Podsłuchy

Podsłuchy

Od tygodnia żyjemy „aferą podsłuchową”. „Aferą”, która wedle jednych powinna wysadzić rząd w powietrze, wedle drugich, bardziej radykalnych, doprowadzić do samorozwiązania Sejmu i przedterminowych wyborów. Co właściwie się stało? Pomijam rozmowę eksministra Nowaka z wiceministrem finansów. Tu rzeczywiście panowie mało elegancko ukręcali, jak się zdaje, łeb kontroli skarbowej w firmie żony eksministra. Sprawa nadaje się dla prokuratora, ale dotyczy Nowaka, który i tak ma już inną sprawę karną, oraz jego rozmówcy, dzisiaj też ekswiceministra. Z tego powodu nie upadają ani rządy, ani parlamenty.

Jeśli zaś chodzi o główny wątek „afery podsłuchowej”, rozmowę ministra Sienkiewicza z prezesem NBP Belką, to sprawa została rozdmuchana ponad wszelką rozsądną miarę. Wypowiadali się na jej temat politycy wszystkich opcji, dziennikarze wszystkich gazet i stacji, a nawet językoznawcy. Ci ostatni byli proszeni o komentarz, a nawet poniekąd ekspertyzę, czy słowa: dupa, pier… i kur… są eleganckie. Całą mocą swojego naukowego autorytetu, po głębokiej analizie, dochodzili do wniosku, że nie są. I oznajmiali to narodowi. Vivant professores! Polityków mamy marnych, za to intelektualistów wysokiej próby nam nie brakuje. Liczne komentarze prasowe ujawniły, że wielu dziennikarzy też po raz pierwszy usłyszało takie wulgarne słowa i też są zaszokowani.

Ja takie słowa znałem wcześniej, czasem zdarzało mi się ich użyć, toteż z tego powodu szoku nie przeżyłem. Co więcej, sam fakt spotkania i rozmowy ministra z prezesem banku centralnego uważam za rzecz zupełnie normalną, a i w treści rozmowy nie dopatruję się niczego, co mogłoby wywołać skandal polityczny. Towarzyski tak. Ale to co innego. Głupio będzie zapewne prezesowi Belce spojrzeć w oczy członkom „pieprzonej Rady Polityki Pieniężnej” albo ściskać dłoń „hrabiemu von Rostowskiemu”. Ale od tego także nie upadają rządy ani parlamenty nie skracają kadencji.

W polityce niczym dziwnym ani nienormalnym nie są rozmowy kuluarowe, ustalanie różnych spraw, nawet personaliów, sondowanie opinii partnerów, przekonywanie do swoich racji. To normalny jej element. Wszystko w porządku, gdy rzecz dotyczy spraw państwowych, rozważanych w dobrej intencji, a nie jakichś działań nielegalnych, prywatnych szwindli czy osobistych korzyści. Takie nieformalne rozmowy stanowią jedną z form uprawiania polityki. Tak jest nie tylko w republikach bananowych, jak sądzi jeden z popularnych publicystów, ale wszędzie. Od Waszyngtonu przez Londyn, Berlin, Moskwę po Tokio. Ludzie na co dzień nieinteresujący się polityką albo znający ją tylko z telewizji mogą tego nie wiedzieć, ale publicyści polityczni powinni mieć świadomość, że politycy nie tylko spotykają się na oficjalnych, protokołowanych spotkaniach, ale również rozmawiają ze sobą, uzgadniają stanowiska, także w warunkach nieoficjalnych. Krótko mówiąc, nagranie rozmowy Sienkiewicz-Belka pokazało, jeśli ktoś tego dotąd nie wiedział, że polityka ma nie tylko salon, ale i kuchnię.

Sienkiewicz z Belką nie planowali żadnych działań nielegalnych, nie uzgadniali prywatnych szwindli, wyrażali troskę o państwo, o jego interes, tak jak go pojmowali. Czy pojmowali dobrze? To inna sprawa. To ocenią w niedalekiej przyszłości wyborcy.

Jedynym zarzutem, jaki można postawić rozmówcom, jest ten, że dali się nagrać. A że dał się nagrać minister spraw wewnętrznych, a zarazem koordynator służb specjalnych, to zdarzenie nabiera szczególnego smaczku…

Skoro panowie chcieli odbyć poufną rozmowę, po co umawiali się w knajpie? Dlatego że dobra, prestiżowa? Że duży wybór win? Snobizm i nieostrożność. To drugie szczególnie nie przystoi nadzorcy wszystkich tajnych służb. Chcieli pogadać oficjalnie, mogli się spotkać w gabinecie jednego z nich. Mam nadzieję, że gabinety prezesa Narodowego Banku Polskiego i ministra spraw wewnętrznych są zabezpieczone przed podsłuchami. Chcieli pogadać nieoficjalnie i w swobodniejszej atmosferze – to w polityce też przyjęte – trzeba było się wybrać np. do willi MSW na ul. Zawrat. Też na Mokotowie. I willa przyzwoita, i ogród ładny. W sam raz na lato. Kuchnia może gorsza niż u Sowy, mniejszy wybór win, ale dyskretniej i bezpieczniej. Jest jeszcze kilka takich adresów w Warszawie i okolicy, zapewne znanych obu panom.

Teraz głównym zadaniem ministra Sienkiewicza (i jak sam mówi melancholijnie, zadaniem ostatnim) jest wytropić, kto go nagrał.

Media podpowiadają liczne wersje, angażują ekspertów, w tym eksszpiegów. Podejrzenie jest kierowane na obce służby (czytaj: rosyjskie). Telewizyjni eksperci oceniają profesjonalizm i jakość nagrań. Wychodzi im, że musiała je zrobić profesjonalna służba. Z ekranów wieje grozą i tajemnicą.

Czekam z ciekawością na wynik poszukiwań. Nagranie jak nagranie. Można je było wykonać byle aparatem telefonicznym albo chińskim dyktafonem. Mógł to zrobić każdy. Naprawdę nie trzeba tu specjalisty o szczególnych szpiegowskich kwalifikacjach.

Paradoks polega na tym, że dzisiaj wszyscy wszystkich podsłuchują i nagrywają. Michnik Rywina, uczniowie nauczyciela, żona męża, pracownik pracodawcę, pracodawca pracownika. Największe ograniczenia ustawowe w tym zakresie mają służby. I wiele wskazuje na to, że ograniczenia te zostaną jeszcze zwiększone. Powinien o tym koniecznie pogadać minister spraw wewnętrznych z rzecznikiem praw obywatelskich. Może niekoniecznie w restauracji.

 

Wydanie: 26/2014

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy