Encyklopedia katolicka

Encyklopedia katolicka

Doszedł do mnie właśnie 20. i ostatni tom „Encyklopedii katolickiej”, opracowywanej przez zespół leksykografów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Wielkie to dzieło, a i zamiar był ambitny. Wśród not biograficznych pojawiają się też takie postacie, które z katolicyzmem nie miały nic wspólnego, ale egzegetycznie da się ewentualnie zdefiniować ich stosunek do rzymskiej religii. Nie ma takiego miasteczka, nie ma kościółka, które uszłyby uwagi redaktorów. I bardzo dobrze. Istny to skarb informacyjny. Pierwszy tom encyklopedii ukazał się w 1973 r., ostatni datowany jest na 2014 r., acz dostępny był w księgarniach grubo później.

Jakaż w tym czasie zaszła przemiana. Im bliżej naszych dni, tym surowsze znajdujemy wyroki. Jeszcze w 1989 r. (tom 5.) czytamy o Antonim Gołubiewie: „Za wszystkimi stwierdzeniami Gołubiewa dotyczącymi światopoglądu, wiary, istnieje świadectwo osobistych poszukiwań i przemyśleń, podbudowanych filozoficzno-teologiczną wiedzą”. O Gołubiewie 114 wersów. Już jednak w 2013 r. o „Tygodniku Powszechnym”, którego był redaktorem i „biskupem”, wersów 43. I czegóż z nich się dowiadujemy? „W 1956 r., po wznowieniu działalności, redakcja przychylna nowym władzom komunistycznym podjęła krytykę hierarchii kościelnej. (…) Daleko idący w krytyce Kościoła Turowicz wywołał sprzeciw Stefana Wyszyńskiego. (…) W 1995 r. papież Jan Paweł II wyraził swój żal co do kierunku objętego przez redakcję pisma, zarzucając im uleganie wpływom lewicowo-laickim”. Dodajmy jeszcze hasło „Znak”: „Każdy numer ma charakter monograficzny i prezentuje z różnych punktów widzenia wybrany problem, zgodnie z wypracowaną przez Turowicza wizją współczesnego humanizmu integralnego, zawierającą pełną, a więc także relatywną koncepcję człowieka”.

To straszne słowo „relatywizm”, które rzuca ludzi w odmęty i na dno historii. Redaktorzy „Encyklopedii katolickiej” jakby nie zauważyli, że Stefan kardynał Wyszyński był rzecznikiem powołania grupy Znak do obrzydliwego Sejmu PRL, że Jan Paweł II znajdował czas, żeby spotykać się z ludźmi z „Tygodnika Powszechnego” właśnie.

Im bardziej „Encyklopedia katolicka” zanurza się w kolejne tomy, tym mniej jest w niej miejsca dla katolicyzmu liberalnego, współbolejącego i otwartego na świat. Zaczyna się encyklopedia od hasła Alfa i Omega. Kończy na Żywym Różańcu – było takie towarzystwo założone w 1826 r. w Lyonie w celu krzewienia kultu Najświętszej Maryi Panny, powstały z niego później „podwórkowe kółka różańcowe”, gdzie dzieci zobowiązywały członków do odmawiania co najmniej jednej tajemnicy różańca oraz propagowania tej modlitwy w rodzinach, szkole i własnych środowiskach (obecnie w 32 krajach). Jestem redaktorom encyklopedii ogromnie wdzięczny – bez nich nigdy bym nie usłyszał o Żywym Różańcu, aliści coś mi jednak przeszkadza. Pod tym samym Ż nie znalazło się miejsce dla Tadeusza Żychiewicza. Tymczasem był to tłumaczony na kilkadziesiąt języków wielki pisarz katolicki i egzegeta Pisma Świętego, jakiego być może przez długie lata już się nie doczekamy. Tyle że starał się przybliżać religię naszej małej codzienności. Występował pod pseudonimem Ojciec Malachiasz wziętym z powieści Bruce’a Marshalla „Cud ojca Malachiasza”. Tytułowy bohater dokonuje tam cudu, który nikomu na dobre nie wychodzi. O tym już jednak „Encyklopedia katolicka” nie chce pamiętać.

Wydanie: 14/2016

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy