Mit self-made mana

Mit self-made mana

Zapowiedziane ostatnio zmiany w systemie podatkowym wywołały lawinę komentarzy. Moją szczególną uwagę przyciągnęły te, w których pojawił się temat z uporem powtarzający się przez cały okres budowania kapitalizmu w Polsce. Idzie o przekonanie, że system ten daje szansę każdemu i jeśli ktoś przegrywa, sam jest sobie winien. Ostatnio szczególnie często pojawia się w tym kontekście wątek lenistwa (jak np. w komentarzu prof. Marcina Matczaka w „Gazecie Wyborczej”), wcześniej mówiło się dużo o „braku kompetencji cywilizacyjnych”, „naznaczeniu mentalnością PRL” albo o „wyuczonej bezradności”. Drugą stroną wspomnianego przekonania jest teza, że ci, którym się udało, zawdzięczają sukces tylko sobie. Są przykładem self-made mana, który dzięki ciężkiej pracy, uporowi i wyrzeczeniom realizuje swoje marzenia. Podejście to jest typowe dla naiwnego indywidualizmu (miałbym ochotę nazwać go popindywidualizmem), który stał się chlebem powszednim myślenia polskich biznesmenów, a pewnie i sporej części polskiej inteligencji. I jedni, i drudzy lubią wierzyć, że sukces zawdzięczają wyłącznie sobie. Wiara ta znakomicie współgra z dominującym na scenie ekonomicznej i politycznej neoliberalizmem, który od dziesięcioleci wmawia ludziom, że wszystko zależy od nich, każdy jest bowiem kowalem swojego losu. Wpędza on w poczucie winy tych, którym się nie udaje, przekonując ich fałszywie, że to z nimi coś jest nie tak, a nie ze światem wokół nich.

Tymczasem nie potrzeba wcale jakiejś nadzwyczajnej przenikliwości, aby zorientować się, że nikt nie jest wyłącznym autorem swojego sukcesu i bardzo rzadko jedynie sam odpowiada za swoje klęski. Na jedno i drugie składają się liczne przyczyny, które pozostają poza kontrolą jednostki, takie jak jej pochodzenie społeczne, edukacja, stan zdrowia, a wreszcie szczęście lub jego brak. W tym sensie wynik życiowych starań jest często przesądzony już na starcie. Jak wtedy, gdy dziecko czy młody człowiek z zasobnej rodziny wielkomiejskiej spędza wakacje na obozie językowym na Malcie, a jego rówieśnik – pomagając swojej rodzinie z wioski popegeerowskiej związać koniec z końcem, pracuje gdzie się da, za każde, najczęściej marne, pieniądze. Jak wtedy, gdy najbliższy teatr znajduje się kilkaset metrów od domu albo 100 km dalej. Jak wtedy, gdy w domu stoją rzędy książek, do najbliższej biblioteki jest parę kroków albo gdy w domu nie ma żadnej, a biblioteka została zamknięta na początku lat 90. XX w. (zamknięto wtedy ok. 2 tys. bibliotek). I tak dalej, i tak dalej.

W tym sensie zadbajmy najpierw o prawdziwą równość szans, a dopiero potem oskarżajmy o lenistwo ludzi, którym się nie udało. Nie zapominajmy także o łucie szczęścia, który jest zawsze potrzebny. O ludziach, którzy jedną decyzją często wpływają na całe nasze życie. Wszystko to nie oznacza wcale, że cechy indywidualne są zupełnie bez znaczenia, oznacza jedynie, że koleje naszego życia są oczywiście wyznaczone przez czynniki, na które mamy wpływ, ale i przez takie, które są poza zasięgiem naszego oddziaływania. I choć zdeterminowanie warunkami zewnętrznymi nie jest z reguły całkowite, to nie można go jednak pomijać w zachwytach nad sobą lub potępieniu innych. Wszak nawet talent nie jest ostatecznie zasługą żadnej jednostki, lecz raczej sprawą ślepego trafu, w tym sensie puszenie się nim jest jak narcystyczny zachwyt swoją urodą. Najlepiej będzie, jeśli zgodzimy się, że wyrównywanie szans jest obowiązkiem całej wspólnoty, której narzędziem jest państwo, a ważnym warunkiem sukcesu w tym względzie są nakłady na usługi społeczne: służbę zdrowia, pomoc społeczną, edukację, kulturę, transport publiczny, sport masowy. A ludzkość nie wymyśliła jak dotąd niczego lepszego niż podatki, aby te usługi umożliwić.

W ten sposób wracamy do początku tekstu. Spierajmy się o ich strukturę, wysokość, ale nie zapominajmy, że nie da się mieć dwóch rzeczy naraz: sprawiedliwego społeczeństwa równych szans i biednego państwa. Jednak zasobność państwa to nie wszystko, ważna jest przede wszystkim jego jakość. Obawiam się, że w ostatniej dyskusji o podatkach doszło do głosu przekonanie, że państwo polskie nigdy nie będzie sprawne i mądre, i dlatego nie warto mu płacić podatków. Jeśli przekonanie to stanie się powszechne, zadziała jak samospełniająca się przepowiednia. Lepiej zatem przyjąć, że nie mamy wyjścia: albo zbudujemy efektywne i mądre państwo, albo nigdy nie wyjdziemy poza stan wyznaczony niesprawiedliwością społeczną i brakiem równych szans. Nie mówiąc już o tym, że stan naszego państwa jest dziś naszą główną barierą rozwojową. Zdaje się, że zrozumieli to nawet niektórzy polscy liberałowie, wcześniej – pod wpływem Miltona Friedmana, Janusza Lewandowskiego i Leszka Balcerowicza – utożsamiający państwo z przeszkodą na drodze do dobrobytu. Daje to pewną nadzieję na przyszłość, bowiem ich ewentualny powrót do władzy nie musi już z konieczności oznaczać neoliberalnej recydywy.

Wydanie: 25/2021

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy