Obłęd, czyli porządków pomieszanie

Obłęd, czyli porządków pomieszanie

To, że inne są rygory dochodzenia do prawdy w procesie sądowym, a inne w badaniach historycznych, czuje każdy zdrowo myślący. Opisując jakąś postać sprzed 300 czy 400 lat, historyk nie jest skrępowany ani zasadą domniemania niewinności, ani też nie musi wszystkich niejasności w życiorysie opisywanego nieszczęśnika interpretować na jego korzyść. Nie musi również ustanawiać mu obrońcy ani wysłuchiwać jego argumentów.
W procesie sądowym przeciwnie. Zasada in dubio pro reo (nakazująca wątpliwości tłumaczyć na korzyść oskarżonego) czy wreszcie zasada domniemania niewinności to fundamenty cywilizowanego procesu.
Te jakże odmienne procedury dochodzenia do prawdy prowadzić mogą do odmiennych wniosków.
Na temat podobieństw i różnic między sądowym poznaniem prawdy a poznaniem prawdy w badaniach historycznych napisano całe tomy. Pisali o tym metodolodzy historii i teoretycy prawa, a także ci, którzy metody medycyny sądowej czy kryminalistyki stosowali w badaniach historycznych.
Historykom, mówiąc najogólniej, wolno więcej. Mogą porządkować sobie fakty wedle przyjętej wcześniej teorii, mogą je ze sobą wiązać na podstawie intuicyjnej, mogą związki między faktami podejrzewać i dowolnie oceniać prawdopodobieństwo tych związków. Mogą na koniec niektóre fakty jedynie domniemywać, przyjmując je za istniejące. Mogą sobie w końcu dowolnie wyciągnąć z poznanych bądź wydedukowanych faktów wnioski oceniające. To dlatego te same historyczne postacie nieraz są przez różnych historyków sprzecznie oceniane. W historii to uchodzi. Józef Piłsudski w opisie i ocenie np. W. Poboga-Malinowskiego to zupełnie inny człowiek i polityk niż tenże Józef Piłsudski w opisie i ocenie W. Konopczyńskiego. Jeremi Wiśniowiecki dla jednych historyków to wielki wódz i bohater, dla drugich warchoł i okrutnik.
Jedni i drudzy historycy opierali się na tych samych źródłach. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach wpadłby na pomysł, aby biografie wspomnianych postaci historycznych raz na zawsze ustalić i raz na zawsze dokonać ich oceny, powierzając to sądowi rejonowemu?
Na pociechę można tylko dodać, że ani Piłsudskiego, ani Jaremy te spory i oceny historyków już z oczywistych względów nie interesują.
A ile sprzecznych historycznych ocen wypowiedziano – choćby ostatnio – o powstaniu warszawskim?
Historyk może sobie poczynać śmielej. Najwyżej inny historyk, w tym lub następnym pokoleniu, go wyśmieje, a jego oceny zdyskredytuje. A potem w spór wda się następny historyk, a później może następny…
Sędzia musi być ostrożniejszy. Decyduje bowiem o losie żywego człowieka, którego czyn i stopień winy musi ocenić tu i teraz, a od tej oceny zależy przyszły los tego człowieka.
W przeciwieństwie do dawno zmarłych bohaterów, którzy w nosie mają, co dziś o nich sądzi ten czy ów historyk, oskarżonemu z reguły nie jest obojętne, co sędzia uzna za prawdziwe i jak to oceni.
Dlatego tych dwóch porządków: historycznego i prawniczego nie należy mieszać. Pomieszano je przy lustracji – stąd też zdarzające się odmienne ustalenia Sądu Lustracyjnego i IPN-owskich historyków w sprawie tej samej osoby.
To pomieszanie porządków, którego zdaje się nie rozumieć część historyków IPN i pewien krakowski polityk, z wykształcenia podobno filozof, prowadzi do coraz bardziej absurdalnych konsekwencji. Skoro historyk może oceniać żywych ludzi, to dlaczego sąd nie miałby oceniać zmarłych, i to nawet dość dawno.
Nałożyło się to na ideologicznie uświęcone w IV RP (ostatnio już chyba, choć do końca nie jest to jasne, unieważnionej?) zatarcie granicy między światem żywych i zmarłych. Awangarda PiS żyła (żyje?) w jednym, dla niej wciąż realnym świecie z duchami przodków. Posłowie PiS przemieszani są z cieniami poległych powstańców, żołnierzy i rycerzy wszystkich wojen, ofiarami zsyłek i łagrów. Nic też dziwnego, że jeden z nich do niedawna podawał się za korespondenta wojennego, dziś już uchodzi za wojownika, drugi hetmańskie pochodzenie w sobie odkrył, a jeszcze inny w ubiegłym roku wstąpił do… AK.
Nadal walczą z komuną, której od blisko 20 lat już nie ma, widzą odwiecznego wroga w Rosji i Niemczech, nie przyjmując do wiadomości, że w ostatnich latach to i owo w Europie się jednak zmieniło.
Ten obłęd włączania zmarłych w świat żywych zaowocował pomysłem awansowania polskich oficerów zamordowanych wiosną 1940 r. w Katyniu, Charkowie i Miednoje.
Dotąd pamięć zmarłych bohaterów czczono zgoła inaczej. Powstaje widać nowa tradycja.
Jeśli awansuje się kilkanaście tysięcy zamordowanych w ZSRR, to dlaczego nie awansować tysięcy innych, poległych z bronią w ręku, zamordowanych w niewoli, we wszystkich wojnach, jakie Polska toczyła? To może Tadeusza Kościuszkę pośmiertnie awansować na marszałka Polski? A co z księciem Józefem (był jedynie marszałkiem Francji, a Polski nie!)? A może by tak podporucznika Wysockiego awansować do pełnego porucznika? A czemu Kilińskiego nie zrobić generałem?
Wyraźnie widać potrzebę powołania komisji, najlepiej przy MON (ach, jaka szkoda, że odchodzi z niego minister Szczygło!) albo może lepiej przy Kancelarii Prezydenta, która zweryfikuje (przy pomocy IPN, bo agentów trzeba z tego wykluczyć) wszystkich zmarłych Polaków od czasów piastowskich i rozważy, któremu z nich jeszcze należy się order, a któremu awans.
Dałoby to panu prezydentowi niepowtarzalną okazję zorganizowania setek uroczystości patriotycznych.
Ta sama komisja (przy pomocy IPN, a jakże) powinna też zweryfikować wszystkich zmarłych Polaków, czy aby któregoś z nich nie pozbawić niezasłużonego stopnia wojskowego lub orderu. Zajęcie wydaje się perspektywiczne, bo nieubłagany upływ czasu spowoduje, że już niedługo zemrze ostatni agent służb PRL-owskich i IPN straciłby rację bytu. Tak będzie sobie nadal spokojnie lustrował nieboszczyków.
Z tego pomieszania porządków prawniczego i historycznego zrodził się ostatnio pomysł wniesienia do Sądu Najwyższego kasacji od wyroku skazującego w 1930 r. w procesie brzeskim Wincentego Witosa. Przypomnijmy, zmarły w 1945 r. Witos został w procesie brzeskim skazany na półtora roku więzienia. Dziś działacze PSL domagają się od ministra sprawiedliwości, aby złożył od tego wyroku kasację. Gdyby Sąd Najwyższy uznał kasację, sprawa trafić by musiała do ponownego rozpoznania, tyle że ze zrozumiałych względów już nie do sądu w Brześciu.
Nieżyjący od ponad 60 lat Wincenty Witos jest postacią historyczną, patronem sporej części polskiego ruchu ludowego. Ma zasłużone miejsce w panteonie wielkich Polaków. Jego ocena należy do historii, nie do sądu! Czy Witos będzie większy, gdy sąd po blisko 80 latach zmieni wyrok sądu brzeskiego? A może będzie mniejszy, gdy wyrok utrzyma w mocy?
Więc po co to wszystko? Inna rzecz, jak miałby wyglądać ten proces. Czy jest choć jeden żywy świadek, którego można by przesłuchać?
Gdyby do takiego procesu doszło, byłby spektaklem historyczno-politycznym, z procesem sądowym niemającym wiele wspólnego. Więc naprawdę po co to wszystko?
A jeśli sądy miałyby dziś rewidować procesy znanych postaci historycznych, to trzeba by zapewne zacząć od kasacji wyroku Bolesława Śmiałego wydanego na św. Stanisława…
Czy jest jakaś rozsądna granica, której przekroczyć nie można lub choćby nie wypada? Granica śmieszności na przykład?

Wydanie: 46/2007

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy