Wędrował księżyc złoty

Wędrował księżyc złoty

A było to tak: Pewnej nocy księżyc świecił i rzucał srebrzysty blask na sunące gdzieniegdzie pierzaste obłoki, pohukiwały pójdźki i puszczyki, szumiały drzewa. Dołem, czołgając się, przez gęste zarośla przedzierały się pod Smoleńsk doborowe oddziały partyzantów Macierewicza. W ciszy zupełnej. Czasem tylko menażka szczęknęła o bazookę lub rozległo się słowo niezdatne do druku, które stłumione szmerem liści można było wziąć za komendę… Aż nagle gdzieś z boku rozległ się wesoły głos trąbki, potem krzyki nagonki, wreszcie śpiew dziarski buchnął: „Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój. Na łów, na łów, na łowy do zielonej dąbrowy”. To myśliwi ministra Szyszki ruszali katrupić wszystko co żywe w imię ochrony środowiska. Myśliwym, jak wiadomo, ustawowo przeszkadzać nie wolno, a w szczególności już włazić na tereny ich igraszek. Tak starły się dwie racje stanu. Konia z rzędem temu, kto rozstrzygnie, który program ważniejszy – czy „darzbór!”, czy „wrak samolotu szablą odbierzemy”. Potem więc było już jak we wspomnieniach starego, zasłużonego kombatanta.

„Wtorek: Bohatersko zdobyliśmy leśniczówkę.
Środa: Straciliśmy leśniczówkę.
Czwartek: Odbiliśmy leśniczówkę.
Piątek: Znowu nas odepchnięto.
Sobota: Niech będą dzięki Maryi Pannie. Leśniczówka znowu w naszej mocy.
Niedziela: Niestety, wszystko skończone. Wrócił leśniczy z wizyty u teściów i nas przegonił”.

Nie ironizujemy, broń Boże, zresztą nie odważylibyśmy się, ale tak to już jest, kiedy dzieciom da się do rąk nieodpowiednie zabawki (najbardziej unikać trzeba zachodnioniemieckich samochodzików) i udostępni piaskownicę. Młódź w piaskownicy najchętniej bawi się w wojnę. Nie bez imponujących skutków. Przypomnijmy tylko, jak w „Chłopcach z Placu Broni” Ferenca Molnára podwładni Janosa Boki powstrzymują piaskowymi bombami atak znienawidzonych czerwonoskórych (zwracam szczególną uwagę na kolor) Feri Acza. Janosowi Boce „przyszedł wtedy na myśl Napoleon” i dalej: „Teraz znów myślał o Napoleonie Wielkim. Jego tak bardzo kochała stara gwardia…”. Nie zapominajmy jednak, że i ta piaskownicowa wojna ma swoją ofiarę. Jest nią mały, jasnowłosy szeregowiec, pośmiertnie mianowany kapitanem Ernest Nemeczek, który służąc w wywiadzie Napoleona Janosa Boki, spędza dłuższy czas w stawie ogrodu botanicznego, przeziębia się i w końcu umiera ku rozpaczy ojca krawca i matki kucharki. Francuzi nazywają lekceważąco takie sytuacje dommages collatéraux – stratami ubocznymi. Mała strata, krótki żal.

Podobna może się zdarzyć jednak i pod leśniczówką. A to asowi obrony terytorialnej broń sama odpali, co biorąc pod uwagę czas przeznaczony na jego wyszkolenie, nader łatwo może się przytrafić. A to kleszcz wpełźnie do ucha, od czego już kleszczowe zapalenie mózgu murowane. A to szczur wodny w forsowanych nadbrzeżnych chaszczach ukąsi w nogę i spowoduje nieuleczalną gangrenę…

Z myśliwymi nie lepiej. Skurczony pod tarniną OT-harcerzyk Macierewicza podobny jest do bobra jak dwie krople wody. Huzia więc z wesołych dwururek! Orzeł biały na czapkach – wypisz wymaluj niczym oryginał, nie na darmo tak się trudzili artyści. Ognia więc! Wprawdzie orzeł jest gatunkiem chronionym, ale skoro można strzelać do żubrów, to tym bardziej do padlinożercy. A pod tą czapką, czapką zieloną… Niestety, na hełmy nie starczyło już pieniędzy, które wyszły na rzeczników zapewniających, że jutro będą już helikoptery, łodzie podwodne i w trzech smakach drób.

Pod szpitalem powiatowym tłok. Przyjeżdżają partyzanci, tłoczą się myśliwi. Każdy bieduje, przeklina, a przede wszystkim przypomina, z czyjego wysokiego działał rozkazu. Takim nie podskoczysz. Niestety, wolnych miejsc nie ma. Jedyny sposób to wyrzucić bezproduktywne staruszki i oddać ich łóżka przyjezdnym. Wysokiego urzędnika od śledzenia dezinformacji po to przecież z piaskownicy przywieziono, żeby udowadniał, że nic takiego nie było, a stare baby same sobie poumierały. I czasem tylko jakiś nieostrożny zatwardzialec uskarżać się zacznie, że może lepiej byłoby wydawać pieniądze na opiekę zdrowotną niż podbijanie Smoleńska albo niszczenie środowiska naturalnego. Odpowie mu na to minister Radziwiłł we własnej osobie. Jego przodkowie niczym innym się nie zajmowali, jak prywatnymi wojenkami, gnębieniem prymitywnego chłopstwa, któremu ich żołnierzyki tratowały uprawy, a przede wszystkim łowami, jakich Litwa nie widziała. I co? Radziwiłłowie mają się dobrze, co sprawdzić można na jego własnej osobie. Byleby wiedzieć, z kim trzymać, a partyzanci i myśliwi to podstawa.

Wydanie: 8/2017

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy