Kozaki i Ukraina

Kozaki i Ukraina

W „Przeglądzie” nr 20 znakomity (jak zwykle) felieton Jana Widackiego „Jeszcze raz o Ukrainie”. Zgadzam się właściwie ze wszystkim, a jednak jedno istotne zastrzeżenie. Pisze Widacki: „Wojny kozackie XVII w. zrodziły poczucie odrębności narodowej. To do kozackiej tradycji będą odtąd się odwoływać wszyscy, którzy budowali nowoczesny naród ukraiński i próbowali odbudować (raczej zbudować – L.S.) ukraińską państwowość”. Jest to oczywiście prawda. Widacki nie zaznacza jednak, co bardzo ważne, że były to i są odwołania czysto mityczne, niemające wiele wspólnego z faktami historycznymi. Kim byli Kozacy? Michaił Szołochow pisze, jak w 1919 r. pułkownik angielski, wysłannik gen. Charlesa Jamesa Briggsa, przygląda się mieszkańcom chutoru tatarskiego: „Patrzył na tak różne rysami śniade twarze wojowniczych synów stepu, dziwiąc się tej mieszaninie ras, która zawsze rzuca się w oczy patrzącemu na tłum Kozaków; obok jasnowłosego Kozaka-Słowianina stał typowy Mongoł, a w jego sąsiedztwie czarny jak kruk młody Kozak, z ręką na brudnym temblaku, rozmawiał półgłosem z siwym biblijnym patriarchą; można było pójść o zakład, że w żyłach tego patriarchy, wspierającego się na lasce i odzianego w staromodny czekmen kozacki, płynie najczystsza krew kaukaskich górali…”.
Rzeczywiście w kategoriach antropologiczno-narodowościowych Kozaków zdefiniować się nie da. Byli oni zawsze społecznością opartą na wspólnocie klasowo-obyczajowej. Można lekceważyć historyczne uproszczenia Henryka Sienkiewicza w „Ogniem i mieczem”, ma on jednak potwierdzoną źródłowo rację, gdy pisze o pogardzie Kozaków dla „czerni”, czyli tej populacji, z której wyrośnie naród ukraiński. Bohdan Chmielnicki spłacał pomoc tatarską jasyrem z tego ludu, który ze względów propagandowych uznał go potem za swojego pratwórcę. Powstania Jakuba Ostrzanina, Pawluka Michnowicza, Semena Nalewajki i Hrehorego Łobody miały na celu powiększenie rejestru Kozaków opłacanych przez Rzeczpospolitą i ich swobód, nigdy jednak nie dotyczyły praw czerni. Jarosław Lebedyński, znakomity znawca historii Kozaków, pisze, że „Kozak mógłby ewentualnie poślubić najbardziej zubożałą i czterokrotnie owdowiałą polską szlachciankę, ale Ukrainkę – nigdy. Stoczyłby się wtedy bowiem na dno hierarchii społecznej”. Tak było w XVII w. Czy potem inaczej?
Wróćmy jeszcze do „Cichego Donu”. „– Dobrze płacimy, czego nosem kręcisz? – zapytał Podtiołkow (czerwony dowódca) któregoś Ukraińca. (…)
– Toć wy na Kozaków idziecie!
– No to co?
– Zrobi się jakie licho albo co jeszcze! Żal mi chudoby…
Wańka Bołdyrew, doprowadzony do rozpaczy (…) krzyczał ochryple: Teraz, towarzysze, jest równość – nie ma ani Kozaków, ani chochłów, i nie ma co się stroszyć. Dawajcie mi tu zaraz kury i jaja, za wszystko mikołajkami płacimy!
Sześciu Ukraińców, słuchając krzyku Bołdyrewa, stało ponuro jak konie w pługu.
Na jego gorące przemówienie nikt słowem nie odpowiedział.
– Jakeście byli chochły, tak nimi, potępieńcy, zostaniecie!”.
Przypomniałem sobie tę scenę w Zaporożu, gdzie uważający się za Kozaków mieszkańcy (zrobiłem wywiad z samym samozwańczym atamanem siczowym) powtarzali jak mantrę: „My jesteśmy narodowości kozackiej, a w Kijowie same chochły”. Za powód do dumy uznawali bez wyjątku, że oddziały kozackie były co najmniej od drugiej połowy XVIII w. doborowymi chorągwiami najwierniejszymi carom Rosji. Rozmawialiśmy oczywiście po rosyjsku. Kłopotliwa zaiste zagwozdka historyczna: budować – jak pisze Widacki – „poczucie odrębności narodowej” na kozactwie, podczas gdy ono zgoła się do tego nie przyznaje i wręcz mu zaprzecza? Dosyć to zuchwała konstrukcja intelektualna. Dodajmy, że Kozaczyzna, wyjąwszy inkursję Bohdana Chmielnickiego, nigdy nie sięgała do Lwowa ani jego okolic.
Ostatni więc raz Szołochow. Kiedy biały pułkownik Andrejanow chce zasilić sotnie powstańczych Kozaków Ukraińcami: „– Ja do siebie nie wezmę ani jednego chłopa. Niech mi straty uzupełniają Kozakami – oświadczył Grigorij Melechow kategorycznie”. Trudno zaiste o jaśniejsze odrzucenie wizji jakiejkolwiek wspólnoty. A jeszcze Odessa, gdzie słyszałem wielokrotnie: „Jesteśmy narodowości odeskiej”. Rosyjskojęzyczne miasto, ongiś na poły żydowskie, z poważnymi koloniami francuską, grecką, śródziemnomorskie z ducha, nad którym góruje pomnik Richelieu – nie wielkiego kardynała, ale Armanda-Emmanuela, gubernatora prowincji odeskiej w latach 1803-1814, faworyta cara Aleksandra I, który zbudował podwaliny świetności miasta, a Ukraińcem w żadnym wypadku nie był.
Wielkie dzięki Janowi Widackiemu za znakomity felieton. Tyle że historia ziem nazywanych dzisiaj Ukrainą jest bardziej złożona, niż to przedstawił. Rozumiem, brak miejsca w felietonowej formule. Dopowiadajmy więc sobie z tygodnia na tydzień. Może wreszcie coś z tego do władz i mediów naszych dotrze. Chociaż… niestety wątpię. Dopóki nie obudzą się z ręką w naczyniu, które w polskich domach pruderyjnie wsuwa się pod łóżko. A tam ich właśnie prowadzi nasza „ukraińska polityka”.

Wydanie: 24/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy