Świecidło

Świecidło

„Można opowiedzieć wszystko oprócz własnego życia”, napisał w jednej z powieści Max Frisch. I trzeba przyznać – miał facet rację. Myślał racjonalnie. Ale pisarze się nie poddają i wciąż próbują w licznych autobiografiach obmacać jakąś prawdę. O sobie i świecie. Brzmi źle? Taki prywatny wywód nie musi jednak być nudny! Albowiem pisarze – jeśli są zdolni – mają wiele umiejętności: potrafią złapać za gardło żyćko i podać je nam na tacy. Żebyśmy w spokoju i z bliska mogli dokonać pomiarów anatomicznych. Potrafią zmyślać tak pięknie, że nam zupełnie odbiera oddech. Potrafią być uniwersalni, dzięki czemu ich życie opowiada nam miejscami nasze własne życie (albo sprawia takie wrażenie). Budują kontekst w taki sposób, żeby nam pokątnie opylić kawał i historii, i literatury, i muzyki. A najczęściej także życia innych ciekawych ludzi, z którymi przyszło im się zetknąć. A jak Bozia talent dała, to i w języku nawydziwiają, więc dla samej już turbopolszczyzny książkę taką warto przeczytać.

Takim właśnie autobiografem okazał się Marcin Świetlicki w głośnej książce „Nieprzysiadalność”. Poeta, który miał chyba największy wpływ na lirykę polską po roku 1992. Autor słynnych „Zimnych krajów”, symbol pokolenia bruLionu, wokalista zespołu Świetliki, postać telewizyjna („Pegaz”), filmowa („Małżowina” Smarzowskiego) i radiowa. Poeta, który pokazał „takiego wała” wszystkim, którzy go brali za swojego ziomka. Bo, jak mówią poeci śląscy: środowisko czeka, środowisko wymaga. To znaczy środowisko za swoje wsparcie zawsze czegoś chce. I poeta Świetlicki z różnych środowisk się katapultował, robiąc sobie wrogów i z prawej, i z lewej strony. A i w środeczku ma pewnie kilku takich, którzy by go z przyjemnością widzieli upadłego i zapomnianego na zawsze. Jest jednak Marcin Świetlicki poetą złośliwie czynnym. W spory wchodził i z „Gazetą Wyborczą”, i z piosenkarką Dodą, i ze środowiskiem „Krytyki Politycznej”, i z kobietami, i z mężczyznami. Jest to bowiem postać krnąbrna, z ducha punkowa i niechętna, by ją opracowywać teoretycznie.

Ostatnio publicyści taki problem mieli z Eustachym Rylskim, który udzielił „Dużemu Formatowi” pewnego głośnego wywiadu. Kilka lat temu za ten wywiad obraziła się na niego i prawica, i lewica. Mnie się podoba takie niesformatowanie. Bo widzę, że człowiek nie myśli gotowcami, tylko coś sobie sam konstruuje, jakoś próbuje, kombinuje. I może różnie mu wychodzi, ale widać, że praca została wykonana i myśl za tym stoi, a nawet idzie. Przecież nie o lubienie bohatera chodzi, a nawet nie o zgadzanie się z bohaterem. Bo – jak wiadomo – autobiografia pisarza musi być powieścią, jak to się brzydko mówi – „kreacją”. I przecież każdy porządny pisarz wie, że bohater nie może być do końca sympatyczny. Miluch wcale nie jest ciekawym bohaterem. Obły Miluch, który zawsze mówi i robi to, co trzeba, przymilny i gładki, jest zwyczajnie nieautentyczny. A do tego uświadamia nam, jacy my jesteśmy już kompletnie skończeni, nieudolni i wątpliwi moralnie.

Ciekawym bohaterem jest np. Pinokio – ma kolega wiele słabości. Leniwy bywa jak nieboskie stworzenie. W pierwszej scenie morduje świerszcza, potem (pośrednio) wróżkę. Wszystkie wybory, które podejmuje, są złe. A my koniecznie chcemy wiedzieć, co z tego wyniknie. I na tym polega nasza czytelnicza frajda. Nie rozumiem, czemu czytając autobiografię pisarza, mielibyśmy oczekiwać czegoś innego (Milucha). Już słyszałam tu i ówdzie, że poeta w swojej księdze brzydko o kimś powiedział, że był niedelikatny, a że jakaś data zupełnie się nie zgadza. Że w sumie ponury z niego jednak typ. Dziwactwo, bo pamiętam, że za to go właśnie hołubiono u zarania lat 90. Właśnie za to wystawianie języka, niepoprawność, za jego „nieprzysiadalność”. No ale my byśmy chcieli, żeby nas ozłacał, a wrogów naszych szkalował, ot co! A poety nie da się tak wziąć na wynajem.

Oczywiście ci, którzy kupią „Nieprzysiadalność”, żeby się dowiedzieć, jak to jest być pisarzem we współczesnej Polsce, przeżyją ciekawą przygodę, ale niczego się nie dowiedzą. Albowiem Świetlicki nie jest przecież takim sobie „zwykłym” pisarzem. W latach 90. był raczej gwiazdą rocka i młodzi ludzie w różnych pamiętnikach opisywali, jak to tracili dziewictwo, słuchając jego piosenek. Krótko mówiąc, przeciętny polski pisarz życie miał zazwyczaj spokojniejsze, z silnym przesunięciem w stronę biblioteki. Mniej miał pieniędzy i mniej przygód wszelakich. A tu poeta Świetlicki z grupą Ładnie romansował, ze sceną yassową, z punkiem. Komiksy robił i takie dziwne pismo, co to nie na papierze, ale na scenie się działo. I nawet na urząd prezydenta Krakowa kandydował. Nie do lubienia jest może poeta Świetlicki, oj nie. Ale i wierszyk nie od lubienia jest, tylko od tego, żeby się ściubił i wiercił.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy