Czyje państwo?

Czyje państwo?

Zamuleni drugorzędnymi szczegółami nie zawsze potrafimy zdefiniować obszar najostrzejszego sporu aktualnie toczącego się w Polsce. Sporu o to, jaka ma być współczesna rola państwa. Nie jakiegoś modelowego, hipotetycznego, ale tego realnego państwa, które mamy. A zwłaszcza o jego funkcje w przyszłości.
Takie jest i będzie główne pole walki politycznej w Polsce. Kto z kim i o co walczy? Pełna odpowiedź na to pytanie precyzyjniej określi obszary i grupy interesów niż wszystkie dotychczasowe słowne deklaracje. Na co dzień przecież aż głowa puchnie od wystąpień patriotycznych, pełnych troski o interes społeczny i dobro wspólne. Mówcy są tak dobrze zakamuflowani, że tylko fachowcy potrafią oddzielić faktyczne intencje od pięknych słów. Umiejętność to szalenie ważna i aż żal, że media tropiące sprawy jednostkowe i szczegółowe tracą z pola widzenia tę bezwzględną grę interesów.
W takim kraju jak nasz – biednym, z wieloma dramatycznymi problemami gospodarczymi, wielkim bezrobociem i ogromną frustracją społeczeństwa – istnieje silna pokusa by, póki się da, żyć z państwa. By wycisnąć z jego struktur i instytucji jak najwięcej dla siebie i swojej grupy społecznej, zawodowej czy towarzyskiej. Poprzedni rząd, wprowadzając reformy, redukował funkcje państwa, gdzie tylko się dało, a jednocześnie z zapałem obsadzał kadrowo wszystko, co było w jego zasięgu. Efekt tej polityki jest żałosny. A recepty leczenia ciężkiej choroby, w której znalazło się państwo, są dwie. Liberałowie opowiadają się za dalszym, jeszcze większym ograniczeniem jego roli. Wręcz mówią, że państwa w gospodarce i życiu publicznym jest ciągle za dużo. W tym poglądzie są bardzo konsekwentni. Milczą jednak, gdy trzeba odpowiedzieć na pytanie o sposoby rozwiązywania problemów milionów ludzi, dla których nie ma dziś pracy ani perspektyw.
W odpowiedzi na takie koncepcje, a zwłaszcza na skutki tej polityki, coraz więcej Polaków mówi, że to nie jest ich państwo, że to nie jest ich władza.
Rząd Millera odrzuca liberalną koncepcję państwa. Opowiada się za państwem wspólnym, czyli takim, które nie wyrzeka się odpowiedzialności za los własnych obywateli. Państwo, według tej filozofii, musi być tam, gdzie Polacy go potrzebują. Przesunięcie środków na te cele nie będzie proste. Wymaga bowiem odejścia od źródeł finansowych wielu koterii. Walka o nowy kształt państwa będzie ostra i pełna bezpardonowych ataków na wszystkich, którzy ośmielą się naruszyć ich interesy.

Wydanie: 9/2002

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy