Kombatanci jako dekoracja

Kombatanci jako dekoracja

Po tym, jak obchodziliśmy 70. rocznicę napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę, jednego tylko możemy być pewni. Mało kto z naszych polityków i dziennikarzy, a i historyków wziął sobie do serca słowa Cycerona, że historia jest nauczycielką życia. Czego bowiem nas ta rocznica nauczyła?
Ci, którzy okropieństw wojny i okupacji doświadczyli na własnej skórze, wiedzą swoje i żadne propagandowe sztuczki tego nie zmienią. Nawet to, jak ich potraktowano przy okazji tej rocznicy. Przecież to oni mieli być bohaterami obchodów. Mieli być głównymi postaciami, bo sobie na to w pełni zasłużyli. Już wówczas, 70 lat temu, gdy stawali z bronią w ręku, w przeciwieństwie do wielu dygnitarzy sanacyjnych – z Edwardem Rydzem-Śmigłym na czele – którzy wraz z rodzinami uciekli za granicę. W ramach walki z sąsiadami o prawdę historyczną przekłamuje się wszystko, co jest niewygodne dla dzisiejszego obozu władzy. Łatwo przewidzieć, co może myśleć o takich opisach ówczesnych wydarzeń ktoś, kto brał wówczas w skórę.
Dzisiejszy model polityki historycznej adresowany jest więc nie do kombatantów, których szeregi szybko topnieją, ale do młodzieży. To ona ma uwierzyć w tę nową historię, wybiórczą i spreparowaną pod kątem ideologicznych potrzeb polskiej prawicy. Kombatanci są tu tylko tłem dla polityków i prawicowych mediów. O wybuchu II wojny światowej mówią u nas głównie ludzie urodzeni już po jej zakończeniu. Wybierając z historii dowolne fragmenty, w pogardzie mają prawdę historyczną, o którą tak głośno się upominają.
Politycy we wrześniu 2009 r. powinni stać w drugim szeregu. Stać i słuchać. Czy można sobie wyobrazić olimpiadę bez sportowców lub mecz bez piłkarzy? Nie. A historyczną rocznicę z jej bohaterami ustawionymi za szpalerem polityków w dalszych szeregach? W Polsce, jak się okazało, kombatanci mogą być dekoracją, i to w czasie własnego święta.
A może by tak zacząć od uporządkowania własnego podwórka. Tydzień temu jako jedni z bardzo nielicznych przypomnieliśmy faktyczny początek wojny, czyli zbrodnicze zbombardowanie Wielunia i śmierć setek cywilnych ofiar. Powody, dla których Wieluń jest w głębokim cieniu Westerplatte, są wyłącznie polityczne. Skrywanie tragedii Wielunia, która była zapowiedzią niezwykle bestialskiego stosunku Niemców do ludności cywilnej, najlepiej pokazuje, ile jeszcze trzeba zrobić, by obraz wojny odzwierciedlał ówczesne realia. Bombardowanie miast i wsi, ostrzeliwanie uchodźców na drogach i od samego początku, już we wrześniu 1939 r., rozstrzeliwanie cywilów. Ponad 80% polskich ofiar wojny to ludność cywilna. A ci, którzy przeżyli łapanki i terror, byli zaliczeni do kategorii podludzi i stanowili niewolniczą siłę roboczą. Czy polski uczeń szkoły średniej potrafi sobie te pojęcia w ogóle wyobrazić?
Jak dziś odpowiadamy temu uczniowi na pytanie, dlaczego Polska wówczas przegrała? Dlaczego nikt nam nie pomógł? I dlaczego sojusznicy, z którymi mieliśmy podpisane traktaty, zostawili Polskę osamotnioną? I wreszcie pytanie o odpowiedzialność personalną polskich polityków i dowódców za te papierowe sojusze i późniejszą tragedię ludności.
To rozliczenie jest niezbędne. Z szacunku dla prawdy historycznej. Z poczucia odpowiedzialności przed ofiarami i kombatantami wojny. By naprawdę historia była nauczycielką życia i by współcześni politycy pamiętali, że nikt i nigdy nie zdejmie z nich odpowiedzialności za słowa i uczynki. Także za milczenie wobec oczywistych manipulacji historycznych.

Wydanie: 36/2009

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy