Ludzkim głosem

Kuchnia polska

W wieczór wigilijny zwierzęta, jak wiadomo, mówią ludzkim głosem.
Można jednak rozszerzyć ten eksperyment i raz do roku pomówić ludzkim głosem o sprawach należących do polityków i ekonomistów, którzy wytyczają naszą przyszłość i przekonują nas, aby postępować według ich wskazówek.
Perswazje te nasilają się szczególnie w obliczu konfliktów społecznych, takich na przykład, z jakimi mieliśmy niedawno do czynienia w Ożarowie albo z jakimi mamy i będziemy mieć do czynienia na Śląsku. Główną myślą tych perswazji jest przekonywanie, że wprawdzie podejmowane dzisiaj środki naprawcze – polegające zazwyczaj na zamykaniu zakładów pracy i zwalnianiu ich pracowników – są wysoce nieprzyjemne, ale w przyszłości dadzą błogosławione rezultaty w postaci likwidacji deficytowych branż, do których całe społeczeństwo musi dopłacać, uzdrowienia niewydajnych zakładów lub przekwalifikowania zastarzałych załóg robotniczych do nowych, choć zazwyczaj bliżej nieokreślonych, specjalności.
Korzyści z tych posunięć dają się dość łatwo obliczyć na papierze i kiep, kto tego nie rozumie. „Tnij głęboko, krócej boli”, zaleca polityk. Dlaczego „protesty górników przeciwko taniemu węglowi z importu nie spotkają się z oporem w innych branżach, a przeciwnie – z pełnym zrozumieniem”, dziwi się publicysta ekonomiczny, zdradzając przy okazji, że węgiel jako surowiec energetyczny wcale się nie skończył, a górnictwo nie musi umrzeć jak wszystko w przyrodzie, tylko górnicy śląscy muszą po prostu oddać swoje miejsca pracy jakimś innym górnikom za granicą, którzy wydobywają węgiel taniej.
Otóż są to wszystko argumenty niepodważalne, dające się naukowo uzasadnić, zaś recepty są dziarskie i krzepiące. Pod warunkiem wszakże, że nie zaczniemy o nich mówić ludzkim głosem, na co wolno sobie pozwolić raz do roku, w okolicy Bożego Narodzenia.
Kiedy bowiem zafundujemy sobie ten luksus, rzecz komplikuje się nieco i prowadzi, chcąc nie chcąc, do pytań filozoficznych. Takim pytaniem jest na przykład mierzony skalą ludzkiego życia stosunek teraźniejszości do przyszłości. Ludzkość bardzo często stawała przed tym pytaniem, bardzo też często udzielała sobie odpowiedzi, że teraźniejszość jest w istocie niczym wobec przyszłości, do której zmierzamy. Małodusznością jest więc niechęć do poświęcenia szarego dziś dla świetlanego jutra. Tezę tę szczególnie przekonywająco wykładali wszelacy dyktatorzy, historyczni wizjonerzy, jeśli tylko dorwali się do władzy, oraz wodzowie organizujący krwawe rzezie w imię jutra pełnego harmonii i pokoju. Takie również argumenty towarzyszyły heroicznej budowie komunizmu, co dzisiaj wytykamy mu bezlitośnie.
Nigdy jednak na szczęście nie brakło także myślicieli żywiących w kwestii teraźniejszości i przyszłości opinię nieco odmienną. Karol Irzykowski na przykład wymyślił termin „filozofia koralowa”, chcąc przez to powiedzieć, że ludzkość nie powinna rozwijać się na podobieństwo kolonii koralowców, w której życie tysięcy jednostek służy jedynie temu, aby rosła z nich coraz większa i wyższa rafa koralowa. Nie brak także takich, którzy twierdzą, że życie poszczególnych jednostek, tu i teraz, ma pewien sens, a jego jakość – zważywszy, że wszystko to trwa dość krótko, zaledwie kilkanaście mistrzostw świata w piłce nożnej lub jeden przelot komety Haleya w pobliżu naszej Ziemi – jest jedynym tematem, o którym warto rozmawiać na serio.
Otóż jeśli przyjmiemy – choćby tylko na Wigilię – ten drugi punkt widzenia, obliczenia i argumenty polityków i ekonomistów, z którymi mamy dziś do czynienia, przestają brzmieć tak bardzo przekonywająco. A przynajmniej nie przemawiają tak silnie do ludzi, którzy dzisiaj mają stracić pracę i możność wyżywienia swoich rodzin oraz wykształcenia dzieci, aby w przyszłości w Ożarowie na przykład wykwitł jakiś nowy, niezwykle nowoczesny przemysł, a na Śląsku zamiast dymiących kopalń powstał choćby najpiękniejszy w świecie ogród botaniczny.
Nie są to przy tym tylko małoduszne opory maluczkich, którym wali się to na głowę. Nie brak bowiem także ekonomistów, którzy – jak na przykład John Kenneth Galbraith – dowiedli, że utrzymywanie przez społeczeństwa niektórych deficytowych branż, czym dzisiaj straszy się nas tak intensywnie, jest w istocie społecznie tańsze niż utrzymywanie tłumu bezrobotnych. Albo takich, którzy – jak na przykład Schumacher, autor głośnego „Małe jest piękne” – wykazali, że niszczenie mało wydajnych, bo opartych często wręcz na rzemiośle, metod produkowania przez niewątpliwie wydajniejsze metody produkcyjne epoki industrialnej lub postindustrialnej potrafi przynieść więcej nieszczęść niż pożytku, ponieważ rozrywa międzyludzkie związki kulturalne, bez których ludzie czują się nieszczęśliwi.
Myślenie politycznych i ekonomicznych nauczycieli nowoczesności jest niewątpliwie w pełni racjonalne. Ale już Max Weber niemal sto lat temu opisał bardzo przejrzyście, jak racjonalność prowadzi do nieracjonalności i absurdu, a któryś z jego następców udowodnił nawet, że jednym z najracjonalniej zorganizowanych przedsięwzięć był holokaust.
Tłumaczymy sobie, że nasz pociąg jedzie w stronę zachodu Europy i wymaga to od nas poświęceń. Dobrze, że tam jedzie, bo tylko w ramach Europy jako całości można będzie rozwiązać problemy naszego Śląska czy naszego Ożarowa. Szkoda jednak, że towarzyszy temu niezbyt uzasadnione przekonanie, iż Europa posiadła już cudowną receptę, którą wystarczy wdrożyć i u nas. Widocznie z kabiny maszynistów słabo widać narastające strajki w Anglii, połączone z wołaniem o renacjonalizację niepokoje społeczne we Francji i Niemczech czy też kryzys włoskiego Fiata. Po prostu wygląda na to, że recepta liberalnej ekonomii zaczęła i tam rodzić cierpkie owoce, których nikt się po niej nie spodziewał.
Może ludzie są za głupi, aby przyjąć tę receptę. Może patrzą zbyt blisko i widzą tylko swoje zasmarkane bachory i żony, którym warto by kupić jakąś nową kieckę pod choinkę. Może wsłuchują się w strzykanie swoich zmarnowanych pod ziemią kości i wpatrują w swoją metrykę, w której już wiek lat 40 nie wróży im nic dobrego. Może za bardzo upierają się przy opinii, że ich życie tu i teraz jest jednak coś warte i nie chcą go poświęcić w imię przyszłości.
Może po prostu za często, a nie tylko w wigilijny wieczór, mówią ludzkim głosem.

 

Wydanie: 50-51/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy