Polska dyplomacja

Polska dyplomacja

Niemcy mają swoje idiomatyczne określenie na chaotyczną i bezskuteczną robotę, które dobrze znamy: „polska gospodarka”. Szwedzi „polskim sejmem” nazywają harmider i bezładne gadanie. Co znaczy wyrażenie „polskie drogi”, wie od setek lat cała niemal Europa. Wkrótce obiegowe stanie się określenie „polska dyplomacja”. W PRL dyplomacja miała zadania uproszczone i geniusze w ambasadach nie byli potrzebni. Teraz również jakoś ich nie ciągnie do tej służby. Kto miał coś do załatwienia w placówkach dyplomatycznych PRL, narażał się na doznanie szoku. Naukowiec i biznesmen mieszkający w Niemczech Zachodnich po wizycie w polskim przedstawicielstwie w Kolonii łapał się za głowę: „Gdzie oni takie typy znaleźli, ja znam Polskę, to musiało być trudne!”. Kolega z Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesor Michał H., został pobity w polskiej ambasadzie w Londynie. Moje doświadczenie było bardzo skromne, ambasada w Holandii oszukała nas tylko na 80 dolarów. Potem zmienił się ustrój i w polskich placówkach zaroiło się od młodych ludzi w adidasach i z plecaczkami. Zaczynali przeważnie od popsucia stosunków z organizacjami polonijnymi. Jaka jest norma w dyplomacji teraz, tego nie wiem, dowiedziałem się jedynie – jak wszyscy – co jest możliwe i to wystarczy, żeby się przerazić. Niedawno wyrzucony z Białorusi dyplomata pan Bućko powiedział w telewizji: „Jak się rozmawia z bandytą (tj. prezydentem Łukaszenką), to trzeba mieć rewolwer w kieszeni”. Ponieważ wydaje się nieprawdopodobne, aby nawet były dyplomata wygłaszał takie aforyzmy, podaję źródło: Telewizja Polsat, 8 kwietnia br., audycja „Wydarzenia” po godz. 19. Pan Bućko już dyplomatą w Mińsku nie jest, ale to jest ten sam p. Bućko, który dyplomatą był. Ja znam Polskę; gdzie oni takiego gbura znaleźli? Od swoich dyplomatów nie chce być gorszy ani lepszy premier Marcinkiewicz. Polakom na długo zapadnie w pamięć jego styl negocjacyjny. Stojąc na trotuarze, twarzą zwrócony na wschód wołał: „Panie Łukaszenka!”. Ton, jakim wołał, nadawał słowom uliczny wydźwięk: Ty, Łukaszenka, wypuszczaj natychmiast mojego dyplomatę! Zatrzymany były ambasador kontynuował pod namiotem polską dyplomację innymi środkami. Konkretnie mówiąc, podburzał mińską młodzież przeciw rządom Łukaszenki. Można to jednak ująć wzniośle, tak jak to zrobił poseł Zdrojewski z Platformy Obywatelskiej. Jego zdaniem, były ambasador pojechał do Mińska w „uniwersalnej misji” – jak się wyraził – wzywania Białorusinów do walki o demokrację i prawa człowieka.
Polska nie potrafiła i nadal nie potrafi poradzić sobie z problemami wewnętrznymi, zarówno ekonomicznymi, jak administracyjnymi i moralnymi. Mamy i „polską gospodarkę”, i „polski sejm”, i „polskie drogi”. Jesteśmy jednym z najbiedniejszych i najbardziej zacofanych krajów w Europie. Żywotnym tym problemom teledemokracja nie poświęca prawie żadnej uwagi. Podzielony na liczne frakcje, ale zwarty w swych głównych dążeniach obóz solidarnościowy wciąga cały naród w swój dramat z pogranicza jawy i snu, w swoją 26-letnią fabułę. Narzucił krajowi swoją prymitywnie manichejską wizję polityki wewnętrznej i zagranicznej. Rozkręca spiralę zemsty za urojone krzywdy i żąda odwetu za swoje niepowodzenie. Odnosi w tym sukcesy rzeczywiste i urojone. Rzeczywistym sukcesem obozu solidarnościowego jest przedstawienie prześladowań politycznych jako aktów sprawiedliwości historycznej lub faktów niewartych uwagi. Dzięki temu Polska, będąca jednym z najbardziej opresyjnych politycznie krajów w Europie, może przypisywać sobie rolę awangardy wolności w Europie Wschodniej, wzoru demokracji i autorytetu w zakresie praw człowieka. Skąd ta zarozumiałość? Jakim prawem państwo przez samych polityków solidarnościowego rodowodu nazywane „szambem” i „bagnem” występuje w roli karzącego mentora wobec Białorusi? Polska jest przez polityków zachodnich dobrze traktowana. Nie dlatego jednak, że jest taka doskonała, jak o sobie głosi, lecz dlatego, że jest im potrzebna taka jaka jest, że swoimi złudzeniami, ze swoim zgłupieniem manichejskim, ze swoim nacjonalizmem, klerykalizmem i zwłaszcza z niezdolnością rozróżniania iluzji od rzeczywistości. Przez część amerykańskiej elity władzy, zwłaszcza przez rządzących neokonserwatystów, Polska jest po cichu uznawana za „naszego sukinsyna”.
Polakom postsolidarność wmawia, że pomoc, jaką „Solidarność” otrzymała z Zachodu, zwłaszcza od Ameryki, nie była bezinteresownym darem, lecz pożyczką, którą teraz państwo polskie powinno spłacić, popierając czynnie ruchy wywrotowe tam, gdzie są one Waszyngtonowi na rękę. Amerykańskie dążenie do ograniczania wpływów rosyjskich doskonale harmonizuje z polskim mesjanizmem, rusofobią i nostalgią jagiellońską. Dużo porażek Polska będzie musiała ponieść, zanim uświadomi sobie naturę swoich stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. Żeby jednak porażkę zauważyć, trzeba racjonalnie zdefiniować cel. Polska się przed tym zabezpiecza. Czy w polityce wobec Białorusi Warszawa odniosła sukces, czy poniosła porażkę? Któż to może wiedzieć? Taką samą trudność będziemy mieli, chcąc ocenić inne dążenia polskiej polityki zagranicznej „opartej na wartościach”. Nie istnieje choćby w przybliżeniu zadowalająca definicja „wartości”; jak można oprzeć politykę na pojęciu tak nieokreślonym? Reżim Łukaszenki wszedł w fazę schyłkową, będzie tracił poparcie, a przeciwnicy będą je zyskiwać. Co z tego wynika dla Polski?
Gdy w Hiszpanii toczyła się krwawa wojna domowa i cała – lewicowa i prawicowa – Europa chciała biec z pomocą swoim, Winston Churchill pisał: „Nawet gdyby ci wszyscy uzbrojeni turyści podróżujący do Hiszpanii mieli wzajemnie się wyrżnąć, doprowadzając do tego, że nie pozostałaby ani jedna żywa dusza, oprócz przedstawicieli prasy, którzy opowiedzieliby o tym światu, nie wydaje mi się, aby interesy i bezpieczeństwo Wielkiej Brytanii w jakikolwiek sposób zostały narażone… Neutralność oznacza chłodną, bezstronną postawę, unikanie zacietrzewienia i stronniczości, bez względu na to, jak bardzo kuszące mogą się one wydawać. W przypadku Wielkiej Brytanii neutralność oznacza także gotowość przyjęcia na siebie drugoplanowej roli, zamiast pozowania na lidera czy głównego aktora wydarzeń… Nie wolno nam robić niczego, co nie należy do naszych obowiązków, niczego, co przekracza nasze możliwości. Nie ma sensu wprowadzać innych narodów do ogrodu, a potem uciekać, gdy zacznie szczekać pies”.

Wydanie: 16/2006

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy