej jak na owe czasy montowni telewizorów. Biznesmen odniósł spory sukces, importując do naszego kraju japońskie kolorowe telewizory marki Otake. Do jej popularyzacji przyczyniła się nie tylko atrakcyjna cena, ale też rzucona przez prezydenta Lecha Wałęsę myśl: „Otake Polske walczyłem!”, która stała się swoistym hasłem reklamowym.

Niemczycki doszedł do wniosku, że bardziej opłacalne niż import będzie uruchomienie produkcji telewizorów w kraju, zwłaszcza że na początku lat 90. Polacy zaczęli masowo wymieniać stare odbiorniki, przede wszystkim radzieckie rubiny, na nowe modele.

Debiut zakładu Curtis Electronics wchodzącego w skład Curtis Group, która w ofercie miała też magnetowidy i inne urządzenia domowej elektroniki, był zachęcający. W 1992 r. biznesmen nawiązał współpracę – niezwykle owocną, jak się okazało – z koreańskim koncernem Lucky Goldstar, który wówczas dostarczał telewizory słynnej spółce Art-B. Siedem lat później Niemczycki sprzedał zakład w Mławie Koreańczykom występującym pod nową, dobrze dziś znaną nazwą LG Electronics.

Obecnie to największy w Polsce zakład produkujący telewizory, w którym pracuje ponad 2 tys. ludzi. Z jego taśm montażowych zjeżdża rocznie od 8 mln do niemal 11 mln telewizorów. W tym najnowocześniejszych, z ekranami OLED, z których słynie LG.

Co sprawiło, że nad Wisłą swoje fabryki zbudowało tak wielu azjatyckich producentów sprzętu RTV?

Jak to się robi nad Wisłą

Źródłem sukcesów była osobliwa mieszanka wysokich unijnych ceł na te telewizory, niskich kosztów energii elektrycznej (choć ostatnio to się zmieniło na niekorzyść), dobrze wykształconej i zdyscyplinowanej siły roboczej oraz niskich podatków i korzystnej lokalizacji w centrum Europy.

Z Polski dowolny produkt można dostarczyć np. do Wielkiej Brytanii, Francji czy Rosji w ciągu 24-48 godzin, co w przypadku elektroniki ma duże znaczenie, wszak korzystanie z magazynów bywa kosztowne.

Wejście naszego kraju do Unii Europejskiej w 2004 r. oznaczało zdjęcie barier celnych w eksporcie do bogatych państw Zachodu, co zaowocowało zmniejszeniem kosztów dystrybucji i uproszczeniem procedur logistycznych. Montaż w Polsce telewizorów, a także pralek, lodówek oraz innych urządzeń AGD, okazał się tańszy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.