Tag "pieniądze"
Gaudeamus igitur…
1 października Uniwersytet Jagielloński zainaugurował 663. rok akademicki. W ślad za „matką wszystkich polskich uczelni” nowy rok akademicki zainaugurowało 135-138 uczelni publicznych i 210-230 niepublicznych. Ile ich naprawdę jest, tego nie wie AI, może wie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, ale pewności nie mam. Tak czy inaczej, jak Polska długa i szeroka, w kilkuset uczelniach rozległo się gromkie „Gaudeamus” i piękne, nabożne „Gaude Mater Polonia”. W kilkuset uczelniach pojawili się rektorzy w czerwonych togach z gronostajowymi (częściej króliczymi) mucetami, w otoczeniu prorektorów, dziekanów i lokalnych profesorów. Rektor przeważnie w ręku dzierży berło rektorskie. A jako że uczelni mamy mniej więcej tyle, ile powiatów, inauguracje roku akademickiego stały się gdzieniegdzie częścią powiatowego folkloru.
Mój znajomy profesor z Wielkiej Brytanii zobaczył taki przyodziany w togi pochód w niewielkiej mieścinie i myślał, że to jakaś grupa rekonstrukcyjna, bo we wrześniu spotkał już takie dwie, tyle że przebrane w mundury żołnierzy września 1939 r. Faktycznie, mógł niezorientowany cudzoziemiec się nie połapać, bo rektor z berłem i w królikogronostajach oraz krocząca za nim lokalna profesura wyglądali zupełnie jak prawdziwi. Dociekał więc, który to wielki polski uniwersytet ma w tej mieścinie siedzibę, bo u nich Oksford i Cambridge to też niewielkie miasta w porównaniu z Londynem.
Jeżeli nie we wszystkich ponad 130 uczelniach publicznych, to na pewno w większości, przy okazji przemówień inauguracyjnych rektorzy skarżyli się na za niskie nakłady na naukę, które wynoszą zaledwie ok. 1% PKB. Obecni
Czarny rynek farmaceutyków
Prawdziwe miliony na podrabianych lekach
W połowie września 2025 r. funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego Policji, działając na polecenie Zachodniopomorskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Szczecinie, weszli do szczecińskiego budynku, w którym zamiast zwykłego magazynu znajdowała się linia do produkcji leków. Znaleziono prasy do tabletek, urządzenia do napełniania ampułek, maszyny pakujące, blistry i fiolki. Na miejscu funkcjonariusze zabezpieczyli wyroby warte co najmniej 20 mln zł.
Asortyment obejmował sterydy anaboliczno-androgenne, selektywne modulatory receptora androgenowego (SARMs), z których żaden nie został dotychczas oficjalnie zarejestrowany i dopuszczony do obrotu jako lek, peptydy, środki na potencję i cukrzycę oraz pseudoefedrynę.
Według śledczych fabryka działała od 2021 r. Wśród ośmiu zatrzymanych byli zawodowy żołnierz, który służył w Żandarmerii Wojskowej, policjantka, funkcjonariusz policyjnej jednostki antyterrorystycznej oraz pracownica ochrony zdrowia. Na czele grupy stał Robert B., który odpowiadał za zaopatrzenie i nadzór nad produkcją. Skład tej ekipy każe postawić pytania o bezpieczeństwo produkcji i obrotu farmaceutykami w naszym kraju. A także o gwarancje bezpieczeństwa, jakie mogą dać tzw. służby.
Szczecińska wytwórnia fałszywych leków była największą z dotychczas zlikwidowanych w Polsce. Był to też zapewne wierzchołek góry lodowej, gdyż proceder fałszowania leków jest niezwykle dochodowy. Według szacunków zachodnich służb jest on od 10 do 20 razy bardziej opłacalny niż handel narkotykami, przy znacznie niższych wymiarach kar grożących za tego rodzaju proceder.
W takich sprawach niezwykle rzadko dochodzi do procesów. A jeśli już, to na ławie oskarżonych zasiadają najczęściej osoby z wyższym wykształceniem, a nawet z tytułami naukowymi. Jest to absolutne przeciwieństwo gangsterów trudniących się przemytem narkotyków.
Pieniądze, które kuszą
W lutym 2022 r. funkcjonariusze CBŚP rozbili w Poznaniu zorganizowaną grupę przestępczą, która co najmniej od stycznia 2018 r. sprowadzała z Azji i innych państw dziesiątki ton podrabianych produktów leczniczych. Towar był następnie sprzedawany za pośrednictwem stron internetowych odbiorcom w Polsce i za granicą.
Zatrzymano 34 osoby, a wartość zabezpieczonych leków oszacowano na co najmniej 40 mln zł. Zarzut kierowania zorganizowaną grupą przestępczą usłyszały dwie osoby. Publicznie dostępne informacje nie wskazują, aby w tej sprawie zapadł jakikolwiek wyrok. Wedle ostatnich oficjalnych komunikatów postępowanie było kontynuowane i miało charakter rozwojowy.
W lipcu 2026 r. funkcjonariusze policji, działając na zlecenie Prokuratury Regionalnej w Katowicach, zatrzymali 12 członków zorganizowanej grupy przestępczej wprowadzającej do obrotu sfałszowane wyroby farmaceutyczne za pośrednictwem forów internetowych, zamkniętych grup
Szejk z Pcimia i przekręt stulecia
Daniel Obajtek, kradzież 1,5 mld zł i łaskawość prokuratora
„Cały świat o tym czyta. Wstyd na cały świat”, ubolewał premier Donald Tusk, komentując artykuł w „Financial Timesie”. Brytyjski dziennik, którego czytelnikami są światowi przywódcy polityczni i elity biznesowe, napisał o aferze spółki córki Orlenu – Orlen Trading Switzerland (OTS), odsłaniając nieznane dotychczas kulisy. Dziennikarze dotarli m.in. do akt z postępowania przed sądem arbitrażowym w Dubaju, gdzie Orlen próbował odzyskać utracone pieniądze. Chodzi o gigantyczną kwotę ponad 1,5 mld zł.
Wysokie ryzyko defraudacji
Latem 2022 r. w mieście Baar w szwajcarskim kantonie Zug, ulubionym raju podatkowym nafciarzy z Rosji, zarejestrowana została spółka Orlen Trading Switzerland. Daniel Obajtek stworzył ją rzekomo po to, aby kupować po konkurencyjnych cenach paliwa na rynkach światowych. Tyle że Orlen miał już w strukturze wyspecjalizowany dział zakupów paliw. I jak proroczo ostrzegały wewnętrzne służby bezpieczeństwa Orlenu – Biuro Kontroli i Bezpieczeństwa, specjalna komórka powołana do strzeżenia kluczowych interesów koncernu – w notatce rozesłanej do najważniejszych osób w spółce i państwie, nie można było wykluczyć, „że projekt ma na celu wyprowadzenie środków z PKN Orlen, a tym samym istnieje wysokie ryzyko defraudacji”.
Jednak premier Mateusz Morawiecki ani odpowiadający za służby specjalne Mariusz Kamiński nie zareagowali. A przecież doskonale wiedzieli, kim jest Obajtek i jak trafił na stołek prezesa Orlenu. Warto w tym miejscu przypomnieć, że gdy PiS doszło do władzy, ten „niezwykły człowiek” – jak mówił o nim Jarosław Kaczyński – był wójtem Pcimia i zasiadał na ławie oskarżonych w procesie grupy przestępczej gangstera o pseudonimie „Prezes”. Obajtek miał wyłudzić z firmy swoich wujów 1,4 mln zł i podzielić się pieniędzmi z zaprzyjaźnionymi gangsterami, a także przyjąć 50 tys. zł łapówki od „Prezesa” w związku z ustawieniem gminnego przetargu, za co groziło mu nawet 10 lat więzienia.
Prezes PiS postanowił za wszelką cenę ratować Obajtka. W tym celu… zmieniono Kodeks postępowania karnego, tak by prokurator mógł z sądu wycofać akt oskarżenia wobec Obajtka, a potem umorzyć śledztwo. Operacja ta została zainicjowana w Ministerstwie Sprawiedliwości, przeprowadzona przez parlament, a nowe prawo zatwierdził prezydenckim podpisem Andrzej Duda. Czyli aby ratować jednego gościa przed więzieniem, obóz władzy zmienił prawo.
Szemrane towarzystwo
Wróćmy jednak do Orlenu i OTS. Na czele spółki córki stanął Samer A., obywatel Polski urodzony w palestyńskiej rodzinie w Libanie. Zdaniem „Financial Timesa” mężczyzna był członkiem Organizacji Wyzwolenia Palestyny w Tunisie, a potem studiował w Polsce. Natomiast według ustaleń Biura Kontroli i Bezpieczeństwa PKN Orlen Samer A. miał utrzymywać kontakty z terrorystyczną i finansowaną przez Iran organizacją Hezbollah, a także był zamieszany w nielegalny handel ropą pochodzącą z tego kraju. Jakby tego było mało, kiedy Samer A. trafił do Orlenu, jego nazwisko przewijało się w śledztwie bydgoskiej prokuratury w sprawie zorganizowanej grupy przestępczej wyłudzającej podatek VAT, o czym za moment.
Zastępcą Samera A. w OTS został Marcin O., menedżer związany ze spółkami PGNiG i według służb bezpieczeństwa Orlenu zamieszany „w afery korupcyjne i piramidy finansowe badane przez CBA”.
W 2023 r. Samer A. spotkał się z 25-letnim Kam Ho „Alexem” Tse, szefem dopiero co zarejestrowanej w Dubaju spółki Hannon International. Prezes OTS zwrócił się do młodego Chińczyka o pomoc w zdobyciu ropy naftowej z Wenezueli. Panowie poznali się kilka miesięcy wcześniej na wyścigach Formuły 1. Według relacji „FT” Tse stanowczo nalegał na rozliczenie transakcji w kryptowalucie, a nawet zasugerował pośrednictwo w rozliczeniach. Choć wydawało się to szalone, Samer A. przystał na te warunki i pod koniec listopada 2023 r. szwajcarska spółka Orlenu zawarła z firmą Chińczyka kontrakt na zakup ok. 6 mln baryłek wenezuelskiej ropy za 345 mln dol. Zaledwie kilka dni po podpisaniu umowy OTS przelał spółce Hannon 230 mln dol. zaliczki (sic!).
Problem w tym, że Kam Ho „Alex” Tse nie miał pojęcia o handlu ropą. O pomoc w realizacji zlecenia dla spółki Orlenu poprosił pośrednika, 46-letniego Włocha o nazwisku Vitonicola Mariano. Mężczyzna ten zajmował się mydłem i powidłem: działał w branży gastronomicznej, potem
Kupujemy święty spokój czy wiedzę?
Nie chcemy oszczędzać na edukacji naszych dzieci
W raporcie „Polska szkoła w liczbach” z 27 sierpnia 2026 r. Główny Urząd Statystyczny podaje, że w roku szkolnym 2025/2026 w placówkach szkolnych kształciło się 5,3 mln uczniów, przed tablicami stało ponad pół miliona pedagogów, a publiczne nakłady na oświatę w 2025 r. sięgnęły 169,1 mld zł.
Te oficjalne dane stanowią jednak część obrazu publicznej edukacji. Tuż obok placówek państwowych wyrasta druga, w pełni sprywatyzowana rzeczywistość – świat korepetycji. Widać to, gdy na początku września rodzice gorączkowo przeglądają portale ogłoszeniowe w poszukiwaniu pomocy dla dzieci.
Rynek ten to bardzo zróżnicowana mozaika: od studentów, którzy biorą 50-60 zł za godzinę lekcji, po wyspecjalizowane platformy i nauczycieli inkasujących za 60 minut powyżej 100 zł.
Opłaty za prywatne lekcje na stałe wpisały się już w domowe budżety. Przy tym w powszechnym przekonaniu, zwłaszcza rodziców, korepetycje to „łatwe pieniądze”. Na forach rodzicielskich wylewają się pretensje o windowanie stawek. Po drugiej stronie stoją edukatorzy – zderzający się z nadmiernymi, często nierealistycznymi oczekiwaniami.
Cenny wymiar edukacji pozaszkolnej
Fakt, że prywatne lekcje stały się standardem, potwierdzają dodatkowe statystyki. Według raportu Centrum Badania Opinii Społecznej „Wydatki rodziców na edukację dzieci w roku szkolnym 2025/2026” (Komunikat z badań nr 107/2025) odsetek rodziców dzieci w wieku szkolnym finansujących pozalekcyjne zajęcia edukacyjne lub ogólnorozwojowe był najwyższy w historii tych badań.
W analizach CBOS pojawia się jednak podział. Jeden z rodzajów zajęć stanowi systematyczna nauka języków obcych (np. w prywatnych szkołach językowych lub konwersacje z native speakerami), traktowana jako ogólne rozwijanie kompetencji dziecka – za to płaciło w roku szkolnym 2025/2026 aż 48% rodzin. Drugim rodzajem są klasyczne korepetycje oraz kursy przygotowawcze nastawione na egzaminy i nadrabianie szkolnych zaległości – te opłaca 34% rodzin z dziećmi w wieku szkolnym, co stanowi najwyższy wynik w historii badań CBOS od 1998 r.
Deklaracje zebrane przez CBOS pozwalają obliczyć, że średnie miesięczne wydatki na wszystkie zajęcia dodatkowe (sport, hobby, naukę) wynoszą 944 zł na rodzinę, a w przeliczeniu na jedno dziecko – 675 zł. Finansowy wymiar zjawiska potwierdzają dane uzyskane od Krzysztofa Jedlaka, rzecznika prasowego prezesa GUS. Zestawienia z badania budżetów gospodarstw domowych za 2025 r. pokazują rachunki rodzin płacących za dodatkowe lekcje. W szkołach podstawowych przeciętny wydatek to ponad 249 zł miesięcznie na gospodarstwo domowe, a w szkołach ponadpodstawowych – przeszło 318 zł.
GUS w swoim koszyku cenowym dodatkowo ujmuje korepetycje w sposób rynkowy, dzieląc je na konkretne usługi: korepetycje z matematyki oraz z języka obcego. Zestawienie udostępnione przez rzecznika prezesa GUS (z monitoringu cen artykułów szkolnych „Wyprawka 2026”) pokazuje
Historia pokazuje jedno: w czasach kryzysów inwestorzy wracają do złota
Artykuł sponsorowany Historia rynków finansowych pokazuje, że popyt na złoto jest szczególnie silny wtedy, gdy inwestorzy zaczynają kwestionować stabilność walut i innych aktywów. Nie oznacza to, że cena złota rośnie w każdym kryzysie, jednak badania akademickie i dane
Ostatni taki mundial
Futbol idzie w stronę pozasportowej rozrywki dla bogatych
Postawmy sprawę jasno – piłka nożna nigdy nie była sportem niewinnym. Już w latach 30. XX w., złotym okresie włoskiego futbolu, tamtejsza reprezentacja była jedną z ulubionych zabawek reżimu faszystowskiego i ważnym elementem jego propagandy. W 1938 r. Włosi grali nawet w czarnych koszulkach, a przed meczami wykonywali rzymski salut w kierunku trybun. Ich trener Vittorio Pozzo utrzymywał bardzo dobre relacje z faszystowskimi dygnitarzami, co później, w typowy sposób tłumaczono jako chęć obrony jego zawodników przed turbulencjami politycznymi.
Z kolei pół wieku później, w czasie argentyńskiego mundialu w 1978 r., świat patrzył, jak trofeum drużynie gospodarzy wręczał krwawy dyktator Jorge Videla, odpowiedzialny za stworzenie brutalnego systemu tortur i represji. Niektóre mundialowe spotkania odbywały się tak blisko więzień, że przetrzymywani w nich opozycjoniści mogli w celach słyszeć wiwatujących kibiców. A żeby mistrzostwa przebiegły po myśli organizatorów, prawdopodobnie wywierano presję na arbitrów.
Żeby wejść do finału, Argentyna musiała pokonać Peru stosunkiem co najmniej czterech goli – w przeciwnym razie kwalifikowała się do niego Brazylia. Brazylijczycy bezskutecznie prosili organizatorów o jednoczesne rozpoczęcie ich spotkania i meczu gospodarzy. W dodatku Videla odwiedził sędziego i Peruwiańczyków w szatni przed pierwszym gwizdkiem. Argentyna wygrała 6:0, znalazła się w finale i triumfowała w rozgrywkach.
Komercjalizacja bez granic
Na tym tle afera wokół Folarina Baloguna, napastnika reprezentacji USA, którego czerwona kartka została anulowana po osobistej interwencji Donalda Trumpa, wygląda na niewinną przysługę bez konsekwencji. Balogun to wszak piłkarz niezły, ale żaden z niego fenomen,
Normalne złodziejstwo
Jak cwaniak z kryminalistą pod patronatem Mateusza Morawieckiego i Piotra Glińskiego zrobili skok na kasę
„Otrzymali blisko milion złotych z dotacji NIW i KPRM na organizację obozów młodzieżowych, wydarzeń patriotycznych, stypendiów i wydawanie książek historycznych. Pieniądze w dużej mierze trafiły na prywatne konta Miłosza Manasterskiego, Tomasza M., ich żon oraz członków ich rodzin. (…) Trudno o większą gangsterkę niż zgarnięcie na prywatne konta setek tysięcy złotych przeznaczone na wakacyjne obozy dla dzieci. Trudno o większą obłudę niż pozorowanie działań patriotycznych i przelewanie kasy na własne konto”, napisał na portalu X Michał Braun, dyrektor Narodowego Instytutu Wolności-Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego (NIW-CRSO).
Usłużny komentator
Miłosz Manasterski i Tomasz M. to ludzie ściśle związani z poprzednią ekipą. Ten pierwszy przez wiele lat był dyrektorem domu kultury w podwarszawskich Łomiankach. Gdy PiS doszło do władzy, został dyżurnym komentatorem TVP. Wypowiadał się na wszystkie tematy. Słynął ze szczucia na przeciwników PiS i absurdalnych wywodów m.in. o tym, że wykorzystywanie przez ówczesnego marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego i innych dygnitarzy samolotów rządowych do prywatnych celów „przekłada się na rozwój gospodarczy”. Jak ujawnił europoseł Krzysztof Brezja, za opowiadanie takich idiotyzmów Manasterski (podobnie jak kilkunastu innych tzw. komentatorów) dostawał pieniądze z TVP. Manasterski przedstawia się jako prezes Związku Pisarzy Katolickich i prezes Agencji Informacyjnej – marginalnego portalu z mocno nieświeżymi newsami. „Za wybitne osiągnięcia w podejmowanej z pożytkiem dla kraju działalności zawodowej i społecznej, za zasługi dla wolnej Polski” został odznaczony przez prezydenta Andrzeja Dudę Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Oszust, zabójca psa, przemocowiec
Tomasz M. uchodzi za człowieka byłego wicepremiera, ministra kultury i dziedzictwa narodowego Piotra Glińskiego. W 2021 r., mając nieco ponad 30 lat, M. został dyrektorem słynnego Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, gdzie powstały kreskówki m.in. o Reksiu, Bolku i Lolku i Baltazarze Gąbce. Ludzie z branży nie mogli pojąć, jak chłoptaś bez jakiegokolwiek doświadczenia i kompetencji w produkcji filmowej wygryzł z dyrektorskiego stołka cenionego w środowisku reżysera Andrzeja Orzechowskiego (zwolniono go telefonicznie). Gdy dziennikarze zapytali Tomasza M. o jego zawodową przeszłość, ten odmówił odpowiedzi, zasłaniając się… konstytucją.
Nowy dyrektor rozpoczął rządy od zakupu ekspresu i trzech paczek galicyjskiej kawy oraz zatrudniania znajomych – też bez jakichkolwiek kompetencji. Studentka została np. specjalistką ds. inwestycji, a rzecznikiem prasowym – działacz propisowskiej Fundacji Służba Niepodległej. Jednak po dwóch miesiącach minister Gliński odwołał Tomasza M. „z powodu utraty zaufania”.
Wyszło na jaw, że dyrektor ma bogatą kartotekę kryminalną. Był karany m.in. za oszustwo i poświadczenie nieprawdy, zabicie psa i znęcanie się nad partnerką, której o mało nie zatłukł młotkiem (prokuratura oskarżyła go o usiłowanie zabójstwa). Za wszystkie popełnione przestępstwa Tomasz M. został skazany na trzy lata więzienia. Wyrok był
Wielki amunicyjny szwindel
Zapasy amunicji zgromadzone w magazynach Wojska Polskiego wystarczą na pięć dni
„Czy prawdą jest, że zapasy amunicji Wojska Polskiego wystarczą na pięć dni wojny?”, zapytano 25 marca 2025 r. w programie „Gość Wydarzeń” w Polsat News gen. Dariusza Łukowskiego, szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Człowieka, który miał dostęp do tajnych informacji o stanie polskiej armii. „Jest to możliwe w wielu obszarach, typach amunicji… Pięć dni. Może tydzień, może dwa. Potem – jak pomoc sojuszników nadejdzie w porę – być może zdarzy się jakiś cud”, odpowiedział generał.
Zapytany o to samo minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz z lekką irytacją odparł, że „sytuacja wygląda inaczej”, i doprecyzował, że chodzi konkretnie o amunicję artyleryjską kal. 155 mm. Przyznał, że tej amunicji mamy mało i „nadrabiamy stracony przez wiele ostatnich lat czas”.
Skala problemu szokuje, jeśli zestawimy ją z informacjami płynącymi z frontu ukraińskiego. Ukraińcy zużywają dziennie – w zależności od intensywności walk – 4-9 tys. pocisków kal. 155 mm. Szacuje się, że w latach 2022-2023 polski przemysł obronny produkował ok. 6 tys. takich pocisków rocznie! Coś z tym trzeba było zrobić.
W sierpniu 2025 r. w trakcie wizyty w Zakładach Chemicznych Nitro-Chem w Bydgoszczy premier Tusk zapowiedział zwiększenie ich produkcji. „W tym roku osiągniemy blisko 30 tys., a zamiarem ambitnym i bardzo realistycznym jest też to, że w perspektywie kolejnych dwóch lat osiągniemy pułap blisko 200 tys. rocznie”.
Nieżyjący już gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych, oceniał potrzeby polskiej armii na ok. 3 mln sztuk pocisków kal. 155 mm. „Tyle powinno być w magazynach, żeby było z czym wojnę rozpoczynać”, mówił. Przy rocznej produkcji 6 tys. pocisków kal. 155 mm osiągnęlibyśmy ten poziom po… 500 latach. Przy zapowiadanych przez premiera Donalda Tuska 200 tys. rocznie – wystarczy 15 lat. Ale to nie jest rachunek. To jest wyrok.
Wojna w Ukrainie dowiodła, że artyleria nadal jest „bogiem wojny”, a pozbawione amunicji armatohaubice Krab produkowane w Stalowej Woli czy kupione z wielką pompą koreańskie działa K9 szybko zmienią się w bezużyteczną kupę złomu. Poza tym, jeśli przed wojną jeden taki pocisk kosztował ok. 2 tys. dol., to po roku wojny jego cena wzrosła do 8 tys., by obecnie ustabilizować się na poziomie ok. 4 tys. dol.
Dla największego w Europie producenta tej amunicji, niemieckiego koncernu Rheinmetall, wytwarzającego ok. 700 tys. sztuk rocznie, to doskonała wiadomość. Dla polskich firm także, pod warunkiem że zaczną ją produkować na dużą skalę.
Zmarnowane miliardy
29 marca 2023 r., rok po rozpoczęciu przez Rosję wojny w Ukrainie, rząd Mateusza Morawieckiego przyjął uchwałę o ustanowieniu programu Narodowa Rezerwa Amunicyjna (NRA). Był to plan zakupu 1 mln pocisków artyleryjskich kal. 155 mm oraz zwiększenia mocy produkcyjnych polskiej zbrojeniówki do 200 tys. takich pocisków rocznie. Program opatrzono klauzulą „tajne”.
Po czym… nic się nie zmieniło.
Później media podały, że minister obrony Mariusz Błaszczak i minister aktywów państwowych Jacek Sasin połączyli siły, by program zablokować, bo jego pomysłodawcą był przyboczny Morawieckiego, obecny eurodeputowany Michał Dworczyk. Udało się. W roku 2023 z Narodowej Rezerwy Amunicyjnej nie wydano ani złotówki.
Za to Agencja Rozwoju Przemysłu ogłosiła w ramach NRA konkurs ofert. Jedyną propozycją, która spełniała rygorystyczne wymagania, okazała się oferta konsorcjum tworzącego spółkę Polska Amunicja. W jej skład wchodziły: Grupa WB – największy w tej części Europy producent dronów bojowych i amunicji
Wakacje, ech wakacje
Przeciętna polska rodzina z dwójką dzieci w wieku szkolnym wyda na ich letni wypoczynek 4-6 tys. zł
W ubiegłym roku ponad 1,4 mln polskich dzieci i nastolatków skorzystało ze zorganizowanych form letniego wypoczynku. Trzeba przyznać, że nigdy nie było tak dobrze. Sukces ten jednak skrywa brutalną prawdę o podziale na tych, którzy mogą zapłacić 4-5 tys. zł za zorganizowany wypoczynek dziecka w Rimini we Włoszech lub na Costa del Sol w Hiszpanii, i tych, dla których tygodniowe kolonie na Kurpiach pozostają nieosiągalnym luksusem.
Według danych Ministerstwa Edukacji Narodowej w 2025 r. na wakacje wyjechało ponad 813 tys. polskich dzieci, 526 tys. uczestniczyło w półkoloniach, a 75 tys. wypoczywało za granicą.
Podobnie wyglądają informacje zebrane przez Centrum Badania Opinii Społecznej we wrześniu 2025 r. Wynika z nich, że na co najmniej tygodniowy letni wypoczynek poza miejscem zamieszkania wyjechali uczniowie z prawie 73% gospodarstw domowych, w których były dzieci w wieku szkolnym.
W roku 2012, gdy CBOS przeprowadził analogiczne badanie, jedynie 44% polskich rodzin wysłało wszystkie swoje dzieci na wakacje i niemal tyle samo – 43% – nie wysłało żadnego. Zmiana jest ogromna i świadczy o realnym awansie ekonomicznym znaczącej części polskiego społeczeństwa.
Wzrosła popularność wyjazdów zagranicznych. W 2025 r. aż 38% gospodarstw domowych z pociechami w wieku szkolnym zdecydowało się na co najmniej tygodniowe wakacje dziecka za granicą – stanowiło to wzrost o 3% w stosunku do roku 2024 i było rekordem w historii sondaży CBOS (sięgających 2016 r., gdy zaczęto pytać o kierunki wyjazdów). Najpopularniejsze okazały się: Bułgaria, Włochy, Hiszpania, Grecja i Chorwacja. Tegoroczne wakacje zapowiadają się podobnie.
Bałtyk czy Morze Czarne?
O kierunkach wyjazdów dzieci na wakacje decyduje przede wszystkim zasobność portfela rodziców. Najtańsze, siedmiodniowe turnusy wiążą się z wydatkiem rzędu 1,6 tys. zł od osoby. Najczęściej jednak oferty oscylują w granicach 2,2-2,5 tys. zł za turnus. W tym roku dziewięciodniowe kolonie nad Bałtykiem – w Darłowie lub Redzie – będą kosztowały średnio 2,7-3 tys. zł. Dla porównania, dziesięciodniowy wypoczynek all inclusive w Bułgarii oznacza wydatek ok. 2,8 tys. zł plus pewnie 100 euro dla pociechy na ciastka, lody i napoje chłodzące.
W związku z takimi cenami wielu
Sukcesja bez podatku
Klasa polityczna i biznesowa zamieniła fundacje rodzinne w osobisty portfel poza zasięgiem fiskusa
W założeniach miał to być pomysł na uchronienie polskich firm rodzinnych przed rozpadaniem się po śmierci ich założycieli, sprzedażą wieloletnich biznesów i kłótniami spadkobierców. Za stworzeniem polskiego odpowiednika znanych w Europie prywatnych fundacji od lat lobbowały Business Centre Club oraz Instytut Biznesu Rodzinnego. Projekt wspierały też kancelarie prawne i doradcze, wyczuwając, że na nowej instytucji będzie można nieźle zarobić.
Rząd PiS, a konkretnie Ministerstwo Finansów z Ministerstwem Rozwoju i Technologii przygotowały projekt ustawy, którą ostatecznie aż 441 głosami, a więc niemal jednomyślnie, przyjął Sejm pod nazwą Ustawa z dnia 26 stycznia 2023 r. o fundacji rodzinnej. Prezydent
Andrzej Duda podpisał ją bez zbędnej zwłoki.
Wystarczyły trzy lata, by okazało się, że fundacja rodzinna to genialny instrument chroniący polityków, prezesów i wszelkiej maści biznesmenów przed podatkami. Ustawa zapewniła bowiem fundacjom rodzinnym wyjątkowo przyjazny pakiet podatkowy: zwolnienie z bieżącego podatku CIT od dochodów uzyskiwanych w ramach działalności statutowej, zerową stawkę PIT na rzecz świadczeń wobec beneficjentów z najbliższej rodziny oraz preferencyjną stawkę 15% CIT od wypłacanych świadczeń. Wystarczy minimalny fundusz założycielski, wynoszący zaledwie 100 tys. zł, jeden akt notarialny, wpis do rejestru – i jesteś właścicielem rodzinnej skarbonki.
Rząd Mateusza Morawieckiego reklamował to jako sukces. Pytanie czyj, bo do gry weszły osoby i podmioty, którym sukcesja rodzinnego majątku była całkowicie obojętna. Tak naprawę liczyły się podatki, a raczej ich brak, oraz możliwość ucieczki z aktywami.
Wielka ucieczka przed podatkami i komornikiem
Nad Wisłą obowiązuje zasada jawności majątkowej osób pełniących funkcje publiczne. Posłowie, senatorowie, ministrowie, prezesi spółek skarbu państwa czy sędziowie mają obowiązek składania oświadczeń majątkowych. Muszą wykazać, kto ile zarabia, co posiada, jakie ma zobowiązania, od kogo pożyczył pieniądze itp. Tylko że od połowy 2023 r., czyli od wejścia w życie ustawy, bez problemu można przerzucić do fundacji rodzinnej większość majątku i w stosownych oświadczeniach pojawi się co najwyżej wzmianka o „prawach do świadczeń z fundacji”. Bez szczegółów, a więc bez wartości poznawczej.
Media ustaliły, że z fundacji rodzinnych korzystają posłowie różnych opcji politycznych. Sławomir Mentzen z Konfederacji ma Fundację Rodzinną Rodziny Mentzen. Przemysław Wipler to Fundacja Rodzinna RW. Ryszard Petru, jak wskazują media, to z kolei Fundacja Rodzinna Vinci.
Największe zainteresowanie mediów wzbudziła KP76 Fundacja Rodzinna założona przez byłego prezesa Orlenu Daniela Obajtka, mająca siedzibę w Myślenicach.
Gdy 15 października 2023 r. Prawo i Sprawiedliwość przegrało wybory parlamentarne,








