Piewcy narodowej katastrofy

Piewcy narodowej katastrofy

Co świętowano 1 sierpnia? Katastrofę, jakiej nie przeżyła żadna stolica od najazdu Hunów na Rzym? Śmierć 200 tys. mieszkańców Warszawy? Śmierć 40 tys. kobiet, dzieci i mężczyzn wymordowanych w ciągu zaledwie trzech dni na Woli? I śmierć 10 tys. zamordowanych na Ochocie? Lista miejsc zbrodni jest o wiele dłuższa niż miejsce na ten komentarz. Owszem, przy okazji obchodów kolejnej rocznicy mówiono też o ofiarach. Ale to był ten drugi plan. Gdy starczyło czasu, po opisach wyczynów młodych ludzi, których z pistoletami i paroma nabojami wysyłano na barykady albo do szturmu na regularne oddziały niemieckie. Czas rocznicy tradycyjnie wypełniono budowaniem równie tradycyjnej projekcji powstania, które wygraliśmy w kategoriach moralnych. Bo przecież walka i honor są zawsze najważniejsze. A specjalistami od takich ocen są historycy z IPN. I politycy, którzy o honorze ciągle mówią, ale prawie nigdy nie praktykują tego na sobie.
Bolesna prawda o powstaniu jest ciągle skrywana, bo wraz z realnym opisem musi paść pytanie o odpowiedzialność dowódców. Lepiej więc budować użyteczne dla prawicy mity. I czekać, aż odejdą ostatni świadkowie tragedii.
Decyzji o wybuchu powstania warszawskiego nic nie usprawiedliwia. Nie pomogą propagandowe hasła ani zaklęcia. A nawet oderwane od faktów wystawy muzealne. Zbyt tragiczna jest bowiem cena, którą zapłacono za pobożne życzenia paru niedouczonych generałów i zbyt ambitnych, jak na swoje możliwości intelektualne, polityków.
Bilans ofiar powinien wisieć, ku przestrodze, w każdej szkole oficerskiej. A politycy mogliby przy łoskocie werbli, wysłuchać pełnej listy, z imieniem i nazwiskiem, ofiar. Ludzi, którzy wtedy mieli inne plany i marzenia, niż zginąć, bo potrzebna była demonstracja polityczna. Może wtedy godzina „W” byłaby godziną prawdziwej żałoby ku pamięci 200 tys. ofiar powstania? Może wtedy ich śmierć nabrałaby jakiegoś sensu dla przyszłych pokoleń? Jako nauka z historii. I jako przestroga. A także dla pokazania, że i wówczas, gdy ważyły się losy stolicy, byli wojskowi, którzy przestrzegali przed taką decyzją. Jak chociażby gen. Anders, który chciał postawić gen. Bora-Komorowskiego i innych dowódców przed sądem za wywołanie powstania, które uważał za kardynalny błąd z politycznego i wojskowego punktu widzenia, a z moralnego za zbrodnię.
Co się stało w ciągu późniejszych 69 lat, że ta ocena jest totalnie przemilczana? I to mimo tego, że jej autor jest dziś w Polsce bardzo doceniany, a jego imieniem nazwano wiele ulic i placów?
Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Dla budowy mitu niewygodne prawdy są odrzucane. Niezależnie od tego, kto jest autorem. Bo w walce propagandowej o powstańczy mit cel uświęca środki. I z takich sekciarskich ocen buduje się narodowe mity. Pracują przy tym, i z tego żyją, tysiące ludzi. Zawodowi piewcy narodowej katastrofy.
Nie ma i nie będzie na to zgody. Nie może być zmowy milczenia nad trumnami ofiar. Nie ma zgody na jednostronne, zakłamane obrazki i ogłupianie młodzieży w ramach prawicowej polityki historycznej. Młodzieży oszukanej wówczas i oszukiwanej dziś. To z pewnością ciągle łączy te prawicowe obozy.

Wydanie: 32/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy