Tag "pieniądze"

Powrót na stronę główną
Kraj

Okradanie seniorów

Najłatwiejszy cel dla przestępców

Nie trzeba sięgać po statystyki policyjne, wystarczy zajrzeć do codziennej prasy, porozmawiać ze znajomymi. Plaga wyłudzeń, oszustw przyprawia o ciarki. Metody są różne. Najsłynniejsza to „na wnuczka”. Drugi sposób – „na policjanta”. Są też podobne: „na pracownika opieki społecznej”, „na administrację”, „na sprzedawcę”, „na bankowca”…

A prezentacje, na których seniorom sprzedawane są rzeczy drogie i niepotrzebne? Do tej listy dorzućmy jeszcze jedną kategorię przestępstw – przejmowanie przez zorganizowane grupy mieszkań i domów…

Gang w Gliwicach

Tę sprawę opisywał niedawno „Fakt”. Siedmiu funkcjonariuszy komisariatu policji w Gliwicach regularnie okradało osoby starsze, schorowane, nieporadne życiowo. Właśnie rozpoczyna się ich proces.

Jak czytamy, działali dwutorowo. Typowali osoby starsze, niesamodzielne – nazywali to „spisem dementorów”. Nawiązywali z nimi kontakt, okazywali zainteresowanie, oferowali pomoc, sprawdzali, czy seniorzy mają jedzenie, leki, a potem – przy okazji zakupów czy pomocy w drobnych sprawach – okradali ich.

Drugą grupę przestępstw stanowiły interwencje policyjne w sprawie zgonów w mieszkaniach. Umierała starsza, samotna osoba. Policjanci po jej śmierci plądrowali mieszkanie, licząc na to, że i tak nikt się nie dowie, co zniknęło. Potrafili się połasić i na 100 zł, i na 100 tys. zł. Skradzioną biżuterię sprzedawali w lombardach.

Jak zostali złapani? Aż trudno w tę historię uwierzyć. Otóż w okresie od lipca do listopada 2023 r. Maria G., nieżyjąca już seniorka z poważną demencją, regularnie wydzwaniała na komisariat. Najpierw, bo zaginął jej mąż. Okazało się, że nie zaginął, tylko był w szpitalu. Następnie Maria G. zgłosiła kradzież, a potem odnalezienie pieniędzy, które rzekomo do niej nie należały. Policjantom, którzy przyszli do jej mieszkania, pokazała tapczan, w którym znajdowało się 300 tys. zł w reklamówkach. Jak mówiła, to nie były jej pieniądze. Funkcjonariusze zrobili zdjęcie tapczanu pełnego pieniędzy i pokazywali je kolegom. W następnych tygodniach Maria G. próbowała odebrać sobie życie. Przewieziono ją do szpitala psychiatrycznego w Toszku. W tym samym czasie zmarł jej mąż.

I wtedy, skuszeni pieniędzmi z tapczanu, w jej mieszkaniu pojawili się dwaj policjanci: pojechali do szpitala w Toszku, ale nie w odwiedziny do Marii G., lecz do opiekującej się nią pielęgniarki, od której zażądali kluczy do domu seniorki, mówiąc, że potrzebują dowodu jej zmarłego męża; klucz dostali, weszli i wzięli 14 tys. zł. Sprawa klucza nie dawała jednak spokoju pielęgniarce, zwłaszcza że nie otrzymała od policjantów żadnego dokumentu kwitującego jego odbiór. Powiadomiła więc o sytuacji komisariat policji w Gliwicach i jego kierownictwo. Biuro Spraw Wewnętrznych Policji wszczęło dochodzenie. Policjantów okradających mieszkanie Marii G. zatrzymano. A oni złożyli obszerne wyjaśnienia, wskazując zamieszanych w proceder kolegów z komisariatu.

Policjanci złodzieje czuli się pewnie. I bezkarnie. Uważali, że osoby cierpiące na demencję nawet nie zauważą, że straciły pieniądze. A jeśli już, to nikt im nie uwierzy. Wspomnianą Marię G. odwiedzali więc regularnie, „sprawdzając”

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Nasze zasoby w USA

Szum był przez chwilę, potem ucichł. Chodzi o zakup sprzed pół roku, kiedy ogłoszono, że MSZ nabyło budynek w Waszyngtonie, który przeznaczy na siedzibę ambasady RP.

Skąd ów szum? Bo mało kto takiego ruchu się spodziewał, przywykliśmy już do szacownej ambasady w Waszyngtonie, starego budynku, jeszcze sprzed I wojny światowej. Zakupił go w roku 1919 pierwszy poseł RP w Stanach Zjednoczonych, książę Kazimierz Lubomirski, za 160 tys. dol. i przekazał Polsce. Wówczas była to wspaniała ambasada, położona w znakomitym miejscu, w dzielnicy rządowej.

Ale czasy się zmieniają i dziś to okolica, z której wszyscy możni się wyprowadzają. Sprzedali swoje obiekty i wynieśli się m.in. sąsiadujący z nami Włosi.

Od kilku ładnych lat zastanawiano się, jak w tej sytuacji postąpi Polska. Czy będziemy czekać, aż dzielnica stanie na nogi i znów ambasada będzie w dobrym miejscu (a to może trwać i dziesiątki lat), czy kupimy coś nowego. Wyszedł wariant numer dwa. MSZ odkupiło od Johns Hopkins University siedmiopiętrowy budynek w dobrym punkcie Waszyngtonu. Będzie tam i ambasada, i konsulat, i attachat wojskowy.

Wszystko pod jednym dachem.

Ciekawa była suma, za jaką budynek kupiliśmy. Jak podał „Washington Business Journal”, budynek i działka mają wartość 42,5 mln dol., a Polska kupiła tę nieruchomość za połowę ceny, nieco ponad 20 mln dol. Skąd ta promocja? Potrzebne będą prace adaptacyjne. Nie tylko prosty remont budynku, ale coś więcej. A to będzie kosztowało. W tej chwili w MSZ nikt dokładnie nie wie ile. Nie wiadomo jeszcze, jaki będzie zakres prowadzonych tam robót. Wiceminister Henryka Mościcka-Dendys szacuje koszt adaptacji na przynajmniej 20-30 mln dol.

Sprawa ambasady w Waszyngtonie jest ilustracją szerszej prawidłowości, że dyplomacja to taka dziedzina, w której kupuje się w górce, a sprzedaje w dołku. Bo kupuje się siedzibę w reprezentacyjnej części miasta, a gdy ta część się degraduje – przychodzi sprzedać.

Choć są wyjątki. Na przykład sprawa budynku naszego przedstawicielstwa w Nowym Jorku. Kupiono go w 1947 r., mieści się w dobrej dzielnicy, ale ma zasadniczą wadę – daleko stamtąd do siedziby ONZ. Polska wynajęła więc siedzibę bliżej, w biurowcu, tak że na sesję ONZ można przejść pieszo. Z tym wynajmem, nawiasem mówiąc, były mało ciekawe historie – płaciliśmy za wynajętą powierzchnię, ale przez długie miesiące nic tam się nie działo.

A stary budynek, kamienica wciśnięta między inne? Na razie służy jako skład rzeczy niepotrzebnych. Czyli jest to najdroższy magazyn pod zarządem MSZ. Utrzymywać go w tej funkcji nie ma sensu – trzeba go więc albo sprzedać, albo zaadaptować do nowych potrzeb. Na przykład na rezydencję ambasadora przy ONZ. Są takie dyskusje, ale nic z nich nie wynika. Wiadomo, że za budynek Polska wzięłaby dobre pieniądze – bo jest świetnie położony. Ale sprzedawać go szkoda, więc co? Rezydencja? Niestety, kamienica podlega ochronie konserwatorskiej. Jeżeli zatem początkowo uważano, że da się ją zaadaptować do nowych funkcji za ok. 5 mln dol., to teraz suma ta może się okazać i cztery razy wyższa. A tych pieniędzy nie mamy. Może więc być i tak, że piękny budynek będzie stał, niszczał i straszył.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Gigantyczne prowizje i polityczna sitwa

Gdyby zdobywanie pieniędzy było konkurencją sportową, Radosław Piesiewicz byłby mistrzem wszech czasów

Radosław Piesiewicz, zwany „Pisiewiczem”, namaszczony przez PiS prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, znów jest w centrum uwagi. Najpierw było o nim głośno, bo jako jedyny szef tej najbardziej szacownej organizacji sportowej, mającej przeszło stuletnią historię, wypłacał sobie po cichu pensję. I to niemałą, bo sięgającą kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie. Teraz może się okazać, że ta przesadna miłość do pieniędzy zaprowadzi Piesiewicza do więzienia. Agenci CBA wspólnie z funkcjonariuszami KAS na polecenie Prokuratury Regionalnej w Gdańsku przeprowadzili przeszukania m.in. w siedzibie PKOl, Polskiego Związku Koszykówki, Polskiej Ligi Koszykówki SA, a także w miejscach zamieszkania osób z zarządów tych organizacji. Przeszukano domy Piesiewicza i jego rodziców. Zarekwirowano dokumenty i elektroniczne nośniki pamięci.

Prowizja od sponsorów

„To niezwykła korelacja zdarzeń. Wczoraj odbyło się spotkanie z kilkoma osobami u księcia Lubomirskiego. Tam bardzo długo dyskutowaliśmy i padła mocna deklaracja z mojej strony – nie zrezygnuję z prezesowania w PKOl, ponieważ zostałem wybrany w demokratycznych wyborach. Nie mam sobie nic do zarzucenia i zapraszam wszystkich chętnych do wyborów w 2027 r.”, bronił się Piesiewicz, jak gdyby działania służb miały na celu usunięcie go ze stanowiska. Tymczasem chodzi o bezczelny przekręt.

Według informacji przekazanych przez prokuraturę Piesiewicz, w czasie gdy był prezesem Polskiego Związku Koszykówki i Polskiej Ligi Koszykówki, oprócz tego, że otrzymywał sowite wynagrodzenie (kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie), miał zarejestrowaną jednoosobową działalność gospodarczą i wystawił organizacjom koszykarskim faktury VAT na kwotę ponad 9 mln zł za fikcyjne usługi, które dotyczyły „pośrednictwa handlowego”, z czego otrzymał ponad 7 mln zł. Takich pieniędzy, nawet gdyby pracowali 50 lat, nie zarobią nauczyciele, żołnierze, policjanci, pielęgniarki, ale dla Piesiewicza było to jak pstryknięcie palcami.

To pośrednictwo handlowe stanowiło procent od umów ze spółkami skarbu państwa, które sponsorowały koszykówkę. Państwowe firmy pewnie nie byłyby do tego chętne, ale Piesiewicz przyjaźnił się z Jackiem Sasinem, ówczesnym wicepremierem i ministrem aktywów państwowych, który sprawował nadzór nad spółkami. Zatem jako szef organizacji sportowych dzięki układom politycznym naganiał sponsorów i jeszcze brał za to dodatkowe pieniądze. Modus operandi był genialny i nie wymagał żadnego nakładu pracy.

Jak zauważył w rozmowie z „Polityką” prof. Michał Romanowski, adwokat, specjalista

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Ukraina w ruinie

Jak dziś funkcjonuje ukraińska gospodarka i co ją czeka w przyszłości?

Powiedzenie, że do prowadzenia wojny potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy, przypisuje się Napoleonowi Bonaparte, choć jego autorem był żyjący na przełomie XV i XVI w. włoski kondotier i marszałek Francji Gian Giacomo Trivulzio. Przykład Ukrainy tę zasadę potwierdza. Bez pomocy USA, Kanady i państw zachodnich Kijów dawno wojnę by przegrał, ponieważ gospodarka tego kraju jest w ruinie.

Ukraina to dziś najbiedniejszy zakątek Europy. Szacunki mówią, że w 2025 r. PKB na mieszkańca wyniesie 2218 dol. Dla porównania – w Mołdawii, która przez lata uchodziła za pariasa Starego Kontynentu, będzie to 3867 dol. Na głowę Białorusina przypadnie 6632 dol., a na każdego Polaka aż 18 tys. dol.

Choć według zapowiedzi rosyjska gospodarka już dawno powinna runąć pod ciężarem zachodnich sankcji, PKB na głowę Rosjanina sięgnie w bieżącym roku 10 577 dol. Oznacza to, że Kreml jeszcze długo będzie mógł toczyć wojnę. A mało kto zwrócił uwagę na fakt, że kosztuje ona Rosję znacznie mniej niż Ukrainę i kraje Zachodu, gdyż większość używanego przez agresora sprzętu i amunicji została wyprodukowana w czasach Związku Radzieckiego – więc już za to wszystko zapłacono.

Na czym stoi ukraińska gospodarka

W Związku Radzieckim Kijów i Charków były trzecim po Moskwie i Leningradzie okręgiem naukowo-przemysłowym kraju. W Charkowie działała m.in. Fabryka im. Małyszewa, główny producent czołgów, w tym T-34, T-54, T-64, silników oraz lokomotyw. Zakład ten odpowiadał za ok. 80% produkcji czołgów T-34 w ZSRR podczas II wojny światowej. Szczególne znaczenie miał zaś Ukraiński Instytut Fizyki i Technologii (dzisiaj Charkowski Narodowy Instytut Fizyki i Technologii), który był pionierem badań nad fizyką jądrową i technologią materiałową. To w Charkowie po raz pierwszy w ZSRR dokonano rozszczepienia atomu.

W Dniepropietrowsku (obecnie Dnipro) działały zakłady Jużmasz, jeden z pięciu największych na świecie producentów rakiet nośnych. Na jego czele stał jeden z legendarnych radzieckich konstruktorów, Michaił Jangiel. Pod jego kierownictwem zaprojektowano m.in. rakiety R-12, R-14, MR UR-100, R-36 (SS-18 Satan) oraz RT-23, które stanowiły podstawę radzieckich strategicznych sił rakietowych.

W Donbasie wydobywano najwyższej jakości węgiel – antracyt – który był wykorzystywany w ukraińskich elektrowniach. W kraju działało pięć elektrowni atomowych, w tym największa w Europie Zaporoska Elektrownia Jądrowa. Produkowały one połowę energii elektrycznej w Ukrainie. Dodajmy do tego najlepsze w tej części świata gleby – słynne ukraińskie czarnoziemy, rozwinięty przemysł hutniczy i maszynowy, stocznie w Nikołajewie, wielki port w Odessie. I dobrze wykształcone społeczeństwo. W chwili rozpadu ZSRR Ukraina miała 51 mln mieszkańców. Nic dziwnego, że w prasie zachodniej prorokowano, że kraj ten może się stać regionalnym mocarstwem.

W wyniku rosyjskiej agresji Kijów stracił większą część przemysłu ciężkiego i wydobywczego. Zaporoska elektrownia znalazła się pod kontrolą Rosjan, a połowa zakładów energetycznych została zniszczona w wyniku bombardowań. Dlatego nie przemysł, ale rolnictwo i przetwórstwo rolno-spożywcze są dziś filarem ukraińskiej gospodarki. Dominują w tym sektorze potężne spółki posiadające setki tysięcy hektarów urodzajnej ziemi. Największe agroholdingi Ukrainy (według informacji Ośrodka Studiów Wschodnich) to:

  • Kernel Holding – 600 tys. ha;
  • UkrLandFarming – gospodarujący na ok. 500 tys. ha;
  • Agroprosperis – ok. 470 tys. ha;
  • Mironowski Chleboprodukt – ok. 370 tys. ha;
  • Astarta Holding– ok. 250 tys. ha.

Wojna niewiele zmieniła, jeśli chodzi o stan posiadania ukraińskich oligarchów – nadal kontrolują gospodarkę, choć nie trzęsą krajem jak kiedyś i ich wpływ na politykę został mocno ograniczony.

Dawny promotor

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Dyzma Kaczyńskiego i stracone miliardy złotych

PKN Orlen pod wodzą byłego wójta Pcimia stał się maszynką do wyprowadzania pieniędzy

Czegoś takiego jeszcze nie było w historii Orlenu. Prokuratury w Warszawie, Płocku i Łodzi prowadzą kilkanaście śledztw w sprawie nadużyć w największej polskiej spółce, popełnionych, gdy na jej czele stał Daniel Obajtek, którego namaścił Jarosław Kaczyński. „To jest przede wszystkim zupełnie niezwykły człowiek, jeżeli chodzi o talent organizacyjny, dynamikę, łatwość podejmowania decyzji, i to celnych decyzji, słusznych decyzji. Tutaj, można powiedzieć, w tym naszym zbiorze różnego rodzaju osób, które mają kwalifikacje do tego, żeby zrobić dla społeczeństwa w szerszym tego słowa znaczeniu coś dobrego, on jest taką bardzo wyróżniającą się postacią”, mówił o Obajtku prezes PiS, nazywając go „gwiazdą”.

Z pobieżnych szacunków wynika, że za sprawą niezwykłych przymiotów Obajtka narodowy czempion gospodarczy stracił co najmniej 25 mld zł.

Gwiazda spod ciemnej gwiazdy

Czym Obajtek zauroczył Jarosława Kaczyńskiego, trudno pojąć, ale były wójt Pcimia nigdy nie powinien zostać szefem naftowego giganta ani jakiejkolwiek innej państwowej spółki czy urzędu (zanim trafił do Orlenu, był prezesem Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa i prezesem spółki Energa). Obajtek nie miał do tego wykształcenia, doświadczenia ani kompetencji. A na dodatek był zamieszany w działalność przestępczą. Przyjęcie łapówki, oszustwo i współdziałanie z gangsterami ze zorganizowanej grupy przestępczej – takie zarzuty w 2013 r. postawiła prokuratura „niezwykłemu człowiekowi”. Sprawa trafiła nawet do sądu, ale nic się nie działo, bo oskarżeni nie pojawiali się na rozprawach. Gdy PiS doszło do władzy, rzucono Obajtkowi koło ratunkowe. Zmieniono przepisy Kodeksu postępowania karnego (kpk), tak by prokurator mógł na każdym etapie postępowania sądowego akt oskarżenia cofnąć, pod pretekstem uzupełnienia akt. Nowe prawo uchwalono błyskawicznie, akt oskarżenia w sprawie Obajtka został wycofany z sądu, a sprawę umorzono.

Szemrana mentalność Obajtka znalazła odbicie w słynnych taśmach potwierdzających, że jako wójt Pcimia wbrew prawu zarządzał z tylnego siedzenia prywatną spółką. A robił to w mało wyszukany sposób, używając wulgaryzmów. Jak policzył Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej” w dwugodzinnym nagraniu Obajtek wypowiedział 253 słowa na k, 55 słów na ch, 42 słowa na p i 36 słów na j. Pisowscy propagandziści tłumaczyli nieudolnie, że Obajtek cierpi na zespół Tourette’a – chorobę neurologiczną, której objawem może być niekontrolowane przeklinanie. Wywołało to oburzenie Polskiego Stowarzyszenia Syndrom Tourette’a. Lekarze i rodziny chorych potępili łączenie choroby z chamstwem i brakiem wychowania.

Obajtek, który już raz uniknął więzienia, teraz może mieć mniej szczęścia, chociaż chroni go immunitet europarlamentarzysty. Ale w Parlamencie Europejskim raczej nie znajdzie zbyt wielu naiwnych skłonnych uwierzyć w brednie o zemście przeciwników politycznych. Nadużycia, których się dopuścił i którym patronował, mogą ulubieńca prezesa zaprowadzić na wiele lat do więzienia.

Rozbiór Lotosu

Najpoważniejsze śledztwo prowadzone jest w Łódzkim Wydziale Zamiejscowym Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. Chodzi o fuzję Orlenu z Lotosem. W teorii połączenie dwóch spółek paliwowych miało podnieść wartość firmy, ułatwić pozyskanie nowych rynków zbytu i zapewnić zwiększenie przewagi konkurencyjnej. Zamiast tego rozprzedano majątek Lotosu poniżej rzeczywistej wartości, co było szaleństwem lub sabotażem. 30% udziałów w gdańskiej rafinerii przypadło saudyjskiemu koncernowi Saudi Aramco, ok. 400 stacji paliwowych węgierskiemu koncernowi MOL. Współpracująca z MOL węgierska firma Rossi Biofuel przejęła zakłady Lotosu produkujące biopaliwa, a polska spółka Unimot (kontrolowana przez zagraniczne podmioty) stała się właścicielem baz paliw. Zdaniem Najwyższej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Igrzyska chaosu

Jak rząd PiS przepuścił prawie 2 mld zł na bezsensowną imprezę sportową

Igrzyska europejskie to egzotyczne i nic nieznaczące zawody sportowe wymyślone przez znudzonych brakiem zajęć działaczy Stowarzyszenia Europejskich Komitetów Olimpijskich. Pierwsza edycja odbyła się w 2015 r. w Baku w Azerbejdżanie, a druga w 2019 r. w Mińsku na Białorusi. To raczej nie przypadek, że żadne demokratyczne państwo nie było zainteresowane taką imprezą, a igrzyska zorganizowano w krajach, gdzie rządzą autokraci i dyktatorzy, którzy wykorzystali sport do promocji*.

W 2023 r. pałeczkę przejął Kraków, a III Igrzyska Europejskie miały być wydarzeniem historycznym i zarazem dowodem na to, że Polska pod rządami PiS wstała z kolan. Jarosław Kaczyński podobnie jak prezydenci Ilham Alijew i Aleksander Łukaszenka musiał się pochwalić sukcesem. Zbliżały się wybory parlamentarne, a impreza o dumnej nazwie była znakomitą okazją do promocji partii rządzącej i jej polityków.

Propaganda sukcesu

PiS do współorganizacji igrzysk namówiło przychylnych sobie samorządowców z Małopolski, obiecując im górę pieniędzy nie tylko na inwestycje w obiekty sportowe, ale też na budowę i modernizację infrastruktury drogowej oraz zakup nowoczesnych autobusów miejskich i tramwajów. Utworzono spółkę Igrzyska Europejskie 2023, która miała się zająć przygotowaniem imprezy, a której udziałowcami zostały: Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego i Urząd Miasta Krakowa. Natomiast na pełnomocnika rządu ds. koordynacji igrzysk premier Mateusz Morawiecki wyznaczył Jacka Sasina, choć miał on już na swoim koncie „sukces” w postaci organizacji wyborów kopertowych i zmarnotrawienia ponad 76 mln zł.

„Traktujemy igrzyska jako przedsięwzięcie ogólnonarodowe, które będzie się ogniskować w Krakowie i Małopolsce. To wielka szansa na promocję Krakowa i regionu. Dzięki tej imprezie możemy pokazać Polskę jako miejsce, które nie odbiega poziomem rozwoju od pozostałej części Europy, miejsce, które warto odwiedzić i zostawić tu swoje pieniądze”, mówił ówczesny wicepremier i minister aktywów państwowych.

Prezesem spółki Igrzyska Europejskie 2023 został Marcin Nowak, były lekkoatleta i olimpijczyk oraz były dyrektor jednego z departamentów w Ministerstwie Sportu i Turystyki.

Pytany przez „Dziennik Zachodni”, czy nie ma obaw, że nie podoła tak trudnemu zadaniu jak organizacja igrzysk, Nowak odpowiedział: „Najważniejszym argumentem dla mnie było to, że jest to impreza, której w Polsce jeszcze nie było, której nawet w Unii Europejskiej jeszcze nie było. Pojawiła się wielka

* IV Igrzyska Europejskie odbędą się w 2027 r. w Stambule, którego burmistrz Ekrem İmamoğlu został niedawno wtrącony do aresztu pod zarzutami rzekomej korupcji (więcej na s. 36). Zdaniem opozycji zatrzymanie głównego przeciwnika politycznego wszechwładnego prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana to tylko pretekst do pozbycia się niewygodnego konkurenta.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Milionerzy z SDP

Szczytów jest wiele. Nie tylko w górach. Ten, o którym piszemy, to szczyt bezczelności. Bezgranicznej. W biuletynie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich grupa gorących zwolenników i zajadłych apologetów PiS prezentuje się w roli obrońców dziennikarzy i wolności słowa. Któż się ubrał w te obrończe togi? Jolanta Hajdasz, od lat żyjąca sobie z sutych zarobków, które ma z tytułu zasiadania w rozmaitych przybudówkach SDP. Tomasz Sakiewicz („Gazeta Polska” i TV Republika) oraz Michał Karnowski („Sieci”) to rekordziści w pozyskiwaniu kasy, gdy rządziło PiS. Dziesiątki MILIONÓW ZŁOTYCH ze spółek skarbu państwa, ministerstw i agencji rządowych to dla SDP bilet do stania na straży wolności prasy. Chyba nie tej prasy ani nie tych mediów, które PiS gnębiło i głodziło?

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Promocja

Dlaczego złote monety to bezpieczna przystań w czasach niepewności?

Artykuł sponsorowany W obliczu nieustannych zmian gospodarczych, politycznych i społecznych inwestorzy na całym świecie poszukują stabilnych i bezpiecznych sposobów ochrony swojego kapitału. Złoto od wieków uznawane jest za jeden z najpewniejszych aktywów, a złote monety – jako jego

Kraj

Paśniki dla swojaków

Jak żerują na nas banki z udziałem skarbu państwa

28 lutego br. marszałek Sejmu Szymon Hołownia zwrócił się do prezesa NBP o rozważenie obniżki stóp procentowych. W piśmie do Adama Glapińskiego dowodził, że oprocentowanie kredytów, zwłaszcza hipotecznych, jest najwyższe w Europie. Przekonywał, że taka decyzja byłaby ważnym impulsem dla całej polskiej gospodarki, mogącym stworzyć przestrzeń dla inwestycji, nowych miejsc pracy i zwiększenia popytu.

Większość komentarzy była, delikatnie mówiąc, nieprzychylna. Członkini Rady Polityki Pieniężnej Iwona Duda stwierdziła, że ewentualne obniżki stóp procentowych mogą nastąpić dopiero pod koniec 2025 r. i będą niewielkie. Inni podkreślali, że RPP oraz Narodowy Bank Polski są – i powinny – pozostać niezależne od polityków. Czyli mogą postępować, jak chcą, a odpowiadają „przed Bogiem i historią”. To, że klienci banków, zwłaszcza ci, którzy zaciągnęli kredyty hipoteczne, są bezwzględnie wyzyskiwani – znaczenia nie ma. Trzeba przy tym zauważyć, że największymi beneficjentami polityki wysokich stóp procentowych są banki z udziałem skarbu państwa – PKO BP i Pekao SA.

PKO BP zarządza aktywami o wartości ponad 501,5 mld zł. W ubiegłym roku osiągnął rekordowy zysk – 9,3 mld zł. Tuż za nim lokuje się Pekao SA z aktywami na poziomie 305,7 mld zł. Dane dotyczące zysku za 2024 r. nie są jeszcze dostępne – rok wcześniej było to ponad 6,5 mld zł. Z kolei na ósmym miejscu w rankingu największych działających w naszym kraju banków znalazł się Alior, który dysponuje aktywami w wysokości ponad 90 mld zł. Jego głównym udziałowcem jest PZU SA.

Jest też Bank Gospodarstwa Krajowego, w 100% należący do skarbu państwa. Jego aktywa na koniec 2023 r. wynosiły grubo ponad 222 mld zł. Bank ten udziela kredytów i pożyczek przedsiębiorstwom oraz jednostkom samorządu terytorialnego, finansuje projekty infrastrukturalne, zarządza programami europejskimi i dystrybuuje środki unijne, a także wspiera projekty związane z energetyką odnawialną i infrastrukturą cyfrową.

Za rządów PiS na jego czele stała od grudnia 2016 r. Beata Daszyńska-Muzyczka, ciesząca się wsparciem i zaufaniem premiera Mateusza Morawieckiego. Premier Donald Tusk odwołał ją 11 stycznia 2024 r. W połowie kwietnia ub.r. prezesem BGK został Mirosław Czekaj, w przeszłości zasiadający w wielu radach nadzorczych banków, kojarzony z prezydentem Warszawy Rafałem Trzaskowskim. Należy podkreślić, że zarówno Daszyńska-Muzyczka, jak i jej następca to profesjonaliści, mający odpowiednie kwalifikacje, by kierować tym bankiem. Niestety, nie zawsze tak jest.

Kolesie

To, że w bankach kontrolowanych przez skarb państwa zatrudniano partyjnych działaczy, nie jest niczym nowym. Tak działo się w przeszłości i tak dzieje się dziś. Jednak za rządów PiS proceder ten osiągnął rozmiary epickie. Mało tego, w partii toczyły się brutalne boje o podział foteli w zarządach tych instytucji finansowych. Najbardziej znany i dobrze opisany jest przypadek walki o stołki w Pekao SA.

W grudniu 2016 r. zawarta została umowa sprzedaży przez włoski UniCredit za 10,6 mld zł pakietu 32,8% jego akcji Grupie PZU SA. Niemal natychmiast po przejęciu przez nią kontroli nad Pekao prezesem banku został Michał Krupiński – „złoty chłopiec PiS” w dziedzinie finansów, kojarzony z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą i jego komilitonami.

Po zwycięstwie PiS w wyborach z 2015 r. Krupiński został szefem PZU SA. Ściągnął wtedy do centrali brata ministra Ziobry, Witolda, który został doradcą prezesa PZU Życie. W Grupie PZU znalazła się też praca dla żony ministra, byłej dziennikarki Patrycji Koteckiej. Została dyrektorem marketingu w towarzystwie LINK4.

W 2017 r. Krupińskiego z fotela prezesa PZU SA wygryzł wicepremier Mateusz Morawiecki. Stało się to 22 marca, gdy prezes Jarosław Kaczyński był w Londynie. Ziobro nie zdążył z interwencją, ale znalazł miejsce dla byłego już prezesa naszego narodowego ubezpieczyciela w gabinecie prezesa Pekao SA. Krupiński zaś natychmiast ściągnął do banku Witolda Ziobrę, z którym przyjaźnił się od lat. Na tym stanowisku utrzymał się do listopada 2019 r. Oficjalnie odszedł na własne życzenie.

Jego miejsce zajął na chwilę od dawna związany z bankiem Marek Lusztyn, którego zastąpił Leszek Skiba, członek PiS, wiceminister finansów, niekojarzony z frakcjami walczącymi o wpływy w spółkach skarbu państwa. Miał to być pomysł

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Złodziejstwo i szczucie pod auspicjami rządu PiS

Czy nadużycia w Polskiej Fundacji Narodowej zaprowadzą na ławę oskarżonych Jarosława Kaczyńskiego, Beatę Szydło i Macieja Świrskiego?

Władze Polskiej Fundacji Narodowej poinformowały, że przygotowały zawiadomienie do prokuratury w związku z przestępstwami, których mieli się dopuścić pisowscy nominaci zarządzający fundacją w latach 2017-2023. Chodzi o zawieranie niekorzystnych umów i wytransferowanie środków finansowych fundacji bez dostatecznego uzasadnienia. Straty wyceniono na 30 mln zł, ale audyt trwa i należy się spodziewać, że to nie koniec.

Niecny proceder

Polska Fundacja Narodowa powstała w 2016 r. z inicjatywy rządu Beaty Szydło i miała się zajmować promocją Polski za granicą. Fundację utworzyło 17 największych firm państwowych obsadzonych przez ludzi PiS: Polska Grupa Energetyczna, Enea, Energa, Tauron, KGHM, PZU, PKN Orlen, Grupa Lotos, PGNiG, Grupa Azoty, Totalizator Sportowy, Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych, Giełda Papierów Wartościowych, Polski Holding Nieruchomości, Polska Grupa Zbrojeniowa, PKO BP oraz PKP.

Jeszcze w 2016 r. spółki przelały na konto PFN prawie 100 mln zł. Jednocześnie zobowiązały się, że do 2026 r. przekażą jej w sumie ponad 633 mln zł.

Prawie wszystkie spółki będące fundatorami PFN mają własne fundacje, które zajmują się tym samym, co ona. Tworzenie kolejnej fundacji, dublującej zadania już istniejących podmiotów, nie miało racjonalnego uzasadnienia. Małego tego! Statut PFN został tak skonstruowany, że gigantyczne pieniądze można było wyprowadzać na prawo i lewo pod byle pretekstem. A wiele wskazuje na to, że właśnie kradzież i defraudacja środków publicznych legły u podstaw utworzenia PFN. W 2017 r. poinformowałem o tym Centralne Biuro Antykorupcyjne, Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i prokuraturę. Z Prokuratury Regionalnej w Warszawie dostałem odpowiedź, „że zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa postępowanie karne wszczyna się, gdy zachodzi uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa, przy czym przez »uzasadnione podejrzenie« należy rozumieć konieczność oparcia się przez organ procesowy na konkretnych informacjach – dowodach”.

Moje przewidywania się sprawdziły, lecz nie mam z tego powodu wielkiej satysfakcji (o nadużyciach w PFN pisaliśmy w tekście „Fundacja propagandy PiS”, „Przegląd” nr 9/2024). Teraz przyjrzymy się szczegółowo jednej sprawie. Jest ona wisienką na bogato ozdobionym torcie afer, bo nie tylko wyprowadzono pieniądze do ludzi związanych z PiS i zorganizowano polityczną nagonkę na środowiska sędziowskie, ale jeszcze stali za tym wszystkim premier polskiego rządu i prezes PiS.

Układ przestępczy

Prokuratura Regionalna w Rzeszowie prowadzi śledztwo w sprawie nadużycia uprawnień i niedopełnienia obowiązków przez członków zarządu PFN w związku ze sfinansowaniem w 2017 r. kampanii medialnej „Sprawiedliwe sądy”, czym wyrządzono fundacji szkodę majątkową w wielkich rozmiarach, w kwocie nie mniejszej niż 8 428 542,74 zł.

Członkami zarządu w tym czasie byli Cezary Jurkiewicz (w randze prezesa), Maciej Świrski i Paweł Kozyra.

Jurkiewicz to niedoszły ksiądz (cztery lata spędził w seminarium), ojciec ośmiorga dzieci, były szef klubu warszawskich radnych PiS i lider Klubu „Gazety Polskiej” w stołecznej dzielnicy Wawer. Jest też zaufanym człowiekiem Jarosława Kaczyńskiego. Był szefem straży porządkowej, która ochraniała partyjne manifestacje i miesięcznice smoleńskie.

Świrski, teraz ulokowany przez PiS na stołku przewodniczącego KRRiT, uchodzi za człowieka byłego wicepremiera Piotra Glińskiego. W 2013 r. założył Fundację Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga przeciw Zniesławieniom. Znany jest z pieniactwa – dzięki niemu zdobywa rozgłos. Walczył m.in. z nagrodzonym Oscarem filmem „Ida”. Twierdził, że „może wywołać w widzach fałszywe przeświadczenie, że to Polacy wymordowali europejskich Żydów”. Od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej domagał się umieszczenia w czołówce filmu informacji o sytuacji Polaków podczas II wojny światowej. Do prezydenta Andrzeja Dudy skierował z kolei petycję z żądaniem

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.