Lewą marsz i róbmy swoje

Lewą marsz i róbmy swoje

Narastające znużenie rozpychaniem się w polskiej polityce PO i PiS każe szukać powiewu świeżości wszędzie tam, gdzie to możliwe. Część mediów i poturbowanej centrolewicy zaczęła zerkać w stronę nowego zdarzenia pod nazwą „reaktywacja Stronnictwa Demokratycznego”. Świadczy to m.in. o tym, że w tych z zasady laickich kręgach jest duże zapotrzebowanie na myślenie magiczne, działanie cudotwórcze i nadejście nowego mesjasza, który przeprowadzi przez pustynię ideową i spaloną ziemię prawicowego zaścianka.
Wiele jednak wskazuje na to, iż jest to przedwczesne oczekiwanie przybycia mesjasza, który może okazać się fałszywym prorokiem, a szum medialny wokół SD będzie zjawiskiem krótkotrwałym. Na razie obecny przewodniczący SD wcielił się w rolę agenta biura nieruchomości i szuka nabywców na jak najbardziej realne budynki będące własnością wciąż wirtualnej partii. Zanim jednak Paweł Piskorski zdążył ukazać swój menedżerski talent, już pojawiły się pomruki z kręgów dyspozycyjnej jak zwykle w polskich warunkach prokuratury, która nagle przypomniała sobie o zdarzeniach sprzed kilkunastu lat. Nie chcąc być adwokatem diabła, muszę jednak docenić czujność rewolucyjną prokuratury – jeszcze niedawno gotowej iść w bój na każdy rozkaz ministra Ziobry, dziś czujnej w tropieniu konkurentów PO. Szybkie wyczuwanie politycznych zmian przez struktury prokuratury czyni z tej instytucji niezawodny barometr wskazujący ośrodek realnej władzy w kraju. A jeśli chodzi o samą PO, trzeba przyznać, że jest zdolną uczennicą i szybko opanowuje zagrywki z repertuaru PiS. Czego jednak można się spodziewać po graczach z PO, którzy chcą zmonopolizować całkowicie przestrzeń publiczną i polityczną – po Sejmie i rządzie do pełni władzy brakuje tylko urzędu prezydenta.
Aparat partyjny stający się aparatem partii władzy nie lubi sentymentów. A jak mawiają ludzie z dolnośląskiej PO, „Grzesiu Schetyna nie zapomina”. Przekonał się już o tym Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia, który został zmuszony do rezygnacji z planów wejścia do krajowej polityki, musiał zwinąć sztandary Polski XXI i zamknął się w miejskiej twierdzy. Kilka zdecydowanych cięć i utrąconych na poziomie centralnym miejskich projektów odebrało prezydentowi Dutkiewiczowi chęci do przygody z polityką ogólnokrajową. Nawiasem mówiąc, to całkiem dobre rozwiązanie dla Wrocławia i jego mieszkańców.
Te wszystkie zdarzenia każą jednak witać wszelkie próby przełamania POPiS-owego układu z pewną sympatią. Pojawienie się ugrupowania, które może odebrać trochę głosów PO, nie jest niczym złym. Tym bardziej jeśli nowa inicjatywa ma szansę stać się klasycznie liberalną partią, której liberalizm nie redukuje się tylko do „religii rynkowej” i wychwalania neoliberalnych rozwiązań w gospodarce, ale obejmuje również liberalizm kulturowy, obyczajowy i polityczny. W Polsce wciąż jest miejsce na partię klasycznie liberalną w stylu niemieckiej FDP. PO z niechęcią wobec metody in vitro, strachem przed Kościołem, zamykaniem oczu na restrykcyjną ustawę antyaborcyjną w żaden sposób nie pasuje do europejskich liberałów broniących świeckości społeczeństwa i otwartości kulturowej.
Pojawienie się w Polsce partii liberalnej, która byłaby sojusznikiem dla lewicy w przewietrzeniu lokalnego zaścianka w sferze kulturowo-obyczajowej, jest czymś pozytywnym, ale w żaden sposób nie stanowi rozwiązania dla środowisk samej lewicy. Sztandarowym bowiem hasłem współczesnej lewicy poza otwartością kulturową musi być upominanie się o bardziej sprawiedliwy i równościowy ład społeczny. W kraju, gdzie 70% osób nie osiąga dochodów na poziomie średniej krajowej, a większość należy do klasy ludzi biednych, bezpieczeństwo socjalne społeczeństwa jest naturalnym celem politycznym lewicy. Tego nie załatwi ani PO, ani PiS, ani też odnowione SD. Zauważanie różnic klasowych i barier, jakie stanowią przeszkodę w realizacji celów życiowych, walka z wykluczeniem społecznym, obrona prawa do bezpłatnej nauki i służby zdrowia, dekomercjalizacja i obrona mediów publicznych, wspieranie związków zawodowych i środowisk pracowniczych – to nie jest język ani Tuska, ani Kaczyńskiego, ani też Piskorskiego.
Mówiąc banalnie: dziś porozrzucane lewicowe grupy nie mogą szukać innego rozwiązania niż współpraca ze środowiskami SLD-owskiej lewicy. Tworzenie szerokiego ruchu lewicy europejskiej wymaga jednak otwarcia się samego SLD na nowy styl działania, nowy język, nowe środowiska: młodzież, kręgi pracownicze, lokalne inicjatywy obywatelskie, pozasystemowe ruchy społeczne, lewicową inteligencję. Być może takie otwarcie wymaga również odświeżenia logo i nazwy.
Obecnie widać już wyraźnie, że PO nie jest siłą modernizacyjną, nie ma pomysłu na lepszą Polskę i pogubiła się w kryzysowej sytuacji. PO wraz z Tuskiem wydawała się atrakcyjna na tle PiS i Kaczyńskiego. W porównaniu z innymi jej powab maleje. Stąd też taki popłoch w kręgach PO spowodował mały ruch Piskorskiego. Atrakcyjna i inteligentna oferta z lewej strony jeszcze bardziej osłabiłaby notowania PO. Obiektywne warunki w Polsce sprzyjają temu.
Nie kto inny bowiem, tylko silna lewica może przypominać tak bardzo pasujące do polskiego „realnego kapitalizmu” słowa Maksa Hork-
heimera, niemieckiego filozofa z kręgów Szkoły Frankfurckiej: „Hańba tego porządku nie polega na tym, że niektórym powodzi się lepiej, lecz na tym, że wielu powodzi się źle, aczkolwiek wszystkim mogłoby powodzić się dobrze. Nie to, że istnieją bogaci, ale to, że w obliczu dzisiejszych ludzkich możliwości istnieją biedni, wydaje na ten porządek wyrok”. Nie dajmy sobie wmówić, że lewica w Polsce się nie podniesie – róbmy i mówmy swoje, a efekty wcześniej czy później muszą przyjść.

Wydanie: 30/2009

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy