Nomina sunt odiosa

PRAWO I OBYCZAJE

W dorobku kultury śródziemnomorskiej zachowało się wiele cennych myśli, które okazały się „trwalsze do spiżu”. Jedną z nich jest starorzymska sentencja — Nomina sunt odiosa — przypisywana Cyceronowi (106-43 p.n.e.), tudzież żyjącemu później, wielkiemu poecie Owidiuszowi (43 p.n.e.-17 n.e.). W tym lapidarnym powiedzeniu wyrażona została mądra przestroga przed lekkomyślnym wymienianiem nazwisk innych ludzi, gdyż takie gadulstwo może nas narazić na niepotrzebne przykrości.
Nazwiska bywają zdradliwe z przeróżnych powodów. Np. opublikowanie utworu pod własnym nazwiskiem powoduje nieraz, że ostrze zjadliwej krytyki zwraca się przeciw jawnemu twórcy dzieła. Aby tego uniknąć, przezorni autorzy posługują się pseudonimami. Kiedyś takie zachowania były uważane za nieobyczajne. Władysław Witwicki, wybitny moralista pierwszej połowy minionego wieku, uczył, że każda broszura i każda książka powinna nosić nazwisko autora, tak samo jak każda recenzja i artykuł polemiczny, autor bowiem powinien odpowiadać za to, co pisze („Pogadanki obyczajowe”, Warszawa 1962, s. 148).
Nazwisk swych nie ujawniają zwykle autorzy donosów, wiedzą bowiem, że przyznanie się do autorstwa niesprawdzonego doniesienia skończyłoby się procesem o zniesławienie. Anonimy są moralnie szkodliwe zawsze i wszędzie. Nie uświęcają ich nawet „wzniosłe cele”, takie jak walka z korupcją, wrogami ludu itp. Pisałem już o tym w eseju „Chwalebne donosy” (w: „Labirynt praw i obyczajów”, KIW, Warszawa 2001, s. 159). Profesjonalnej walki z przestępczością nie zastąpią żadne „telefony zaufania”. Świadczy o tym np. kompletne fiasko eksperymentu anonimowych doniesień w Urzędzie Wojewódzkim w K., wymyślonego przez b. wojewodę, Marka K.
Pseudonimy i anonimy wywodzą się z przekonania, że wolny człowiek ma prawo do zachowania w tajemnicy swego nazwiska, jeśli nie sprzeciwia się temu porządek prawny. Ustawa o prawie autorskim z 1994 r. wręcz gwarantuje w art. 16 każdemu twórcy prawo do oznaczenia swego utworu pseudonimem lub udostępnienia go anonimowo. Donosy składane przez anonimowych autorów nie są karalne, jeśli nie zawierają zniesławiających treści. Prawo zapewnia osobom podejrzanym i oskarżonym ochronę przed ujawnianiem ich tożsamości (często jest to jednak ochrona czysto pozorna, fikcyjna, gdyż nazwiska bohaterów głośnych procesów są tajemnicą poliszynela!)
Jest wielu ludzi, którzy noszą te same nazwiska i wskutek tego padają ofiarami nieporozumień. Sam doświadczyłem zdradliwości mego nazwiska, zwłaszcza w czasie pełnienia funkcji rzecznika praw obywatelskich.
Kiedyś pewien katolicki ksiądz, T. Cz. ze Szczecina, raczył przypisać mi autorstwo książki „Rzeczpospolita Rzymska” napisanej przez znakomitego filologa klasycznego, zmarłego w sędziwym wieku, w 1944 r., prof. Tadeusza Zielińskiego. Ów świątobliwy duchowny, nie mający pojęcia o dorobku i życiu wspomnianego uczonego, napisał do mnie tak: „W książce »Rzeczpospolita Rzymska« podał Pan charakterystykę samego siebie, opisując zbrodnie Katyliny, który zgładził własnego syna, by pojąć za żonę bogatą wdowę, Aurelię Orestillę. »Młoda kobieta nie chciała stać się macochą, a syn Katyliny z pierwszego małżeństwa był już prawie młodzieńcem. Należało więc zdecydować: albo Orestilla z posagiem, albo syn… Szczątki sumienia odzywały się jeszcze w awanturniku, ale niebawem zamilkły. Syn Katyliny zmarł wkrótce nagłą śmiercią, ojciec zaś niedługo ożenił się z piękna, bogatą kobietą o kamiennym sercu«”. Dobry ksiądz zakończył swój chrześcijański list następującym zdaniem: „Cytat przesyłam Panu, a książkę wrzucam do pieca, żeby wzrokiem nie spotykać nazwiska wzbudzającego odrazę”. Nomen odiosum!
List wielebnego księdza ze Szczecina był jednym z wielu podobnych, jakie otrzymywałem w tamtym czasie od innych duchownych. Wtórowali im na ambonach kościołów gorliwi głosiciele słowa Bożego.
Niezbadane są wyroki Boskie. Kiedy przed blisko 50 laty pochylałem się nad słynnymi „katyliniarkami” Cycerona, nie przypuszczałem, że u schyłku mego życia będę porównywany ze zbrodniarzem, którego oskarżał w tych mowach wielki orator rzymski.
Po co właściwie piszę dziś o tamtych niewybrednych atakach na niezależny od Kościoła urząd państwowy? Sądzę, że młodszym pokoleniom należy się wiedza o metodach stosowanych wtedy przez duchownych fundamentalistów, którzy po upadku komunizmu w Polsce chcieli zapewnić Kościołowi katolickiemu dominującą rolę w państwie.
Wróćmy jednak do nazwisk, które są odiosa. Jak niebezpieczne jest posiadanie nazwiska, noszonego przez wielu ludzi, przekonałem się szczególnie w czasie kampanii prezydenckiej w 1995 r., gdy na łamach „Warsaw Voice” ukazał się artykuł, w którym jeden z ówczesnych pretendentów do najwyższego urzędu w państwie (czcigodny Aleksander M.) obwieścił wszem wobec, w kraju i za granicą, każdemu czytelnikowi tej gazety z osobna, że popierany przez Unię Pracy T. Zieliński to były towarzysz partyjny, członek „niesławnej pamięci” Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Wojciech Młynarski ułożył wtedy nawet zjadliwy wierszyk na pohybel rzekomemu działaczowi „przewodniej siły narodu w budowie socjalizmu”.
Jako żywo nie byłem nigdy żadnym towarzyszem: partyjnym, ZMP-owskim, pancernym sztuki drukarskiej czy nawet towarzyszem polowań na zwierzynę (nikt mi nie śpiewał: „Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój”). Stwierdzam to gwoli ścisłości, w obronie własnej tożsamości, a nie dlatego, bym uważał bezpartyjnych obywateli PRL za wzór cnót wszelakich, a członków PZPR za „płatnych zdrajców, pachołków Rosji”.
W związku z tegorocznymi wyborami do Sejmu i Senatu czekają mnie kolejne kłopoty z powodu nieszczęsnego nazwiska. Oto bowiem kandydatem do Sejmu następnej kadencji jest poseł Unii Wolności, Tadeusz Zieliński. W kręgach wyborców szerzy się już plotka, że owym kandydatem jest b. rzecznik praw obywatelskich, czyli autor tego felietonu. Słyszę, że terenem moich zmagań ma być Rybnik! Miłe miasto, ale nie mam z nim nic wspólnego.
Zacny poseł, mój imiennik, posługiwał się w czasie pełnienia mandatu posła UW dwojgiem imion: Tadeusz Jacek, co nas odróżniało i zapobiegało nieporozumieniom. W obecnej kampanii wspomniany pretendent do Sejmu przedstawiany jest jako Tadeusz Zieliński. W serca moich fanów wstąpiła nadzieja, że wrócę do polityki, ale wrogowie szykują się już do ataku. Płonne mogą się więc okazać przewidywania, że polityk mylony z b. rzecznikiem będzie mocnym kandydatem Unii w najbliższych wyborach. Tonący unici brzytew się już chwytają!

Wydanie: 31/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy