Opozycja z trotylu

Opozycja z trotylu

Dużo groźniejsze od błędów są brudne intencje tych, którzy je popełnili. Nasz gatunek jest bowiem tak bardzo omylny, że nie da się żyć bez wyrozumiałości wobec tych, których błędy komplikują nam życie. Jeżeli nie mieli złych intencji, trudno ich nękać. Trzeba uznać, że chcieli dobrze, nawet jeśli wyszło marnie.
A co, jeśli zamiast dobrych chęci od początku są cynicznie zaprogramowane cele? Jeśli ktoś mówi: szukam prawdy, ale myśli wyłącznie o tym, co zrobić, by działanie przyniosło mu korzyść? Polityczną, medialną lub finansową. A najlepiej wszystkie razem. Prawdziwy kłopot jest nie z nawiedzonymi poszukiwaczami wyimaginowanej prawdy, lecz z ludźmi, u których pod taką maską kryje się głowa chłodna i chytrze kalkulująca, co zrobić, by osiągnąć bardzo przyziemne cele. Komisja Macierewicza jest podręcznikowym przykładem, jak można wykorzystywać do własnych celów politycznych nawet katastrofę lotniczą i wielką tragedię rodzin. Zaczęło się od mgły, którą nad lotniskiem celowo rozpylili Rosjanie, a teraz jest już mowa o zamachu na samolot i zamordowaniu jego pasażerów. Zarzuty Jarosława Kaczyńskiego, który mówił o popełnieniu zbrodni i odpowiedzialności za nią polskiego rządu, nie mogą już być traktowane jako efekt szoku po stracie najbliższych. To słowa polityka mającego bardzo duże szanse na powrót do władzy. Słowa o przyczynach katastrofy z 10 kwietnia 2010 r., jakie padły z jego ust w ostatnich dniach, są tak daleko idące, że muszą mieć poważne konsekwencje. Przede wszystkim prawne. Chyba że doczekaliśmy się grupy, której żadne kodeksy nie obowiązują. W kraju, gdzie prokuratura i sądy z całą powagą zajmują się wypowiedziami takich celebrytów jak Doda czy Nergal w sprawach uczuć religijnych, które rzekomo obrazili, szef największej partii opozycyjnej robi z premiera zbrodniarza i co?
Coraz więcej jest absurdalnych oskarżeń o zamordowanie polskiego prezydenta. Coraz więcej agresji wobec myślących inaczej. Nie ma już 96 ofiar. Jest jedna bardzo ważna ofiara i kilka rodzin, które narzucają ton debacie.
Sensacje sprzedają się znacznie lepiej od siermiężnej prawdy. Ci zaś, którzy nie akceptują tezy o zbrodniczym zamachu, są uznawani za zdradziecką agenturę, a w najlepszym razie za nierozgarniętych głupków, którzy wierzą władzy. Tej władzy, która niestety bezmyślnie – i jak się okazuje, pochopnie – oddała pole PiS. Po katastrofie wydawało się, że granice absurdu są w tej sprawie nieprzekraczalne. Liderzy PO nie docenili jednak determinacji, a przede wszystkim cynizmu polityków PiS, którzy potrafili zbudować wokół tego tragicznego wydarzenia taką interpretację, która zbiera dziś owoce. Raz uruchomiona machina oskarżeń nabiera rozpędu i wypluwa z siebie wydarzenia, które parę miesięcy wcześniej nie przyszłyby do głowy największym zwolennikom spisku smoleńskiego. Publikacja w „Rzeczpospolitej” jest, jakkolwiek absurdalnie by to brzmiało, naturalną konsekwencją amoku, w jaki wpędzają się zwolennicy tezy o zamachu. Nie ma w tych działaniach nawet cienia intencji szukania prawdy. Jest z góry założona teza. I cel. Owoc, który rodzi się z tej krzyżówki, nie będzie jadalny. I nie może być, bo w polskiej wojnie o władzę po raz pierwszy zastosowano na taką skalę truciznę. Nie radzi sobie z nią władza, która kompletnie nie wie, jak się zaszczepić przeciw tej lawinie bredni, pomówień i oskarżeń. A w dłuższej perspektywie także opozycja nie poradzi sobie z tym, co sama wyhodowała.

Wydanie: 45/2012

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy