Make America great again!

Make America great again!

Na szczęście przypadek Trumpa był tylko „wypadkiem przy pracy” amerykańskiej demokracji, a nie początkiem stałej tendencji. Amerykańska demokracja okazała się silna. Tak silna, że nawet Trump nie potrafił jej zniszczyć. Siła amerykańskiej demokracji tkwi zarówno w instytucjach państwa, jak i przede wszystkim w przywiązaniu amerykańskiego społeczeństwa do demokracji i demokratycznego państwa prawa. Połowa obywateli amerykańskich, zwłaszcza ta mniej wykształcona, była gotowa głosować na Trumpa. Nie rozumiała, że niszczy on demokrację, do której przywykli, którą uważali za coś naturalnego.

On demokrację amerykańską niszczył umiejętnie. Okazywał lekceważenie dla prawa i ukształtowanego przez lata politycznego obyczaju. Ale zawsze uzasadniał to dobrem Ameryki. Pokazywał się tej mniej w polityce biegłej części Amerykanów jako silny człowiek. Silny i bezkompromisowy, przekazując równocześnie, że taki jest właśnie Ameryce potrzebny. Bo tylko on potrafi „Amerykę uczynić znów wielką”. Znów? A co, przestała być wielką? Kiedy? Przypuszczam, że większość zwolenników Trumpa nie bardzo potrafiłaby wyjaśnić, co to konkretnie znaczy. Gdyby dopytywać ich o to, pewnie okazałoby się, że różne grupy elektoratu Trumpa rozumieją przez to hasło coś innego, nieraz rzeczy wzajemnie sprzeczne. Ale Trump, demagog, mistrz demagogii i guru także demagogów z Europy Środkowej, nie próbował nawet tego hasła tłumaczyć, bo dobrze wiedział, że mógłby w ten sposób podzielić, a nawet skłócić swoich zwolenników.

Uczynić Amerykę znów wielką! Wystarczy! Kto by tego nie chciał? Kto mógłby być przeciw? W praktyce „to czynienie Ameryki wielką” polegało na aroganckiej, niespójnej, chaotycznej polityce zagranicznej. Nieudanych próbach zaprzyjaźnienia się z Kimem, na wojnie gospodarczej z Chinami, wycofaniu USA z WHO, straszeniu wystąpieniem z NATO, traktowaniu UE raz jako sojusznika, innym razem jako wroga, na równi z Chinami. W polityce wewnętrznej na lekceważeniu zasad państwa prawa pod hasłem lekceważenia waszyngtońskich elit. To wszystko słabiej wykształceni Amerykanie, ludzie niezajmujący się na co dzień polityką, mogli jeszcze uważać za przejaw siły i zdecydowania silnego człowieka, który uczyni Amerykę wielką znowu.

Ale Amerykanie, od przedstawiciela waszyngtońskiej elity po ostatniego farmera z Montany, są przywiązani do demokracji. Jak długo Trump skutecznie niszczył demokrację, mówiąc, że przeciwnie, ją wzmacnia, że właśnie czyni Amerykę znów wielką, mógł mamić swoich zwolenników. Gdy po przegranych wyborach krzyczał, że zostały one sfałszowane, dla jego zwolenników też była to obrona demokracji. Kwestionując wynik wyborów, zarzucając przeciwnikom wyborcze fałszerstwa, domagał się przecież uznania woli wyborców, uszanowania ich demokratycznego wyboru.

Na Trumpa głosowała prawie połowa Amerykanów. Ale na jego wezwanie, z jego podjudzenia, na Kapitol w dniu oficjalnego ogłoszenia wyników wyborów ruszyło zaledwie kilka tysięcy fanatyków.

Wdarcie się tej fanatycznej tłuszczy do siedziby Kongresu Stanów Zjednoczonych, demolowanie jej, to dla Amerykanów, także dla większości zwolenników Trumpa, było już za dużo. Przy całej sympatii dla swojego prezydenta, któremu dotąd bezgranicznie wierzono, nie dało się tego zrozumieć jako aktu umacniania demokracji. Dla wielu spośród tych, którzy na Trumpa głosowali, którzy wierzyli, że swoimi kabotyńskimi gestami, swoją arogancką, nieprzewidywalną polityką przywraca Ameryce wielkość, dopiero w tym momencie stało się jasne, że zamach na świątynię i symbol amerykańskiej demokracji, jaką jest Kapitol, nie służy Ameryce, nie czyni jej wielką, ale przeciwnie – upokarza demokrację. Tego było za wiele nawet dla wielu członków Partii Republikańskiej. Od tego momentu nawet ci, którzy z partyjnej solidarności udawali, że nie widzą, co Trump wyrabia z Ameryką i demokracją, nie mogli już nawet udawać.

Donald Trump, 45. prezydent Stanów Zjednoczonych, odchodzi w niesławie. Na tydzień przed końcem kadencji Izba Reprezentantów przegłosowała dla niego impeachment za „podżeganie do rebelii”.

Przed następcą Trumpa, Joem Bidenem, staje ważne zadanie. Musi, razem z milionami Amerykanów, „uczynić Amerykę znów wielką”. Taką, jaka była przed Trumpem.

Nie wiem, jaką naukę wyciągną z tego demagodzy dewastujący demokrację w Europie Środkowej. Sieroty po Trumpie. Obawiam, że choć niektórzy z nich zapewniają, że cały czas się uczą, żadnej nauki nie wyciągną. Odejście Trumpa, w dodatku odejście w niesławie, w sytuacji, gdy polski prezydent i polski rząd do końca jawnie na niego stawiali, a to, co Kongres USA uznał za „rebelię”, nazywali wewnętrzną sprawą Ameryki, stawia Polskę w bardzo trudnej sytuacji. Polityka zagraniczna PiS doprowadziła do konfliktu z Unią Europejską, ochłodziła stosunki ze wszystkimi sąsiadami, stosunki z Rosją uczyniła najgorszymi w całym okresie po 1989 r., stawiała tylko na Trumpa i Orbána. Teraz został nam już tylko Orbán. A i on ich wykiwa, gdy tylko będzie w tym widział swój interes.

Wydanie: 4/2021

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Komentarze

  1. Wieslaw A. Zdaniewski
    Wieslaw A. Zdaniewski 31 stycznia, 2021, 22:09

    Pan Jan Widacki tak sobie wyobraża światowego hegemona i imperialistę – jak w starej piosence – to słynne usa, to jest kochany kraj, na ziemi raj. Tym razem nie wyszedł Panu felieton, wiara wciąż nie nadwerężona w mitologicznego Wujka z Ameryki. BALONEY!

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy