Moje choinki

Moje choinki są lwowskie. Były to oczywiście jodełki. Pod bacznym okiem francuskiej nauczycielki, która przychodziła do nas do domu, kleiłem wspólnie z nią najrozmaitsze ozdoby mające zawisnąć na naszym drzewku. Wyjściowy surowiec był zasadniczo prosty. Łupiny orzechów, srebrzone takim sreberkiem, którym się pociąga kaloryfery. Pudełka od zapałek przerabiane na domki i autka. Lecz ów drobiazg był niejako cały umieszczony na drugim planie choinki. Najważniejsze były łańcuchy lepione z kolorowych, złotych i srebrnych papierów. Były również świeczki parafinowe różnych kolorów, ponieważ kiedy byłem mały, nikt o elektryfikacji choinek nie słyszał. W strategicznych miejscach wkłuwało się w jędrne gałązki ognie sztuczne, które za II Rzeczypospolitej miały tę podówczas oczywistą właściwość, że zawsze pięknie płonęły, miotając snopami iskier. Zupełnie osobną domenę stanowiły łakocie, od najskromniejszych, czyli cukierków zawiniętych jedynie w migocące sreberka, poprzez rozmaite rodzaje czekoladowych precelków aż do wytworów, jakie można zaliczyć do dzieł sztuki – wydmuszek. Wydmuszki również były jedynie surowcem, pozwalały się w rozmaity sposób udziwniać. Miały wymalowane buzie, doklejone brody z waty, czasem jakieś fantazyjne czapki.
Nasze mieszkanie było często odwiedzane przez moich równolatków, najsmakowitsze specyjały zawieszałem możliwie wysoko, ażeby utrudnić do nich dostęp. Pamiętam jeszcze pierniczki, maleńkie serduszka przekłuwane igłą i nitką. Na samym szczycie drzewka przychodziło zwieńczenie. Miotałem się zazwyczaj pomiędzy wersją wielokulkowych bombek ze szpicem, okazem ładnym, lecz nabywanym w stanie gotowym. Z drugiej strony kusił anioł, który bywał moim własnym dziełem, obawiam się jednak, że dzisiaj bym się żadnym z tych aniołów nie pochlubił.
Później niezmienną tradycję choinkową poczęły naruszać innowacje, elektryczne świeczki, które wprawdzie gwarantowały, że drzewko nie buchnie ogniem, ale wydawały się jakoś sztuczne, pozbawione prostoty zwyczajnych kolorowych świeczek parafinowych. Sferą zupełnie osobną, intrygującą szczególnie, były gwiazdkowe upominki, okalające drzewko na jego przyziemiu i skryte przed naszymi oczyma aż do chwili, gdy po kolacji wigilijnej rozlegał się dźwięk dzwonka. W owych dawnych czasach ubolewałem i użalałem się nad plemionami zamieszkującymi tropiki, w których podobno nie można znaleźć iglastego drzewka.
Kiedy nadeszły czasy niemieckie, a po nich sowieckie, wystrój choinek stał się bardzo skromny. Repatriowani do Krakowa wskrzesiliśmy dawną tradycję. Obwieszało się owe drzewka powojenne przedmiotami, które dawniej nie miały wstępu na świąteczną scenę. Szczególnie miłe wydawały mi się wieczorne spacery po ciemnych już ulicach, gdyż niemal w każdym oknie lśniły choinkowe świeczki, stwarzając wrażenie niestety tyleż naiwne, co fałszywe, że w tych mieszkaniach przebywają wyłącznie osoby niezmiernie poczciwe, zacne i miłe. Kiedy wpadłem w towarzystwo krakowskich już artystów, natykałem się na drzewka ozdabiane z wielką ekscentrycznością, lecz nie zagustowałem w nich nigdy, ponieważ byłem i pozostałem tradycjonalistą.
Niejako potencjalnie kryła się w dawnym drzewku możliwość zaprószenia ognia od płomyków, skręcających złote i srebrne włosy anielskie, a jednocześnie łańcuchy okazywały swoją ulotną naturę, obracając się w popiół i kopeć. Nie można również ukryć oczywistego epilogu, to znaczy konania choinek, które roniąc igliwie, obdzierane łakomymi rękami ze słodkich czarów, traciły urodę, szyk, elegancję i lądowały w pobliżu śmietnika. Myślę sobie, że już taki musi być porządek rzeczy na naszym świecie i nad tą ciemniejszą stroną egzegezy choinkowej nie warto popadać w smutek.

piątek, 13 grudnia 2002 r.

Wydanie: 50-51/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy