Tag "pieniądze"
Ostatni taki mundial
Futbol idzie w stronę pozasportowej rozrywki dla bogatych
Postawmy sprawę jasno – piłka nożna nigdy nie była sportem niewinnym. Już w latach 30. XX w., złotym okresie włoskiego futbolu, tamtejsza reprezentacja była jedną z ulubionych zabawek reżimu faszystowskiego i ważnym elementem jego propagandy. W 1938 r. Włosi grali nawet w czarnych koszulkach, a przed meczami wykonywali rzymski salut w kierunku trybun. Ich trener Vittorio Pozzo utrzymywał bardzo dobre relacje z faszystowskimi dygnitarzami, co później, w typowy sposób tłumaczono jako chęć obrony jego zawodników przed turbulencjami politycznymi.
Z kolei pół wieku później, w czasie argentyńskiego mundialu w 1978 r., świat patrzył, jak trofeum drużynie gospodarzy wręczał krwawy dyktator Jorge Videla, odpowiedzialny za stworzenie brutalnego systemu tortur i represji. Niektóre mundialowe spotkania odbywały się tak blisko więzień, że przetrzymywani w nich opozycjoniści mogli w celach słyszeć wiwatujących kibiców. A żeby mistrzostwa przebiegły po myśli organizatorów, prawdopodobnie wywierano presję na arbitrów.
Żeby wejść do finału, Argentyna musiała pokonać Peru stosunkiem co najmniej czterech goli – w przeciwnym razie kwalifikowała się do niego Brazylia. Brazylijczycy bezskutecznie prosili organizatorów o jednoczesne rozpoczęcie ich spotkania i meczu gospodarzy. W dodatku Videla odwiedził sędziego i Peruwiańczyków w szatni przed pierwszym gwizdkiem. Argentyna wygrała 6:0, znalazła się w finale i triumfowała w rozgrywkach.
Komercjalizacja bez granic
Na tym tle afera wokół Folarina Baloguna, napastnika reprezentacji USA, którego czerwona kartka została anulowana po osobistej interwencji Donalda Trumpa, wygląda na niewinną przysługę bez konsekwencji. Balogun to wszak piłkarz niezły, ale żaden z niego fenomen,
Normalne złodziejstwo
Jak cwaniak z kryminalistą pod patronatem Mateusza Morawieckiego i Piotra Glińskiego zrobili skok na kasę
„Otrzymali blisko milion złotych z dotacji NIW i KPRM na organizację obozów młodzieżowych, wydarzeń patriotycznych, stypendiów i wydawanie książek historycznych. Pieniądze w dużej mierze trafiły na prywatne konta Miłosza Manasterskiego, Tomasza M., ich żon oraz członków ich rodzin. (…) Trudno o większą gangsterkę niż zgarnięcie na prywatne konta setek tysięcy złotych przeznaczone na wakacyjne obozy dla dzieci. Trudno o większą obłudę niż pozorowanie działań patriotycznych i przelewanie kasy na własne konto”, napisał na portalu X Michał Braun, dyrektor Narodowego Instytutu Wolności-Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego (NIW-CRSO).
Usłużny komentator
Miłosz Manasterski i Tomasz M. to ludzie ściśle związani z poprzednią ekipą. Ten pierwszy przez wiele lat był dyrektorem domu kultury w podwarszawskich Łomiankach. Gdy PiS doszło do władzy, został dyżurnym komentatorem TVP. Wypowiadał się na wszystkie tematy. Słynął ze szczucia na przeciwników PiS i absurdalnych wywodów m.in. o tym, że wykorzystywanie przez ówczesnego marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego i innych dygnitarzy samolotów rządowych do prywatnych celów „przekłada się na rozwój gospodarczy”. Jak ujawnił europoseł Krzysztof Brezja, za opowiadanie takich idiotyzmów Manasterski (podobnie jak kilkunastu innych tzw. komentatorów) dostawał pieniądze z TVP. Manasterski przedstawia się jako prezes Związku Pisarzy Katolickich i prezes Agencji Informacyjnej – marginalnego portalu z mocno nieświeżymi newsami. „Za wybitne osiągnięcia w podejmowanej z pożytkiem dla kraju działalności zawodowej i społecznej, za zasługi dla wolnej Polski” został odznaczony przez prezydenta Andrzeja Dudę Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Oszust, zabójca psa, przemocowiec
Tomasz M. uchodzi za człowieka byłego wicepremiera, ministra kultury i dziedzictwa narodowego Piotra Glińskiego. W 2021 r., mając nieco ponad 30 lat, M. został dyrektorem słynnego Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, gdzie powstały kreskówki m.in. o Reksiu, Bolku i Lolku i Baltazarze Gąbce. Ludzie z branży nie mogli pojąć, jak chłoptaś bez jakiegokolwiek doświadczenia i kompetencji w produkcji filmowej wygryzł z dyrektorskiego stołka cenionego w środowisku reżysera Andrzeja Orzechowskiego (zwolniono go telefonicznie). Gdy dziennikarze zapytali Tomasza M. o jego zawodową przeszłość, ten odmówił odpowiedzi, zasłaniając się… konstytucją.
Nowy dyrektor rozpoczął rządy od zakupu ekspresu i trzech paczek galicyjskiej kawy oraz zatrudniania znajomych – też bez jakichkolwiek kompetencji. Studentka została np. specjalistką ds. inwestycji, a rzecznikiem prasowym – działacz propisowskiej Fundacji Służba Niepodległej. Jednak po dwóch miesiącach minister Gliński odwołał Tomasza M. „z powodu utraty zaufania”.
Wyszło na jaw, że dyrektor ma bogatą kartotekę kryminalną. Był karany m.in. za oszustwo i poświadczenie nieprawdy, zabicie psa i znęcanie się nad partnerką, której o mało nie zatłukł młotkiem (prokuratura oskarżyła go o usiłowanie zabójstwa). Za wszystkie popełnione przestępstwa Tomasz M. został skazany na trzy lata więzienia. Wyrok był
Wielki amunicyjny szwindel
Zapasy amunicji zgromadzone w magazynach Wojska Polskiego wystarczą na pięć dni
„Czy prawdą jest, że zapasy amunicji Wojska Polskiego wystarczą na pięć dni wojny?”, zapytano 25 marca 2025 r. w programie „Gość Wydarzeń” w Polsat News gen. Dariusza Łukowskiego, szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Człowieka, który miał dostęp do tajnych informacji o stanie polskiej armii. „Jest to możliwe w wielu obszarach, typach amunicji… Pięć dni. Może tydzień, może dwa. Potem – jak pomoc sojuszników nadejdzie w porę – być może zdarzy się jakiś cud”, odpowiedział generał.
Zapytany o to samo minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz z lekką irytacją odparł, że „sytuacja wygląda inaczej”, i doprecyzował, że chodzi konkretnie o amunicję artyleryjską kal. 155 mm. Przyznał, że tej amunicji mamy mało i „nadrabiamy stracony przez wiele ostatnich lat czas”.
Skala problemu szokuje, jeśli zestawimy ją z informacjami płynącymi z frontu ukraińskiego. Ukraińcy zużywają dziennie – w zależności od intensywności walk – 4-9 tys. pocisków kal. 155 mm. Szacuje się, że w latach 2022-2023 polski przemysł obronny produkował ok. 6 tys. takich pocisków rocznie! Coś z tym trzeba było zrobić.
W sierpniu 2025 r. w trakcie wizyty w Zakładach Chemicznych Nitro-Chem w Bydgoszczy premier Tusk zapowiedział zwiększenie ich produkcji. „W tym roku osiągniemy blisko 30 tys., a zamiarem ambitnym i bardzo realistycznym jest też to, że w perspektywie kolejnych dwóch lat osiągniemy pułap blisko 200 tys. rocznie”.
Nieżyjący już gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych, oceniał potrzeby polskiej armii na ok. 3 mln sztuk pocisków kal. 155 mm. „Tyle powinno być w magazynach, żeby było z czym wojnę rozpoczynać”, mówił. Przy rocznej produkcji 6 tys. pocisków kal. 155 mm osiągnęlibyśmy ten poziom po… 500 latach. Przy zapowiadanych przez premiera Donalda Tuska 200 tys. rocznie – wystarczy 15 lat. Ale to nie jest rachunek. To jest wyrok.
Wojna w Ukrainie dowiodła, że artyleria nadal jest „bogiem wojny”, a pozbawione amunicji armatohaubice Krab produkowane w Stalowej Woli czy kupione z wielką pompą koreańskie działa K9 szybko zmienią się w bezużyteczną kupę złomu. Poza tym, jeśli przed wojną jeden taki pocisk kosztował ok. 2 tys. dol., to po roku wojny jego cena wzrosła do 8 tys., by obecnie ustabilizować się na poziomie ok. 4 tys. dol.
Dla największego w Europie producenta tej amunicji, niemieckiego koncernu Rheinmetall, wytwarzającego ok. 700 tys. sztuk rocznie, to doskonała wiadomość. Dla polskich firm także, pod warunkiem że zaczną ją produkować na dużą skalę.
Zmarnowane miliardy
29 marca 2023 r., rok po rozpoczęciu przez Rosję wojny w Ukrainie, rząd Mateusza Morawieckiego przyjął uchwałę o ustanowieniu programu Narodowa Rezerwa Amunicyjna (NRA). Był to plan zakupu 1 mln pocisków artyleryjskich kal. 155 mm oraz zwiększenia mocy produkcyjnych polskiej zbrojeniówki do 200 tys. takich pocisków rocznie. Program opatrzono klauzulą „tajne”.
Po czym… nic się nie zmieniło.
Później media podały, że minister obrony Mariusz Błaszczak i minister aktywów państwowych Jacek Sasin połączyli siły, by program zablokować, bo jego pomysłodawcą był przyboczny Morawieckiego, obecny eurodeputowany Michał Dworczyk. Udało się. W roku 2023 z Narodowej Rezerwy Amunicyjnej nie wydano ani złotówki.
Za to Agencja Rozwoju Przemysłu ogłosiła w ramach NRA konkurs ofert. Jedyną propozycją, która spełniała rygorystyczne wymagania, okazała się oferta konsorcjum tworzącego spółkę Polska Amunicja. W jej skład wchodziły: Grupa WB – największy w tej części Europy producent dronów bojowych i amunicji
Wakacje, ech wakacje
Przeciętna polska rodzina z dwójką dzieci w wieku szkolnym wyda na ich letni wypoczynek 4-6 tys. zł
W ubiegłym roku ponad 1,4 mln polskich dzieci i nastolatków skorzystało ze zorganizowanych form letniego wypoczynku. Trzeba przyznać, że nigdy nie było tak dobrze. Sukces ten jednak skrywa brutalną prawdę o podziale na tych, którzy mogą zapłacić 4-5 tys. zł za zorganizowany wypoczynek dziecka w Rimini we Włoszech lub na Costa del Sol w Hiszpanii, i tych, dla których tygodniowe kolonie na Kurpiach pozostają nieosiągalnym luksusem.
Według danych Ministerstwa Edukacji Narodowej w 2025 r. na wakacje wyjechało ponad 813 tys. polskich dzieci, 526 tys. uczestniczyło w półkoloniach, a 75 tys. wypoczywało za granicą.
Podobnie wyglądają informacje zebrane przez Centrum Badania Opinii Społecznej we wrześniu 2025 r. Wynika z nich, że na co najmniej tygodniowy letni wypoczynek poza miejscem zamieszkania wyjechali uczniowie z prawie 73% gospodarstw domowych, w których były dzieci w wieku szkolnym.
W roku 2012, gdy CBOS przeprowadził analogiczne badanie, jedynie 44% polskich rodzin wysłało wszystkie swoje dzieci na wakacje i niemal tyle samo – 43% – nie wysłało żadnego. Zmiana jest ogromna i świadczy o realnym awansie ekonomicznym znaczącej części polskiego społeczeństwa.
Wzrosła popularność wyjazdów zagranicznych. W 2025 r. aż 38% gospodarstw domowych z pociechami w wieku szkolnym zdecydowało się na co najmniej tygodniowe wakacje dziecka za granicą – stanowiło to wzrost o 3% w stosunku do roku 2024 i było rekordem w historii sondaży CBOS (sięgających 2016 r., gdy zaczęto pytać o kierunki wyjazdów). Najpopularniejsze okazały się: Bułgaria, Włochy, Hiszpania, Grecja i Chorwacja. Tegoroczne wakacje zapowiadają się podobnie.
Bałtyk czy Morze Czarne?
O kierunkach wyjazdów dzieci na wakacje decyduje przede wszystkim zasobność portfela rodziców. Najtańsze, siedmiodniowe turnusy wiążą się z wydatkiem rzędu 1,6 tys. zł od osoby. Najczęściej jednak oferty oscylują w granicach 2,2-2,5 tys. zł za turnus. W tym roku dziewięciodniowe kolonie nad Bałtykiem – w Darłowie lub Redzie – będą kosztowały średnio 2,7-3 tys. zł. Dla porównania, dziesięciodniowy wypoczynek all inclusive w Bułgarii oznacza wydatek ok. 2,8 tys. zł plus pewnie 100 euro dla pociechy na ciastka, lody i napoje chłodzące.
W związku z takimi cenami wielu
Sukcesja bez podatku
Klasa polityczna i biznesowa zamieniła fundacje rodzinne w osobisty portfel poza zasięgiem fiskusa
W założeniach miał to być pomysł na uchronienie polskich firm rodzinnych przed rozpadaniem się po śmierci ich założycieli, sprzedażą wieloletnich biznesów i kłótniami spadkobierców. Za stworzeniem polskiego odpowiednika znanych w Europie prywatnych fundacji od lat lobbowały Business Centre Club oraz Instytut Biznesu Rodzinnego. Projekt wspierały też kancelarie prawne i doradcze, wyczuwając, że na nowej instytucji będzie można nieźle zarobić.
Rząd PiS, a konkretnie Ministerstwo Finansów z Ministerstwem Rozwoju i Technologii przygotowały projekt ustawy, którą ostatecznie aż 441 głosami, a więc niemal jednomyślnie, przyjął Sejm pod nazwą Ustawa z dnia 26 stycznia 2023 r. o fundacji rodzinnej. Prezydent
Andrzej Duda podpisał ją bez zbędnej zwłoki.
Wystarczyły trzy lata, by okazało się, że fundacja rodzinna to genialny instrument chroniący polityków, prezesów i wszelkiej maści biznesmenów przed podatkami. Ustawa zapewniła bowiem fundacjom rodzinnym wyjątkowo przyjazny pakiet podatkowy: zwolnienie z bieżącego podatku CIT od dochodów uzyskiwanych w ramach działalności statutowej, zerową stawkę PIT na rzecz świadczeń wobec beneficjentów z najbliższej rodziny oraz preferencyjną stawkę 15% CIT od wypłacanych świadczeń. Wystarczy minimalny fundusz założycielski, wynoszący zaledwie 100 tys. zł, jeden akt notarialny, wpis do rejestru – i jesteś właścicielem rodzinnej skarbonki.
Rząd Mateusza Morawieckiego reklamował to jako sukces. Pytanie czyj, bo do gry weszły osoby i podmioty, którym sukcesja rodzinnego majątku była całkowicie obojętna. Tak naprawę liczyły się podatki, a raczej ich brak, oraz możliwość ucieczki z aktywami.
Wielka ucieczka przed podatkami i komornikiem
Nad Wisłą obowiązuje zasada jawności majątkowej osób pełniących funkcje publiczne. Posłowie, senatorowie, ministrowie, prezesi spółek skarbu państwa czy sędziowie mają obowiązek składania oświadczeń majątkowych. Muszą wykazać, kto ile zarabia, co posiada, jakie ma zobowiązania, od kogo pożyczył pieniądze itp. Tylko że od połowy 2023 r., czyli od wejścia w życie ustawy, bez problemu można przerzucić do fundacji rodzinnej większość majątku i w stosownych oświadczeniach pojawi się co najwyżej wzmianka o „prawach do świadczeń z fundacji”. Bez szczegółów, a więc bez wartości poznawczej.
Media ustaliły, że z fundacji rodzinnych korzystają posłowie różnych opcji politycznych. Sławomir Mentzen z Konfederacji ma Fundację Rodzinną Rodziny Mentzen. Przemysław Wipler to Fundacja Rodzinna RW. Ryszard Petru, jak wskazują media, to z kolei Fundacja Rodzinna Vinci.
Największe zainteresowanie mediów wzbudziła KP76 Fundacja Rodzinna założona przez byłego prezesa Orlenu Daniela Obajtka, mająca siedzibę w Myślenicach.
Gdy 15 października 2023 r. Prawo i Sprawiedliwość przegrało wybory parlamentarne,
Kto pilnuje miliardów złotych wydawanych na wojsko?
Najważniejsze rzeczy dzieją się w sferze obronności. Decyzje prezydenta Trumpa w sprawie wysłania żołnierzy amerykańskich do Polski przez tydzień zajmowały czołowych polskich polityków. Oni nie wiedzieli, i nie wiedział Pentagon, dlaczego przyjazd 4 tys. żołnierzy został wstrzymany, a potem, gdy Trump ogłosił coś zupełnie przeciwnego, że wyśle 5 tys., też wiedzieli niewiele więcej.
Panuje chaos. Nie mamy pojęcia, jaka jest polityka USA wobec Europy, nie wiemy więc, w jakim stopniu obecność amerykańskich żołnierzy wzmacnia polskie bezpieczeństwo. Bo trudno je opierać na dobrym humorze prezydenta Trumpa.
Chaos schodzi na niższe szczeble. Nie wiemy – to tylko jeden z przykładów – czy możemy liczyć na dostawy wyrzutni rakiet HIMARS, nie mówiąc już o tym, ile miałyby kosztować. Nie wiemy też – choć to z chaosem akurat nie ma nic wspólnego – jak potoczy się wojna rosyjsko-ukraińska, czyli jak zmieni się sytuacja polityczna i militarna Polski. Tu akurat zachowujemy się racjonalnie. Przyjmujemy wariant pesymistyczny, więc na obronność Polska wydaje rekordowe kwoty. W 2026 r. będzie to przeszło 200 mld zł. Czy mamy świadomość, jak wielka to suma?
Spójrzmy na skalę zmian. Jeszcze w 2021 r., raptem pięć lat temu, na obronność wydaliśmy 49 mld zł.
W 2023 r. już 111 mld zł. Teraz na te wydatki złożą się trzy „nogi”. Pierwsza to środki z budżetu państwa – 127 mld zł. Druga to Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, instytucja działająca przy BGK, która ma przynieść 73-79 mld zł. Razem już ponad 200 mld zł! I jeszcze trzecia noga – środki z SAFE. Czyli 43,5 mld euro pożyczek rozłożonych na kilka lat. Tak czy inaczej – kolejne dziesiątki miliardów złotych.
Mamy więc do czynienia ze skokowym wzrostem wydatków na obronę. A nastroje społeczne są takie, że nikt tego nie kwestionuje ze względu na wojnę za wschodnią granicą. Przeciwnie, obserwujemy przypływ patriotycznego nastroju – politycy licytują się, kto więcej przeznaczy na wojsko. 10 mld w jedną czy drugą stronę – to nie ma znaczenia. Kto chce więcej wydawać, ten jest lepszym patriotą. Wolność nie ma ceny.
Mimo tych emocji powinniśmy jednak zadać podstawowe pytania: czy ktoś te wydatki kontroluje? Czy ktoś ocenia, jaki rodzaj broni przyda nam się bardziej, a jaki mniej? W co warto inwestować, a jakie wydatki lepiej wstrzymać? Czy ktoś rozumie, co to jest ekonomika wojny? I czy ktoś się zastanawia, ile te wszystkie zbrojeniowe przedsięwzięcia będą kosztowały Polskę w najbliższych latach? Czy wydatki zbrojeniowe nas nie uduszą? Bo przecież wojna to zbyt poważne zajęcie, by pozostawiać ją w rękach generałów.
Wiadomo, gdy wybuchła wojna na Ukrainie, a nawet jeszcze wcześniej, gdy szef CIA poinformował polski rząd, że jest ona nieunikniona, trzeba było radykalnie zwiększyć wydatki na techniczną modernizację wojska. Niestety, były to typowe zakupy w panice, panic buy. Ze wszystkimi możliwymi błędami. Kupowaliśmy głównie za granicą, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i w Korei. Dziś widać doskonale, że wielkim błędem był brak poważnej dyskusji poza wojskiem w sprawie uzbrojenia, przemysłu zbrojeniowego, polskiej gospodarki, jej możliwości i potrzeb. Jeżeli już doszło do jakichś dyskusji, toczyły się one w Sztabie Generalnym, w Agencji Uzbrojenia, wewnątrz sił zbrojnych. Generał mówił, że trzeba, minister kupował. A przecież to nie wojsko będzie spłacać pożyczki zaciągnięte na zakup czołgów czy śmigłowców, tylko obywatele RP.
W ten sposób najważniejsze decyzje dotyczące bezpieczeństwa Polski, ale i jej finansów, sytuacji gospodarczej, włożono w ręce wąskiej grupy. Polityków i generałów. Politycy… W ich perspektywie troska o publiczne pieniądze, przekonanie, że trzeba je racjonalnie wydawać, schodzi na daleki plan, bo nie z tego są rozliczani, tylko z gestów. A skoro tak, to każdy pomysł jest dobry, jeżeli jest odpowiednio efektowny. Warto więc wołać: 96 Apache’ów! Bo to brzmi! Oto jest polityk, który sprawę bezpieczeństwa Polski
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Jak Trump zarabia na prezydenturze
Prezydent USA, jego rodzina i przyjaciele mają wielkie sukcesy w pomnażaniu swojego majątku
62% Amerykanów jest niezadowolonych z tego, w jaki sposób Donald Trump wywiązuje się z obowiązków prezydenta USA. To wiemy z kwietniowego sondażu Reuters/Ipsos. W tym samym badaniu 71% uznało go za nadpobudliwego, a 51% zauważa, że w ostatnim roku jego stan intelektualny się pogorszył.
Można rzec – dominuje opinia, że Trump z kierowaniem Ameryką sobie nie radzi i ma coraz większe problemy psychiczne. Trudno z tym polemizować. Jednocześnie radzi sobie znakomicie na innych polach. On, jego rodzina oraz grono współpracowników i przyjaciół w ostatnim roku osiągnęli wielkie sukcesy w pomnażaniu swojego majątku. Tu Trump jest bystry ponad miarę.
Amerykańska prasa regularnie ujawnia nowe informacje dotyczące biznesowych przedsięwzięć Donalda Trumpa i jego otoczenia – jest o tym głośno. Popularność w amerykańskich mediach zyskały słowa Juliana Zelizera, profesora historii najnowszej USA z Uniwersytetu Princeton, współpracującego z CNN i „The Atlantic”: „Nie sądzę, aby obecnie istniała granica między decyzjami politycznymi i kalkulacjami politycznymi a interesem rodziny Trumpów”.
„Forbes” już we wrześniu 2025 r. pisał: „Donald Trump właśnie zaliczył najbardziej lukratywny rok w swoim życiu. Majątek prezydenta wynosi obecnie rekordowe 7,3 mld dol. w porównaniu z 4,3 mld dol. w 2024 r., kiedy wciąż ubiegał się o urząd. Zysk w wysokości 3 mld dol. pozwolił mu awansować o 118 pozycji na liście Forbes 400, gdzie w tym roku znalazł się na 201. miejscu. Żaden prezydent w historii USA nie wykorzystał swojej pozycji do osiągnięcia tak ogromnych zysków jak Trump”.
Na czym Trump się dorobił? Na kryptowalutach. Wszedł w ten biznes i zarobił górę pieniędzy. „Forbes” wyliczył, które części majątku Trumpa najbardziej się powiększyły:
- Memecoin: +710 mln dol.
- Aktywa płynne: +660 mln dol.
- Wygrana prawna: +470 mln dol.
- Działalność związana z licencjami i zarządzaniem: +410 mln dol.
- Tokeny World Liberty Financial: +340 mln dol.
- Działalność związana ze stablecoinami: +240 mln dol.
Liczby, choć imponujące, nie oddają biznesowych emocji. Warto przypomnieć, że za pierwszej kadencji Trump był przeciwny kryptowalutom, mówił, że to pieniądz z niczego. Ale zmienił zdanie. W wyborach w 2024 r. branża kryptowalut stała się największym darczyńcą korporacyjnym, przekazując 238 mln dol. – więcej niż lobby naftowe, gazowe i farmaceutyczne. Trump wyciągnął z tego wnioski. We wrześniu 2024 r. on i jego synowie oraz Zachary Folkman, Chase Herro i Alex Witkoff z bratem Zachem założyli „przedsięwzięcie” kryptowalutowe o nazwie World Liberty Financial. Trumpowie zapewnili sobie w nim 75% zysków.
WLF rozkwitło po wygranych przez Trumpa wyborach. Wtedy to do firmy zaczęli napływać inwestorzy, w większości anonimowi, kupując emitowane przez nią tokeny o nazwie $WLFI. Wśród tych, których nazwiska poznaliśmy, był Justin Sun, przedsiębiorca z branży kryptowalut, którego Komisja Papierów Wartościowych i Giełd oskarżała o oszustwo. Sun zainwestował w WLF 75 mln dol., z czego 40 mln przekazał Trumpowi. Ta inwestycja poprawiła los Suna. W lutym 2025 r. federalny pozew z oskarżeniem o oszukiwanie inwestorów został wstrzymany, a ostatecznie sprawę zakończono ugodą w wysokości 10 mln dol.
Wielkim inwestorem w World Liberty Financial okazał się emiracki szejk Tahnun bin Zajed. Jak ujawnił „Wall Street Journal”, szejk kupił 49% udziałów za 500 mln dol. Część pierwszej transzy pieniędzy – 187 mln – miała trafić do spółek Trumpa, a 31 mln do członków rodziny Steve’a Witkoffa. Umowę podpisał Eric Trump, syn prezydenta, który wraz z bratem Donaldem juniorem zasiada w zarządzie firmy.
Do tego emiracki fundusz inwestycyjny MGX, w którym szefem rady nadzorczej jest szejk Tahnun bin Zajed, zakupił od World Liberty stablecoiny o nazwie USD1, warte 2 mld dol. Pieniądze wyrzucone w błoto? Niekoniecznie. Szejk od dłuższego czasu zabiegał o pozwolenie na import zaawansowanych technologicznie czipów do jego firmy G42. Zabiegi okazały się skuteczne, Biały Dom zgodził się na eksport 500 tys. procesorów do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, w tym do G42.
W styczniu 2025 r. Trump wprowadził też na rynek memecoin o nazwie $TRUMP (Official Trump Meme Coin). Jego podaż wynosiła 1 mld tokenów. W ciągu kilku dni waluta osiągnęła kapitalizację rynkową przekraczającą 12 mld dol., a jej wartość doszła do 75,8 dol. za token.
Już jako prezydent Trump okazał się wyjątkowo łaskawy dla branży. Sam ogłosił się prezydentem kryptowalut. Oczywiście wycofał się z dotychczasowych regulacji dotyczących rynku kryptowalut i podpisał nową, korzystną dla niego ustawę.
Te działania nie pozostawały bez odpowiedzi. Felietonistka „Washington Post” Catherine Rampell zasugerowała, że prezydent może wykorzystać nową kryptowalutę, $TRUMP coin, do przyjmowania łapówek od zagranicznych rządów. „Wyzwaniem dla każdego, kto kupił te monety, jest to, że jeśli chce je wypłacić, musi znaleźć większego głupca, który będzie gotów zapłacić więcej”. Kto więc, poza naiwnymi, będzie je kupował? Rampell ma odpowiedź na to pytanie: „Przez następne cztery lata może istnieć jedno wiarygodne źródło stałych nabywców: osoby prywatne, firmy i rządy zagraniczne, które chcą zyskać przychylność prezydenta”.
Catherine Rampell tłumaczy też, jak może działać ten mechanizm: „Saudyjczycy nie muszą już zatrzymywać się w hotelach Trumpa, żeby nabijać kieszeń prezydentowi, mogą pokazywać swój portfel cyfrowy. W końcu każdy dolar, który włożą w podtrzymywanie wartości memecoina Trumpa, w efekcie doda gotówki do konta bankowego Trumpa”.
Prezydent USA zarabia nie tylko na kryptowalutach. Właściwie zarabia, wręcz kompulsywnie, na czym się da. Promuje swoim nazwiskiem buty sportowe za 399 dol., z napisem „Never Surrender”, gitary elektryczne w cenie do 11,5 tys. dol. oraz linię perfum i wody kolońskiej o nazwie Trump Victory 45-47 za 249 dol., przekonując: „Te perfumy to zwycięstwo, siła i sukces”. Promował też telefony Trump Mobile w kolorze złotym, które mają działać w sieci T1Mobile. I biblię z napisem „God Bless the USA” za 59,99 dol. Biblia była drukowana w Chinach i sprowadzana do USA w cenie 3 dol. za egzemplarz. Trump przyznał, że zarobił na jej sprzedaży 400 tys. dol.
Prezydent USA łasy jest również na prezenty. Od rządu Kataru dostał specjalnie przerobionego Boeinga 747 wartego 400 mln dol. I nie przejął się, że łamie konstytucję, która zabrania przedstawicielom rządu przyjmowania podarunków od rządów zagranicznych bez zatwierdzenia przez Kongres. „Tylko głupek nie przyjąłby takiego prezentu”, powiedział.
Brytyjski „The Guardian” opisywał z kolei listopadową wizytę w Białym Domu przedstawicieli szwajcarskiego biznesu. Prezes Rolexa Jean-Frédéric Dufour wręczył prezydentowi (oficjalnie w bibliotece prezydenckiej) złotego Rolexa serii Datejust, który określił jako „skromny, wyrafinowany wyraz tradycyjnego szwajcarskiego zegarmistrzostwa”. Złoty, ale skromny. „Żłobkowany, złoty bezel, zielona tarcza i cyklop powiększający komplikację daty – opisywał dar portal Hodinkee, poświęcony zegarkom. – To nie jest produkt dostępny w sprzedaży”.
„Bibliotece prezydenckiej” ofiarowano też sztabkę złota ozdobioną cyframi 45 i 47 – dla uczczenia pierwszej i drugiej prezydentury Trumpa – z napisem „Prezydent”, o wartości 130 tys. dol. Kilka tygodni później prezydent obniżył cła na wyroby szwajcarskie z 39% do 15%.
Donald Trump patronuje ponadto inwestycjom w różnych miejscach świata. Bernard Condon, dziennikarz śledczy agencji AP, podaje trzy przykłady: „W Katarze projekt klubu golfowego i willi Trump jest częściowo realizowany przez firmę należącą do rządu Kataru. W Wietnamie rząd, jak doniósł »New York Times«, zmusił rolników do opuszczenia ich ziemi, aby zrobić miejsce pod ośrodek Trumpa, a wicepremier tego kraju podpisał umowę podczas specjalnej ceremonii. W Arabii Saudyjskiej planowany ośrodek Trump Plaza nad Morzem Czerwonym jest budowany przez saudyjskiego dewelopera bliskiego rodzinie rządzącej. Niemal niemożliwe jest ustalenie, czy umowy te odegrały rolę w zmianie polityki USA w sposób, o jaki zabiegały te kraje, ale kraje te uzyskały to, czego chciały – dostęp do zaawansowanej technologii amerykańskiej dla Kataru, ulgi celne dla Wietnamu i myśliwce dla Arabii Saudyjskiej”.
Biznes powinien być oddzielony od polityki. W Stanach Zjednoczonych mechanizmy temu służące działają od dawna. Ale w czasach Trumpa zostały zdemontowane lub nie mają znaczenia. Teoretycznie aktywa biznesowe prezydenta znajdują się w specjalnym funduszu powierniczym. Ale kontrolę nad nim ma jego syn Donald Trump junior. Czy to wystarczająca bariera?
Trójka dzieci prowadzi
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
CPK – Chroniczne Pomniejszanie Kosztów
Miało być „dobrowolnie” i „na korzystnych warunkach”, a coraz częściej mówi się o krzywdzie mieszkańców
Mieszkańcy terenów wywłaszczanych pod budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego alarmują, że wyceny odszkodowań są zaniżane. Sprawę opisywaliśmy już w czerwcu ub.r., w nr. 24 („CPK. Codziennie Polityczne Kłamstwa”). Wspomniany wtedy Program Dobrowolnych Nabyć (PDN) jest obecnie zamknięty, wywłaszczenia jednak trwają. Niezależność rzeczoznawców budzi zaś wątpliwości.
Sołtys objętej inwestycją wsi Skrzelewo, Kamil Szymańczak, zwraca uwagę, że do dziś dla niektórych nieruchomości nie ustalono odszkodowania. W gminie panuje zamieszanie. Szymańczak mówi „Przeglądowi”, że mimo ogłoszonego przez CPK zamknięcia PDN wciąż pojawiały się sygnały o działaniach przypominających jego kontynuację: – Gdy patrzymy na daty aktów notarialnych, okazuje się, że chociaż program był już zamknięty i CPK nie chciał negocjować z niektórymi właścicielami, to podpisywano kolejne akty notarialne, z innymi, wybranymi.
Proponowane sumy są nieadekwatne do realnych kosztów odbudowy życia w nowym miejscu. Jako przykład Kamil Szymańczak podaje wycenę domu o powierzchni 240 m kw. na 900 tys. zł. Tymczasem postawienie takiego domu to koszt ok. 1,8 mln zł. Odpowiadając na zarzuty, spółka CPK podkreśla, że zaliczki na poczet odszkodowań są wypłacane szybko i w wysokości 85% kwoty ustalonej przez organ administracyjny.
Według sołtysa Skrzelewa problem leży gdzie indziej: istnieje cały system zaniżania wycen. – Trudno określić skalę niedoszacowania odszkodowań. Z punktu widzenia mieszkańców mechanizm niekorzystnego wyceniania jest powtarzalny. Po pierwsze, w większości przypadków
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Radosław Piesiewicz. Łubu dubu, łubu dubu…
„Składamy wspólny apel, jako przedstawiciele związków sportowych, o natychmiastowe złożenie dymisji przez Radosława Piesiewicza z pełnienia funkcji prezesa PKOl”, oświadczył Robert Korzeniowski po spotkaniu przedstawicieli ponad 50 związków sportowych z ministrem sportu Jakubem Rutnickim. Zebranie działaczy i ministra na Stadionie Narodowym w Warszawie odbyło się w cieniu afery związanej z głównym sponsorem Polskiego Komitetu Olimpijskiego – giełdą kryptowalut Zondacrypto.
Przypomnijmy: w październiku 2025 r., nie informując o tym członków zarządu PKOl, Radosław Piesiewicz zabrał olimpijczyków i udał się do Monako, gdzie podpisał umowę sponsorską z Przemysławem Kralem, prezesem Zondacrypto (o szemranej giełdzie kryptowalut powiązanej z przestępcami, obozem prezydenckim i PiS pisaliśmy w artykule „Aferzyści prezydenta RP”, „Przegląd” nr 51/2025).
Ofiara losu
Zgodnie z zawartą umową siedziba komitetu olimpijskiego otrzymała nazwę Zondacrypto Centrum Olimpijskie im. Jana Pawła II, olimpijczycy zaś (nie tylko medaliści, ale też ci, którzy zajęli miejsca od czwartego do ósmego podczas zimowych igrzysk w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo) mieli dostać nagrody finansowe. Okazało się, że Zondacrypto jest niewypłacalna, prezes Kral ewakuował się do Izraela (ma paszport tego kraju), kontakt z nim się urwał, a oprócz PKOl oszukanych zostało kilkadziesiąt tysięcy inwestorów, którzy nie mogą odzyskać pieniędzy zainwestowanych w kryptowaluty (nieoficjalnie mówi się o kilkuset milionach złotych).
O tym, że Zondacrypto ma ścisłe związki ze środowiskiem przestępczym, wiadomo powszechnie co najmniej od 2020 r., kiedy to „Superwizjer TVN” wyemitował wstrząsający reportaż o kulisach powstania i działalności giełdy kryptowalut (wcześniej nazywała się BitBay i Zonda). Od tego czasu media wielokrotnie wracały do tematu, informując o tajemniczym zaginięciu prezesa tej giełdy Sylwestra Suszka (według nieoficjalnych doniesień Suszek został zamordowany).
Tak więc Radosław Piesiewicz doskonale wiedział, kogo ściąga do PKOl. Teraz udaje głupiego. Twierdzi, że o niczym nie miał pojęcia, a wszystkiemu winni są były minister sportu Sławomir Nitras, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego i TVN. Za sprawą tego pierwszego spółki skarbu państwa wycofały się ze sponsorowania PKOl, ABW zaś nie ostrzegła Piesiewicza przed podpisaniem umowy z Zondacrypto, choć informował służbę specjalną o swoich planach. Natomiast winą TVN jest to, że miała reklamować giełdę kryptowalut i tym samym zapewniła jej wiarygodność (sic!).
Jacek Dobrzyński, rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych, szybko zdemaskował kłamstwa prezesa PKOl. Opublikował pismo Piesiewicza do ABW z prośbą „o przeprowadzenie szkolenia dla kierownictwa PKOl z zakresu ryzyk związanych ze współpracą z podmiotami zagranicznymi, w tym z działającymi poza obszarem Unii Europejskiej, a także oferującymi produkty i usługi niestandardowe”. Nigdzie w cytowanym piśmie nie pada nazwa Zondacrypto, nie ma mowy o kryptowalutach, a poza tym giełda kryptowalut zarejestrowana jest na terenie Unii Europejskiej.
Mało tego! Bezczelny Piesiewicz przeszedł do kontrataku i oświadczył, że osobiście został oszukany przez Zondacrypto, bo zainwestował na giełdzie kryptowalut i stracił bardzo dużo pieniędzy. Stwierdził, że jeśli giełda upadnie, to pójdzie z roszczeniem najpierw do prokuratury, a potem do rządu. „Założę stowarzyszenie, które będzie walczyło o pieniądze stracone przez tych wszystkich, którzy tam wpłacili pieniądze, którzy dali się oszukać”, odgrażał się prezes PKOl.
Dlaczego zamierza się domagać utraconych pieniędzy akurat od rządu? „Bo jeżeli miał informacje 11 miesięcy wcześniej, to powinien ostrzec wszystkich tych, którzy wpłacali pieniądze i tracili swoje oszczędności życia”, odparł Piesiewicz, dodając, że ustawa o kryptowalutach i prezydenckie weto do niej nie mają z tym nic wspólnego, a winę ponosi rząd, czyli Donald Tusk.
Parcie na szkło i pieniądze
Apel działaczy o odwołanie Radosława Piesiewicza ze stołka prezesa PKOl to już drugie takie podejście. W lutym 2025 r. 22 prezesów związków sportowych wezwało Piesiewicza do dymisji. „Sposób zarządzania komitetem przez Pana uderza w wizerunek PKOl i szeroko pojętego środowiska sportowego, co ma swoje konsekwencje finansowe. Wycofanie partnerów biznesowych to wyraz braku zaufania do Pańskich działań oraz wynik rozmieniania autorytetu PKOl na drobne poprzez działalność sprzeczną z Kartą Olimpijską. (…) PKOl, który ma
Wielkanoc pod presją rachunków
Polacy w święta wydali na jedzenie mniej, ale musieli polować na promocje
„Na Wielkanoc czekam na wojenkę cenową – bardziej niż na same święta. Jak nie będzie mocnych promocji w dyskontach, to stół będzie dużo skromniejszy”, napisał w mediach społecznościowych jeden z internautów. Inny przyznał: „70% ludzi liczy, że sklepy »pozabijają« się o klienta przed świętami – ja też. Bez tego nie ma szans zmieścić się w normalnym budżecie”.
Ich nadzieje w tym roku się spełniły. Udało się przygotować wielkanocne śniadanie „po taniości”. Jeśli korzystaliśmy z aplikacji popularnych sieci supermarketów, przy odrobinie szczęścia mogliśmy kupić sześć kostek masła za jedyne 11,94 zł (kostka masła Mleczna Dolina kosztowała w promocji 1,99 zł). Do tego pół kilograma białej kiełbasy Skiba za 5,99 zł. Opłacało się brać dwa opakowania – wtedy kilogram wychodził po 11,98 zł. Schab lub szynkę bez kości można było dostać za 6,99 zł za kilogram. By zaoszczędzić, trzeba było brać 2 kg. 10 kg cukru można było trafić za 15 zł! A 2 kg twarogu sernikowego w wiaderkach – za 9,79 zł. Jajka, majonezy, chrzan, napoje itp. to były względnie tanie drobiazgi. Czteroosobowa rodzina mogła wydać na świąteczny stół ok. 200-300 zł. Ale był to wariant oszczędnościowy.
Rodziny bardziej zamożne mogły sobie pozwolić na więcej. Około 5-6% badanych deklarowało, że ich świąteczny budżet przekroczył 1,5 tys. zł, więc biesiadowali „na bogato”.
Handlowcy zauważyli, że wielu rodaków ruszyło na świąteczne zakupy w ostatniej chwili, tuż przed niedzielą wielkanocną. Z badań wynikało, że zamierzało tak zrobić 29,6% ankietowanych. To dowód, że konsumenci wiedzą, kiedy mogą się spodziewać najlepszych ofert, a na półkach pojawią się świeże świąteczne produkty.
Drożej czy taniej?
Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy Wielkanoc w 2026 r. kosztowała nas więcej niż w poprzednich latach. Choć jest to święto religijne, dla większości rodaków to także poważny test domowych budżetów. Dlatego niska cena produktów ma kluczowe znaczenie.
Według tegorocznego raportu Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych „koszyk wielkanocny” okazał się średnio o 12,8% droższy niż w roku ubiegłym. Byłoby o wiele lepiej, gdyby nie wzrost ceny gorzkiej czekolady – aż o 80-85% w porównaniu z rokiem 2025. Przełożyło się to na wzrost cen innych słodyczy. Stało się tak z powodu suszy, chorób drzew kakaowca oraz anomalii pogodowych, które w latach 2023-2024 dotknęły część krajów Afryki Zachodniej. Zbiory spadły tam o 30-40%. W efekcie cena tony kakao z 3 tys. dol. podskoczyła do 12 tys. dol.!
Przy okazji klienci, nie tylko nad Wisłą, zderzyli się ze „shrinkflacją”, polegającą na tym, że za mniejszą tabliczkę czekolady przyszło płacić więcej. Trafnie zauważył to pewien internauta w mediach społecznościowych: „Najbardziej wkurza mnie, że wszystko wygląda tak samo,








