Klątwa No Logo

Klątwa No Logo

Najbliższe wybory parlamentarne wygra niespodziewanie formacja No Logo, bez nazwy, niezbrukana żadnymi poglądami, niezauważona przez najczujniejsze sondaże, niewychwycona przez analityków sceny politycznej, publicystów i publicystki. Wzięli się znikąd, są wszędzie, uważają wszystko, niczym niezbrukani, nieznani, nierozpoznawalni, autentyczni i wiarygodni. Do polityki wejdzie pokolenie (może dwa lub trzy) apolityczne, które jest ni z lewa, ni z prawa, ni z góry, ni z dołu, ni naprzód, ni w tył. Tacy jak my, każdy w nich się rozpozna, nikt ich nie odrzuci, dość zgniłych kompromisów, programów za długich i niezrozumiałych, precz ze spójnością poglądów, świadomością ich konsekwencji, lekceważeniem kosztów budżetowych i społecznych. Społeczeństwo żądało zmiany, odświeżenia i to wszystko dostało – jednym wyborczym ruchem milionów głów i rąk. Stare musi odejść, żeby nowe mogło wejść, znane umrzeć, żeby narodziło się nieznane, rozpoznawalne musi się rozpłynąć w powietrzu, żeby enigmatyczne wylądowało. Jedno wielkie, wszechogarniające polityczne cielsko – Polska.

Ta partia Polska się nazwie, a znamy ją wbrew pozorom doskonale z dziesiątków manifestacji w setkach spraw. Te demonstracje są no logo, bez partyjnych, organizacyjnych, środowiskowych nazw, flag, banerów, znaczków, chustek, długopisów, paznokci w barwach formacji. Taki nieoznaczony tłum odpowiada idealnie na potrzebę odreagowania tego, co jest, co rzeczywiste i zabarwione, to pokusa polityki anielskiej, bezcielesnej, bezgrzesznej, ponadpartyjnej, ponad wszystko. To zanurzenie się w iluzji jedności, wspólnoty (my Polacy i Polki, my mądrzy i mądre, my dojrzali, my zmęczone, my młodzi, my dziewuchy, my motocykliści, my wszyscy jak jedna rodzina). I w pozornym artykułowaniu racji bez ograniczeń partyjnych.

Ten koszmarny sen o jedności ponad to, kim jesteśmy, ponad nasze tożsamości, płcie, nawyki, racje, interesy, lęki i marzenia, to jedna z najgroźniejszych wirusowo rozsiewanych herezji politycznych. Taka nieoznakowana formacja polityczna, lawinowo rosnąca i powszechnie praktykowana, jest kłamstwem politycznym masowego rażenia. Jest śmiertelnie groźna, ale tylko dla społeczeństwa, które w dniu wyborów zostanie z ręką w pustym wyborczym nocniku, z którego niczego, czyli kartki wyborczej, wyciągnąć się nie da. Przekucie gigantycznej energii protestów społecznych ostatnich tygodni w przezroczystość nienazwanych grup i pozbawienie prawdziwych, realnych aktorów i aktorek, inicjatorek i inicjatorów zaowocuje w ten sposób, że frukta wyborcze pożrą symboliczne dinozaury naszej polityki, nasz rodzimy potwór POPiSDZILLA. A obecna ordynacja wyborcza, kiedy widzi tę bezlogowość, tylko zaciera rączki: temu, kto duży, będzie dodane jeszcze więcej, a małemu zabrane nawet to, co mu się należy.

Wciąż i na lata, dopóki narodowcy nie wezmą całej władzy, mamy demokrację parlamentarną. Gorszą, lepszą, wykoślawioną, wybrakowaną, ale parlamentarną. To znaczy, że do parlamentu mogą się dostać albo istniejące, założone partie, albo inne ruchy zorganizowane formalnie (komitety wyborcze). Magma nologowa – nie. Czas między wyborami jest czasem podejmowania decyzji, roztrząsania identyfikacji, budowania zaufania, dociekania, komu i dlaczego należny jest nasz głos. Rozpuszczanie w morzu głów i lesie rąk prawdziwej politycznej tożsamości i identyfikacji skończy się nędzą kolejnych rozstrzygnięć przy urnach. Powróci zaklęcie o konieczności wyboru mniejszego zła, poparcia silnego, zapomnienia o różniących nas interesach, wizjach, marzeniach.

W demonstracjach i innych działaniach publicznych, masowych czy kameralnych, mamy do odrobienia jedną z najtrudniejszych lekcji życia społecznego i politycznego – lekcję współpracy lub chociaż zadaniowej współobecności. Nie jest tak, że jedyną alternatywą dla monopartii w 40-milionowym państwie będzie 40 mln pojedynczych partyjek, bo nawet my sami, pojedynczo, toczymy ze sobą nieustający spór, zmieniamy zdanie, mylimy się. Cenę za unikanie różnorodności afiliacji politycznych zapłacimy tym olbrzymom i hałaśnikom, których ten zakaz i obostrzenie nie dotyczy: PiS, Platformie, narodowcom.

Na żaden kolejny nologowy protest nie pójdę, bo to fikcja większa niż czerwony pasek TVP Info, a trzeba przyznać, że tam osiągnięto poziom kosmiczny, ponadorbitalny.

Nie możemy się wstydzić naszych przynależności, barw ani poglądów. Musimy mieć prawo na wszystkie sposoby je manifestować, a nie ukrywać, maskować, odgrywać teatrzyk – wszystko o nas bez nas. Dość wywieszania przezroczystej flagi, chyba że chcemy być rządzeni przez monstrum, które swojej flagi nigdy i nigdzie nie chowa.

Wydanie: 32/2017

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy