Nie na miejscu

Nie na miejscu

Zmarł Jan Olszewski. Było dwóch Olszewskich. Ten dawny, przez kilkadziesiąt lat odważny obrońca w procesach politycznych, działacz opozycji o poglądach liberalnych. I ten osobliwy, narodowo-prawicowy z lat 90. A poznałem go w loży masońskiej, jeszcze w pierwszej postaci. Nie zdradzam żadnej tajemnicy, bo to rzecz już powszechnie znana, że był masonem. Jest koniec lat 80. Jan Józef Lipski proponuje mi, abym wstąpił do masonerii. Wahałem się, śmieszą mnie takie rytuały, ale też wiedziałem o pięknej tradycji wolnomularstwa (wytrwałem tam jednak krótko). W czasie inicjacji, gdy zdjęto mi z oczu opaskę, ujrzałem w półmroku przy stole męskie grono; pierwszy z brzegu siedział Jan Olszewski, który uśmiechał się do mnie serdecznie. Byłem potem świadkiem, jak Olszewski walczył, by do loży przyjąć jego przyjaciela, Antoniego Macierewicza. Gdy padła ta propozycja, zapanowała mała konsternacja. I odrzucono ten pomysł jako ryzykowny. Jaka szkoda! Macierewicz jako brat mason – to byłaby piękna figura.

A co się stało z Janem Olszewskim potem? Pamiętam, że gdy kiedyś po naszym spotkaniu szedłem z nim ulicą, westchnął i powtarzał: „Strasznie jest”. To było już po roku ‘89. Ta straszność w jego westchnieniu była taka, że strach mi było pytać, dlaczego. Powinienem wiedzieć, ale nie wiedziałem, przecież Polska odzyskała wolność. To zagadka psychologiczna, że niektórym ludziom otwarte głowy nagle się zatrzaskują. A decyzja o wprowadzeniu żałoby narodowej z powodu odejścia Jana Olszewskiego jest nie na miejscu. To gruba przesada. Tak jak nie na miejscu jest Andrzej Duda.

W Lidzbarku Warmińskim jest oranżeria wzniesiona na początku XVIII w. Zniszczona przez Szwedów, potem odbudowana, kształt ostateczny nadał jej poeta biskup, Ignacy Krasicki. Ten piękny budynek stoi na wzgórzu i patrzy na miasto. W Oranżerii Kultury mieści się biblioteka. Zaproszono mnie tam na Salon Literacki „Nabytki 2018”. Czytelnicy omawiają nowe tytuły, te, które ich zainteresowały. Bardzo to ładne, wzruszające spotkanie i powiew optymizmu. Może z książką nie jest tak źle, jak czasami się wydaje? Kierowniczka przyznaje jednak, że jest stały odpływ czytelników, powolny na szczęście. Myślę: tacy ludzie jak ona – wiele się dzieje w tej oranżerii – są solą polskiej prowincji. Dzięki nim mimo komercji i paranoi politycznej jest wiele dobrych rzeczy w małych ośrodkach, o czym nic nie wiemy w dużych miastach.

Mój przyjaciel z Toronto, poeta, autor stoczniowej piosenki „Do córki”, jest cięty na polską głupotę. A ma jej wiele w Kanadzie. Pisze do mnie słowa mocne, czy nie krzywdzące? „To przepiękna formacja umysłowa, ta Polonia tutaj. Ciągle w obawach o sprowadzanie uchodźców, ściąganie imigrantów (około miliona rząd chce ściągnąć w przeciągu trzech lat, natychmiast posypały się komentarze Polactwa – to już koniec, durnie, koniec wolności, żegnaj Kanado itp.). Szczególnie tych »ciapatych« nie wolno. Kanada powinna być tylko dla Polaków i dla białych. Ci, co już tu byli parę tysięcy lat przed Polakami, też powinni być na marginesie. Najlepiej w rezerwatach. Także Cyganie i pedały. Lesby już nie, bo to ich po cichu pociąga. Kilkanaście lat temu w czasie kłótni dwóch organizacji polonijnych jedni zarzucali drugim, że się zachowują jak Indianie. Co mieli na myśli, absolutnie nie wiem. Polacy, obojętnie na warunki i motywacje, winni być zawsze akceptowani jako imigranci, otrzymać mieszkania rządowe, zasiłek i wyposażenie na start (ubrania, meble, auto, motorówka też chętnie widziana), bo »som jednostkami wybitnemi i przez setki lat cierpiącymi«”. Może to przesada, ale coś w tym jest. Jeżdżąc po świecie, spotykałem wielu wspaniałych Polaków, ale i takich, o jakich pisze mój przyjaciel.

Kiedy jedziemy samochodem, Antoś przepytywany jest z dziesięciu przykazań, zadano mu je na religii. Pytam go podstępnie, czy wie, co mówi szóste i dziewiąte przykazanie, jak je interpretować. „Nie cudzołóż. I nie pożądaj żony bliźniego swego”. Miał lekcje uświadamiające, całkiem niezłe jak na polską szkołę, ale wobec tych przykazań okazały się całkowicie niewystarczające. Dziewiąte zresztą uparcie przekręca i mówi: „Nie pożądaj żony swojej”. A ja nagle przypominam sobie, że dekalog, moralny pień chrześcijaństwa, jest wspólny z judaizmem, jak cały Stary Testament. Co wcale nie jest ogólnie znane, podobnie jak to, że Chrystus i jego matka byli Żydami. W Polsce powszechne jest przekonanie, że byli Polakami. A cudzołożenie też powszechne, również wśród księży.

Wydanie: 8/2019

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy