Czy Senat może się stać Izbą Samorządową?

Czy Senat może się stać Izbą Samorządową?

W polskiej tradycji parlament zawsze był dwuizbowy: składał się z Sejmu, czyli izby posłów, oraz z Senatu. Tak było w I Rzeczypospolitej, tak było i w drugiej.
W PRL Senat zniesiono. Idea jego wskrzeszenia pojawiła się podczas obrad Okrągłego Stołu. Skoro w Sejmie, później zwanym kontraktowym, dla opozycji zarezerwowano tylko 35% mandatów, a prezydentem miał być przedstawiciel starej władzy, na pociechę opozycji dorzucono Senat, do którego wybory miały być całkowicie wolne. W Polsce było wówczas 49 województw, ustalono więc, że z każdego województwa będzie po dwóch senatorów, a ze stołecznego trzech – w sumie 100 senatorów. Dopisując instytucję Senatu do postanowień niejako w ostatniej chwili, nie przemyślano, jaką ustrojową rolę mu powierzyć. Dlatego po rozwiązaniu Sejmu kontraktowego, gdy wybory do następnego miały być już całkowicie wolne, należało też od razu zlikwidować Senat jako instytucję zbędną. Ale tego nie uczyniono. Wprawdzie niektóre partie wpisywały jego likwidację do swoich programów wyborczych, jednak w państwie definiowanym dość powszechnie (choć nigdy głośno!) jako zbiór posad do obsadzenia przez zwycięzców po wyborach, 100 posad senatorskich było nie do pogardzenia.
I mimo że, jak pokazała praktyka, Senat naprawdę do niczego nie był potrzebny i stał się de facto izbą czwartego czytania, poprawiającą (choć, jak się okazuje, mało skutecznie) błędy w ustawach uchwalonych przez Sejm, został utrzymany w konstytucji z 1997 r. Ale jej twórcy też nie bardzo potrafili przypisać Senatowi innych oprócz wspomnianego czwartego czytania zadań. Czasem o Senacie mówi się z pobłażliwą wyrozumiałością, że jest „izbą zadumy”. Jak pokazują kolejne wybory, miejsca w nim są przeznaczone albo dla politycznych emerytów, dla których zabrakło miejsca na listach do Sejmu, albo dla ludzi z drugiego i trzeciego garnituru poszczególnych partii. Czasem partie, chcąc pokazać swą otwartość, wystawiały do Senatu osoby powszechnie znane, ale niezwiązane z nimi bezpośrednio. Ryzyko było tu niewielkie, a korzyść (dla partii) znaczna. Nie tylko dowodziło to rzekomej otwartości partii, ale też znane nazwiska przyciągały i poszerzały elektorat. W niczym jednak nie komplikowały prowadzenia polityki, na którą senatorowie i tak nie mieli żadnego wpływu. I tak na okrasę trafiali czasem do Senatu popularni rektorzy wyższych uczelni, znani profesorowie czy inne osoby publiczne, dotąd luźno związane z polityką.
O faktycznej roli Senatu najlepiej świadczy fakt, że czynni politycy propozycję kandydowania do Senatu traktują jako zesłanie i na ogół starają się od tego wykręcić. O „powadze” Senatu świadczą też liczne dowcipy, jakie często, choć zwykle półgłosem, opowiada się w kręgach politycznych. Jeden z nich, bynajmniej nie najbardziej złośliwy, brzmi: „Śniło mi się – opowiada pewien senator – że przemawiam w Wysokiej Izbie. Obudziłem się i okazało się, że tak jest naprawdę”.
Zaiste, dla jakości stanowionego prawa byłoby lepiej, gdyby za pieniądze przeznaczone na utrzymanie 100 senatorów, ich biur oraz rozbudowanej Kancelarii Senatu stworzyć dobre biuro prawne i zakontraktować odpowiednią liczbę ekspertów. Wymagałoby to jednak zmiany konstytucji, na co nie odważy się żadna siła polityczna, nawet gdyby miała w parlamencie zagwarantowaną konstytucyjną większość. W końcu gdzieś trzeba umieszczać swoich emerytów i drugi oraz trzeci szereg polityków. Skoro nie zanosi się na to, by Senat został kiedykolwiek zlikwidowany, trzeba by pomyśleć nad znalezieniem dla niego właściwej ustrojowej roli, tak by nie był tylko izbą czwartego czytania. Nie mając żadnych kompetencji w zakresie polityki zagranicznej, nie powinien być opiekunem ani polskiej mniejszości za wschodnią granicą (co jest ewidentnie częścią polityki zagranicznej!), ani Polonii na Zachodzie, a już w szczególności w Ameryce i Ameryce Łacińskiej (co jest na ogół rozwiniętą formą kosztownej turystyki), który politycznie swym składem odpowiada składowi Sejmu.
Przypomnieć wypada, że druga izba parlamentu ma swój szczególny sens w państwach związkowych (takich jak Niemcy czy Rosja), gdzie jest reprezentacją landów czy republik związkowych. Polska jest, i wszystko wskazuje na to, że pozostanie, państwem unitarnym.
Na tym tle ocenić trzeba ostatnią inicjatywę prezydentów wielkich miast, nazwaną „Obywatele do Senatu”. Inicjatywę tę podjęli popularni prezydenci dużych miast, m.in. Rafał Dutkiewicz i Jacek Majchrowski, a więc ci prezydenci, którym udało się pokazać, że samorządy, a w każdym razie prezydenci, nie muszą być z partyjnego nadania. Celem inicjatywy, według jej twórców, jest umożliwienie przedstawicielom społeczeństwa obywatelskiego oraz samorządowcom zasiadania w Senacie. Inicjatywa zmierza do tego, by odpartyjnić Senat, sprawić, by nie był on co do politycznego składu kopią Sejmu. Ich zdaniem byłby to ważny krok w kierunku zatrzymania „kartelizacji i oligarchizacji polskiego życia politycznego”.
Jest to propozycja ciekawa i zasługująca na poważne potraktowanie. Skoro nie ma szans na reformę odgórną (poprzez zmianę konstytucji), można ewolucyjnie zacząć zmieniać istotę Senatu, podnosić jego prestiż, szukać nowego miejsca ustrojowego w strukturze władz, czyniąc z niego faktycznie „izbę samorządową”.
Życzę tej inicjatywie jak najlepiej. Nie wiem, czy się powiedzie, ale jej sukcesem będzie na pewno rozpoczęcie sensownej dyskusji nad przyszłą rolą ustrojową Senatu.
Warunków powodzenia tej cennej inicjatywy jest kilka. Jednym z nich z pewnością będą kandydaci. Czy uda się zaproponować takich, którzy uzyskają społeczne zaufanie i poparcie? Ale nie mniej ważny będzie stosunek do tej inicjatywy wielkich partii politycznych, które często deklarują chęć odpartyjnienia państwa, choć w szczerość tych intencji można niekiedy wątpić. Ważny też będzie stosunek mediów. Czy do dyskusji nad tą propozycją zaproszą do telewizji tradycyjnie posłów Hofmana lub Kłopotka, czy też ekspertów, którzy oprócz reprezentowania interesów partyjnych i swoich możliwości intelektualnych dysponować będą także wiedzą na temat ustroju państwa i roli społeczeństwa obywatelskiego. Obawiam się jednak, że znów wymagam od dziennikarzy zbyt wiele.

Wydanie: 28/2011

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy