Kółka Serafina, kółka Kulczyka

Kółka Serafina, kółka Kulczyka

Zaczęło się. Zamiast nagrań Serafina, które pozwoliły mediom jakoś dociągnąć do igrzysk olimpijskich, będziemy mieli prawdziwe emocje. Nie takie reżyserowane, i to kiepsko, przez polityków amatorów, agentów z bożej łaski i konkurentów do dzielenia tortu. Podniecanie się nagraniami z rozmów, jakich w Polsce prowadzi się tysiące, nie jest niczym więcej niż hipokryzją i teatrzykiem dla niezbyt zorientowanej widowni. Bo któż na własnej skórze nie doświadczył podobnie obrzydliwych obyczajów i skutków oplatających kraj powiązań politycznych czy, precyzyjniej mówiąc, towarzyskich i rodzinnych. Mimo wieku ciągle zdumiewa mnie, że z powodu nepotyzmu szaty rozdzierają ludzie z firm rządzonych przez klany rodzinne i ich bliskich znajomych. Oczywiście prywatny właściciel może zatrudnić, kogo chce. Na szczęście nie znaczy to, że równocześnie prywatna telewizja jest wzorcem moralności, który niesie jak kaganiec oświaty ciemnemu ludowi. Im bardziej się puszy i oburza na innych, tym bardziej popada w śmieszność. Przykładem, jak w Polsce miesza się to, co szlachetne, cenne i mające dla ludzi wartość symboliczną, z tym, co bezczelne i kombinatorskie, jest informacja o nowym sponsorze Polskiego Komitetu Olimpijskiego, czyli Janie Kulczyku. Prezes PKOl Andrzej Kraśnicki, zostawiony przez państwo bez pomocy, musiał być w naprawdę rozpaczliwym położeniu, skoro przystał na sponsoring Kulczyka. Miliarder znany ze skutecznego skupowania polskich firm państwowych zaczął się udzielać sponsorsko, gdy jego bardzo bliscy współpracownicy zaczęli mieć szczególnie bliskie kontakty z prokuratorami. Szkoda tych pięknych kółek olimpijskich na to, by niepłacący w Polsce podatków Kulczyk poprawiał sobie nimi swój wizerunek. Takie instytucje jak PKOl mają zbyt piękną tradycję, by musiały korzystać z pokazówki dobrodzieja Kulczyka. Wstyd, że rząd Tuska dopuścił do takiej sytuacji. A Kulczyk lepiej by zrobił, gdyby na początek zamiast do PKOl wrócił do polskiego urzędu skarbowego.
Wskażcie mi choć jeden kraj na świecie, gdzie powołuje się na ministrów sportu dwóch oczywistych kryminalistów, jednego z zarzutami kryminalnymi, panią o wiedzy sportowej mniejszej od zasobu wiadomości przeciętnej gospodyni domowej i panią prymuskę, która uczy się sportu w gabinecie ministra. Jaki chleb może wypiec taka ekipa? Sukcesy polskich sportowców i medale zdobywane mimo takiego stanu najwyższych kadr w sporcie pokazują, jak wielki jest potencjał i ile można by osiągnąć, gdyby kierownicę powierzać sensowniejszym ludziom. Gdyby sportowy wóz nie musiał wieźć maruderów. Gdyby nie trzeba było się wstydzić za ministrów i działaczy. Czy to są za wielkie wymagania? Co jest nie tak z kolejnymi premierami, że ich sportowe decyzje kadrowe są do tego stopnia kompromitujące lub, jak ostatnio, tak mało sensowne? Przecież gdyby ci ludzie byli kompetentni, to i premier zjadłby więcej śniadań z kolejnymi złotymi medalistami. A to jeszcze nikomu w karierze nie zaszkodziło.
Ale dość tych nierealnych rad. Sport w kraju nad Wisłą musi po prostu do przeszkód, jakie ma do pokonania, dopisać jeszcze jedną. Władzę. I robić swoje. Bo przecież olimpijska zasada Citius altius fortius (szybciej, wyżej, silniej) warta jest wysiłku. Sam udział w igrzyskach olimpijskich jest już ogromnym wyróżnieniem, a olimpijski medal otwiera drogę do historii. I oby w Londynie Polacy mogli jak najczęściej fetować nowych bohaterów.

Wydanie: 31/2012

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy