W wakacyjnym tyglu

W wakacyjnym tyglu

Wszystkie media piszą i mówią o mordercy z Norwegii. Specjalistami z zakresu kryminologii i psychiatrii sądowej są dziś nieprzebrane rzesze dziennikarzy i polityków, dotąd znanych raczej jako specjaliści w innych dziedzinach.
To, co się stało w Oslo i na wysepce Utřya, jest poważnym ostrzeżeniem dla naszej cywilizacji, trzeba będzie do tego tematu wrócić, ale dopiero gdy opadną nieco emocje, a w mediach zamilknie bełkot pseudoznawców i pseudoekspertów. Szkoda, że komentując tę norweską tragedię, a w istocie tragedię całej zachodniej cywilizacji, publiczne media nie zdobyły się na zaproszenie do programu prawników, kryminologów, psychiatrów, psychologów, ale także socjologów.
Zostawmy więc na jakiś czas ten temat.

W Sejmie wyczuwa się już nerwowość końca kadencji. Większość posłów bardziej jest zajęta zbliżającą się kampanią wyborczą niż bieżącymi pracami parlamentu. Partie dokonują ostatnich ustaleń kolejności kandydatów na listach, a temu zawsze towarzyszy niezdrowa atmosfera. Kandydat z innej partii jest mało realnym, odległym przeciwnikiem, wrogiem za to często staje się kolega (lub koleżanka) z własnej partii, w dodatku z własnego miasta, konkurent do dobrego miejsca na liście.
W ten czas, jak mówi parlamentarne porzekadło, „człowiek człowiekowi… posłem”.
Swoją drogą, czy nie byłoby rozwiązaniem problemu, gdyby ordynacja kazała układać listy w porządku alfabetycznym?

Jak czytam w „Polityce”, chcieli w Wilnie nazwać jedną z ulic ulicą Kaczyńskiego, po litewsku Kacinskio gatve. Przeciwko temu protestuje podobno nasza ambasada, „tłumacząc, jak trudno będzie się domyślić, że chodzi o hołd złożony Lechowi Kaczyńskiemu”. Otóż ambasadzie, a przy okazji redakcji „Polityki” przypominam, że Litwini znają język litewski i na ogół prawidłowo potrafią odczytać nazwy ulic. Tę trudność, o którą tak się martwi ambasada, mogą mieć co najwyżej turyści z Polski, nie mieszkańcy Wilna. Wyobraźmy sobie przez chwilę, że ambasador amerykański w Polsce zaprotestowałby przeciw nazwie aleja Jerzego Waszyngtona. Z argumentacją jak wyżej: że, po pierwsze, turyści z USA mogą się nie domyślić, że to na cześć ich pierwszego prezydenta, bo on na imię miał George, a poprawna pisownia jego nazwiska to Washington, a poza tym w angielszczyźnie nazwiska się nie odmieniają. Pomyślelibyśmy, że ambasador zwariował albo że to jakaś bezczelna prowokacja? Ano pomyślelibyśmy.
A skoro już o Litwie mowa, jedna z gazet lokalnych opisała wizytę w Polsce wójta jednej z litewskich miejscowości, zamieszkanej w większości przez Polaków. Wójt, litewski Polak, opowiada gazecie, jak trudno być Polakiem na Litwie. Mówi też, że „w polskich domach przekazuje się pamięć o czasach, kiedy Litwa znajdowała się w granicach Polski”, i że z pietyzmem przechowywane są zdjęcia marszałka Piłsudskiego.
To znów spróbujmy uruchomić na chwilę wyobraźnię. Wyobraźmy sobie, że na zaproszenie samorządu jakiegoś miasteczka w Bawarii jedzie wójt którejś z gmin na Opolszczyźnie, przedstawiciel mniejszości niemieckiej. Na miejscu opowiada, jak to ciężko żyje się Niemcom w Polsce, ale w niemieckich rodzinach na Śląsku przekazuje się dzieciom pamięć o czasach, gdy nie tylko Śląsk, lecz także Wielkopolska i Pomorze znajdowały się w granicach Rzeszy, a ludzie po szufladach przechowują i z pietyzmem czasem oglądają fotografie marszałka Hindenburga. W Niemczech może niektórym nawet by się to podobało, nam chyba trochę mniej, nieprawdaż?

No to nie dziwmy się, że takie zachowania przedstawicieli polskiej mniejszości na Litwie Litwinom też się nie bardzo podobają.
W stosunkach z Litwą w ogóle źle się dzieje. Minister Sikorski na Litwę się nie wybiera. Ogłosił, że nie będzie z Litwinami rozmawiał, dopóki nie zrealizują naszych postulatów dotyczących mniejszości polskiej.
Taka postawa ministra przypomina anegdotę o pewnym skaucie, który ślubował, że dotąd do wody nie wejdzie, dopóki się pływać nie nauczy. Minister też nie będzie jeździł, nie będzie rozmawiał, nie będzie negocjował, ale czeka na efekt.
Trudno jednak od kogoś, kto jeszcze niedawno nie odróżniał „rury północnej” od paktu Ribbentrop-Mołotow, oczekiwać, że będzie rozumiał subtelności polityki wschodniej.
No to bez subtelności. Minister jak niegdyś marszałek Piłsudski uderza Litwinom pięścią w stół.
Tyle że marszałek był marszałkiem, a z tego marszałkowego walenia pięścią w stół też, nawiasem mówiąc, nic nie wyniknęło. Marszałek pięścią walnął w 1928 r., a Litwa nadal, przez następne 10 lat, nie utrzymywała stosunków dyplomatycznych z Polską i granicę dzielącą dwa kraje uporczywie nazywała „linią demarkacyjną”.

Tych żądań pod adresem Litwy jest rzeczywiście sporo. Część z nich jest sensowna, część mniej. Część mieści się w standardzie europejskim (np. dwujęzyczne tablice z nazwami ulic i miejscowości), część nie (np. pisownia nazwisk, co potwierdził niedawno Trybunał Europejski).
Litwini mają do nas pretensje, że też obiecywaliśmy im różne rzeczy, np. budowę autostrady Via Baltica ułatwiającej Litwie i pozostałym krajom bałtyckim kontakt z zachodem Europy. Obiecywaliśmy, mimo że w naszych planach budowy autostrad żadnej Via Baltiki nie przewidywaliśmy. Obiecywaliśmy Litwinom także budowę mostu energetycznego pozwalającego na włączenie Litwy do europejskiego systemu sieci przesyłowych. Nie dotrzymaliśmy słowa.
Można by się licytować, kto komu więcej obiecał, a nie dotrzymał. Nie w tym rzecz. Trzeba rozmawiać, negocjować, przekonywać. A minister Sikorski właśnie po raz kolejny oświadczył, że rozmawiać nie będzie. No to niech sobie wali pięścią w stół i niech mu się zdaje, że jest marszałkiem Piłsudskim.

Wydanie: 31/2011

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Komentarze

  1. ajg
    ajg 24 sierpnia, 2011, 08:35

    Dziekuje Panu Widackiemuna za trzezwe spojrzenie w sprawie stosunkow polsko-litewskich.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy