Na krawędzi wojny

Świat stanął na krawędzi wojny. Ameryka jest już gotowa do starcia z Irakiem. A do rozlicznych podziałów między ludźmi i między państwami doszedł jeszcze jeden. Fundamentalny w istocie podział na zwolenników i przeciwników tej wojny. Tyle że nic z tego, co się wokół owego dramatu dzieje, nie jest jednoznaczne. Białe lub czarne, dobre lub złe. Sami Amerykanie mówią, że wojna to ostateczność. Że to mniejsze zło. Mało za to mówią o globalnych interesach, o złożach irackiej ropy naftowej i o kompleksie wojny z Irakiem w styczniu 1991 r. A przeciwnicy wojny? W wielu krajach są w większości.
Lecz ta większość podszyta jest hipokryzją. Bo sprzeciw nie dotyczy wojny w ogóle, ale wojny bez mandatu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Tak jakby wojna z aprobatą Rady Bezpieczeństwa ONZ mogła być mniej straszna.
O co więc chodzi? O zbiorowe alibi, za którym mogą się schować rządy krajów oraz sumienia polityków i tak zwanych porządnych obywateli. Jak to się ma do poglądów większości Europejczyków (66% według Instytutu Gallupa), którzy uważają, że Irak stanowi zagrożenie dla pokoju światowego? Co w języku mniej eufemistycznym znaczy, że aż tylu ludzi boi się, że mogą być ofiarami Husajna.
Jak więc współczesny świat ma się bronić przed takimi zagrożeniami? Jak ma skutecznie reagować na takie konflikty jak choćby izraelsko-palestyński? Obecne instytucje międzynarodowe, z ONZ na czele, są w stanie długotrwałego kryzysu. Skonstruowane w innych czasach przestały być odpowiednim instrumentem do uprawiania wspólnej polityki międzynarodowej.
Tylko w sprawie Iraku przez 12 lat ogłoszono setki raportów. I co z tego? Co z nich wynika? Że Irak wciąż ma broń masowego rażenia, ogromne ilości (16 tys. rakiet), że nie rozliczył się z 6,5 tys. bomb chemicznych, że rozpoczął program nuklearny itd.
Świat żąda kolejnych dowodów i złapania Saddama Husajna na gorącym uczynku. A Husajn od lat uprawia tę samą grę. W kotka i myszkę.
Sami Amerykanie też nie ułatwiają światu wyboru. Zabiegając o poparcie dla interwencji w Iraku, ze zręcznością słonia tratują tych, którzy mają wątpliwości.
Porównanie Niemiec z Libią czy dzielenie Europy na starą (przeciw) i nową (za interwencją) to już nie faux pas, ale język, który wykopuje nowe podziały. Bez sensu. Bo ci, którzy nie są przekonani do wojny, tacy już pozostaną. Dopiero historia oceni, kto miał rację.
A my, Polacy? Równie jak świat jesteśmy podzieleni w ocenach. Podobnie jak inni boimy się skutków tej wojny. Boimy się o los i życie naszych żołnierzy. To naturalne i ludzkie. Protest przeciwko wojnie jest przecież bardziej naturalnym odruchem niż jej popieranie. Ale to, co jest zrozumiałe w zachowaniu zwykłych ludzi, nie przenosi się na polityków. Uprawianie polityki nie jest bowiem prostą funkcją wybierania racji większości.

Wydanie: 7/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy