Pupa Kaczyńskiego

Pupa Kaczyńskiego

Z GALICJI

Arogancja i nonszalancja gubi Platformę. Jeszcze nie tak dawno Donald Tusk mawiał, że „Platforma nie ma z kim przegrać”. To klasyczny przykład zadufania. Już ma z kim przegrać. I nie jest to dobra wiadomość dla Polski. Właściwie już przegrywa. Na razie w sondażach i kolejnych wyborach w terenie. Tym razem w wyborach uzupełniających do Senatu na Podkarpaciu. Wygrał je zdecydowanie niejaki Pupa z PiS.
Wzięcie sobie do rządu Jarosława Gowina to przykład nonszalancji i braku ostrożności. A przy tym kpina ze społeczeństwa. Robienie ministrem sprawiedliwości jegomościa, który o funkcjonowaniu tego resortu nie ma elementarnego pojęcia, a w swoim programie zamiast pilnej naprawy sądów i prokuratur ma deregulację taksówkarzy i przewodników miejskich, który głosi poglądy jawnie nierepublikańskie, oficjalnie lekceważy prawo stanowione i jeszcze coś opowiada o duchu prawa ważniejszym dla niego niż litera prawa, jest zupełnie niezrozumiałe. Ale robienie ministrem sprawiedliwości takiego jegomościa, który przy wszystkich wymienionych cechach ma jeszcze ambicje polityczne, a ideowo jest bliższy opozycyjnemu PiS niż własnej partii, to już coś, co świadczy nie tylko o politycznym masochizmie, lecz wprost o skłonnościach samobójczych. Przecież mianując Gowina ministrem sprawiedliwości, premier dał mu dodatkową trybunę: dostęp do mediów, liczne preteksty do wystąpień publicznych, wpływ na pracę rządu. W sumie – niebywałą okazję do zdobywania popularności.
Co z tego, że Gowin ostatecznie odszedł z Platformy. Zanim odszedł, nielicho jej zaszkodził. Na razie odchodzi w polityczny niebyt. Sam niczego nowego nie założy, może coś kombinować z PJN, ale nie sądzę, aby nawet wspólnie z wygadanym, złotoustym Kowalem wykombinowali, jak skutecznie przekroczyć pięcioprocentowy próg wyborczy. Kaczyński potrzebował go tak długo, jak długo był on w Platformie i od wewnątrz ją rozkładał. Na co mu Gowin teraz?
Szansą Gowina jest rozpad aktualnej sceny politycznej, ale na to na razie się nie zanosi. Na razie. Co jeszcze się wydarzy w ciągu najbliższych dwóch lat, trudno przewidzieć.
Tymczasem w Warszawie trwa protest (?) związkowy. Chamowaty, buńczuczny przewodniczący Duda, karykatura Lecha Wałęsy z lat 80., bez ogródek głosi, że chce obalać rząd. Dążenie do obalenia rządu to w jego pojęciu czysta działalność związkowa.
PiS udziału w protestach początkowo nie brało, nie chcąc być stroną w konflikcie, tylko owym trzecim, który ma skorzystać na tym, że dwóch się bije. Potem jednak prezes, ignorując obrady Sejmu, poszedł z orszakiem do strajkujących i usłyszał nawet gromkie: „Jarosław! Jarosław!”. Wbrew pozorom jednak protest związkowy (?) budujący pozycję przewodniczącego Dudy, który ma własne, nieskrywane bynajmniej ambicje polityczne, nie jest na rękę Jarosławowi Kaczyńskiemu.
Gdy piszę te słowa, protesty (?) jeszcze trwają. Obszernie pokazuje je telewizja. Może to dobrze. Bo zobaczyć w telewizji, jak oficer policji w pełnym umundurowaniu krzyczy pod adresem rządu, Sejmu – czy on sam zresztą wie, pod czyim adresem? – „złodzieje!”, jego również umundurowany kolega gwiżdże, a w tle widać innych protestujących przedstawicieli służb mundurowych (straży granicznej i pożarnej), to jednak coś niezwykłego. Protestują, bo rząd chce zrównać ich zasiłki chorobowe z zasiłkami innych grup pracowniczych. Tylko jak pogodzić interesy najbardziej chorowitych grup społecznych, którymi – jak wynika ze statystyk – są służby mundurowe, z interesami pozostałych protestujących, statystycznie o wiele zdrowszych?
Gdzie w tych gorących dniach jest polska lewica? Czy SLD ma jakąś alternatywę programową dla PiS i Platformy, których – każdej z osobna i obu razem w ustawicznym zwarciu – społeczeństwo ma coraz bardziej dość, ale właśnie z braku alternatywy musi wybierać między nimi?
Już nikt w PO nie mówi, że „Platforma nie ma z kim przegrać”. Już się wycofano na kolejną linię obrony, pocieszając się, że PiS „nie ma zdolności koalicyjnej”. Otóż ma, a jakże. Pokazało to w maju 2006 r., wchodząc w niewyobrażalną jeszcze miesiąc wcześniej koalicję z Samoobroną. Poza tym, jeśli tak dalej pójdzie, może się zdarzyć, że PiS uzyska taką większość, że nie będzie potrzebowało koalicjanta.
Niebezpieczeństwo polega na tym, że ludzie, rzeczywiście nie mając na kogo głosować, bo na PiS nie chcą, do Platformy się zrazili, a sensownej trzeciej siły brak, zostaną w czas wyborów w domu. Do urn ruszy zdyscyplinowany elektorat PiS.
Jedyna pociecha, że do wyborów dwa lata, jeszcze wszystko może się zmienić, jeszcze coś nowego na scenie politycznej teoretycznie może powstać, jeszcze lewica ma szansę się pozbierać. Nie widzę jednak żadnych oznak próby pozbierania się. Obecne kierownictwo SLD – jak się zdaje – przyjęło za cel stanie się koniecznym koalicjantem Platformy. Ale, po pierwsze, nie jest to cel zbyt ambitny, po drugie, może się okazać, że koalicja PO i SLD zdobędzie łącznie mniej mandatów niż PiS. I co wtedy?
Na razie Kaczyński wepchnął Pupę do Senatu. Ilu posłów i senatorów wepchnie po wyborach za dwa lata?

Wydanie: 38/2012

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Komentarze

  1. Leonard Piotrowski
    Leonard Piotrowski 9 października, 2013, 20:24

    Garść wątpliwości.
    Dodałbym do tego zasadniczą uwagę, mianowicie kłopot jaki niebawem wyłoni się przed PO, spadkobiercami ruchu Solidarność. Oznacza to że mają oni (pozostali również bez wyjątku)jako związkowcy doświadczenie i wprawę w wydawaniu pieniędzy, natomiast wielkiego lub większego pojęcia o ich zarabianiu niestety NIE (VIDE Duda i spółka) W skarbcu cienko, pomysłów nawet kierunkowych brak. Pożytek z koalicji można by uznać jako szansa dla Polski pod warunkiem koncentracji przemysłu przetwórczego na prawdziwkach tudzież podgrzybkach. Proponowanie pracy u podstaw to już czyste szaleństwo w kraju gdzie badania wykazują że 54% populacji nie czyta niczego pozostałych dość sporo czyta bez zrozumienia.
    Panu Premierowi trzeba oddać że trzyma to towarzystwo za twarz.
    Inna sprawa że czasami lepiej jest nie robić nic, niż małpie ruchy i to kosztowne dla nas dreptaków.
    Jest absolutnie niezrozumiałe, niczym niewytłumaczalne odium jakie czują wszyscy bez wyjątku rządzący przed obsadzeniem kluczowych dla gospodarki stanowisk bezpartyjnymi fachowcami a nie z klucza partyjnego.
    Jak się dobrze zastanowić wypada się zgodzić z opinią, że różnica pomiędzy fachowcem bezpartyjnym a nadanym z klucza jest taka jak pomiędzy stwierdzeniem pić w Szczawnicy a szczać w piwnicy.
    Niestety nie do śmiechu bo światełka w tunelu nadal nie widać. Myślę panie Profesorze, że powoli nadchodzi czas aby ustanowić ustawowy obowiązek głosowania pod groźbą dokuczliwych kar. Parę rzeczy to załatwi a i wymusi aby nie szargać słów uważanych przez naszych ojców za ważne by nie powiedzieć święte.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy