Wyzysk samarytanek

Koniec XX wieku zapisuje się fatalnie w historii naszego kraju. Stopa bezrobocia osiągnęła zastraszająco wysoki stan, dramatycznie powiększył się obszar ubóstwa, znacząco spadły zarobki pracownicze i realna wartość świadczeń z ubezpieczenia społecznego, rent, emerytur i zasiłków. Wiele polskich rodzin żyje w skrajnej biedzie. Państwo nie prowadzi polityki zapewniającej wszystkim obywatelom przyzwoity poziom życia.

Największą hańbą tego czasu jest nędza kobiet, które zasługują na szacunek najwyższy. Są to pielęgniarki niosące pomoc ludziom chorym i cierpiącym. Od dawna już samarytanki polskie wespół z położnymi upominają się bezskutecznie o godziwe wynagrodzenia za swą ofiarną, nie mającą sobie równych, pracę.
Albert Camus pisał w książce z 1952 r. pt. “Człowiek zbuntowany”, że “bunt rodzi się w obliczu niedorzeczności wobec losu niesprawiedliwego i niepojętego”. Wybitny pisarz trafnie zauważył, że ruch buntu nie jest w swej istocie ruchem egoistycznym (choć może mieć “determinacje egoistyczne”). Człowiek buntuje się bowiem tak samo przeciw kłamstwu, jak i przeciw uciskowi. Rodzi się również na widok ucisku, którego ofiarą jest ktoś inny. Taki bunt jest wyrazem solidarności z ludźmi wyzyskiwanymi.
Są to prawdy oczywiste dla każdego myślącego i wrażliwego na krzywdę ludzką człowieka. Ale nie dla polityków spod dawno spłowiałych, solidarnościowych sztandarów. Rząd premiera Buzka, zarówno w składzie koalicyjnym, jak i obecnym, zdominowanym przez AWS, nie zrobił nic, aby usunąć ciężkie błędy tzw. reformy służby zdrowia, która doprowadziła do degradacji płac pielęgniarek i położnych. Jątrzący się jak rana od 1999 r. spór o podwyżki płac dla tej grupy nie został rozwiązany zgodnie z ustrojową zasadą sprawiedliwości społecznej (zapisaną w art. 2 Konstytucji). W państwie obowiązanym do urzeczywistniania tej zasady wynagrodzenie za pracę powinno być godziwe, zgodne z ilością i jakością pracy oraz kwalifikacjami wymaganymi przy jej wykonywaniu (art. 10 i 78 kodeksu pracy). Obowiązek dbałości o to, aby nikt w państwie nie był wyzyskiwany, spoczywa na rządzie, który jest podmiotem polityki społecznej w dziedzinie zatrudnienia, płac i spraw socjalnych. Tego jednak nie zrozumiała albo nie chciała zrozumieć obecna ekipa rządząca, uchylając się od obowiązku pilnowania prawidłowych proporcji płac pod pretekstem, że adresatem protestów nie może być państwo, które nie jest pracodawcą pielęgniarek i nie ma w swym budżecie środków na podwyżki wynagrodzeń.
Dopiero ostatnio, pod wpływem ogólnokrajowego buntu kobiet, które ogarnięte desperacją zaprotestowały przeciw okrutnemu wyzyskowi, coś w głowach rządowych zaczęło wreszcie świtać. Bierny od przeszło roku rząd postanowił wystąpić z projektem nowelizacji ustawy o negocjacyjnym systemie kształtowania przeciętnych wynagrodzeń. Objęcie przepisami tej ustawy pracowników służby zdrowia może, zdaniem rządu, ukrócić samowolę kas chorych w narzucaniu głodowych płac pielęgniarkom i położnym. Czy tak się stanie, nie jest wcale pewne.
Próba rozwiązania palącego problemu na tej drodze zasługuje jednak na uwagę. Nasuwa się natomiast pytanie, dlaczego dopiero teraz, gdy ciągnący się od dawna, słuszny protest przybrał tak ostre formy (z blokadą dróg włącznie), rząd przypomniał sobie o powinności prowadzenia polityki spoczywającej na państwie urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej? Nic nie usprawiedliwia ponad rocznej zwłoki z podjęciem próby zlikwidowania konfliktu, który już wiele miesięcy temu przybrał niezwykle dramatyczną postać, gdy zrozpaczone pielęgniarki zdecydowały się na okupację gmachu Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Jedynym skutkiem tamtego protestu było usunięcie siłą głodujących sióstr z budynku rządowego.
Strajk samarytanek kompromituje Polskę w oczach zagranicy. Co gorsza, jest on tylko “wierzchołkiem góry lodowej”. Wybuch powszechnego, społecznego gniewu może być już tylko kwestią czasu.
Rządzący powinni zrozumieć, że zacofana socjalnie Polska nie ma szans na szybkie członkostwo w Unii Europejskiej. Po szczycie w Nicei władza wpadła w euforię, uznając przyjęcie naszego kraju do Wspólnoty Europejskiej za sprawę przesądzoną. Krótkowzroczni politycy nie zdają sobie sprawy z kłopotów, jakie powstaną przy ocenie stopnia dostosowania polskiego prawa do wymagań socjalnych Unii. Przyjęta ostatnio w Nicei Karta Podstawowych Praw Unii Europejskiej przewiduje m.in. prawo każdego pracownika do sprawiedliwych i godnych warunków pracy. Polska już od dawna jest obowiązana do zagwarantowania pracownikom prawa do korzystania z takich warunków zgodnie z art. 7a Międzynarodowego Paktu Praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych z 1966 r., który został przez nasze państwo ratyfikowany.
Europejskim aspiracjom Polski szkodzą też wypowiedzi niektórych eurosceptyków ostrzegających przed uleganiem “pokusie wrażliwości społecznej”, grożącej rzekomo powrotem do realnego socjalizmu. Idea ochrony ludzi słabych nie jest wyłącznie socjalistycznym wymysłem. Jest równie stara jak nasza śródziemnomorska cywilizacja. Wielki Perykles, twórca demokracji ateńskiej, już blisko 2500 lat temu powiedział w słynnej mowie na cześć żołnierzy poległych w pierwszym roku wojny peloponeskiej: “Wykraczać przeciw niepisanym prawom, które biorą w opiekę ludzi upośledzonych, znaczy ściągnąć na siebie powszechną niesławę”.
Niech też zadufani w swą charyzmę przywódcy narodu nie liczą na gładkie przejście w przyszłym, ogólnokrajowym referendum decyzji o przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Wyborcy nie zgodzą się na wyrzeczenia, jakie wiązać się będą nieuchronnie z członkostwem w Unii w początkowym przynajmniej okresie. Polskie społeczeństwo nie da się już zwieść idei prometeizmu upatrującego sens życia jednostki w rezygnacji z własnego szczęścia dla dobra następnych pokoleń. Przeszłość należy teraz do ludzi dążących do własnego dobrobytu, preferujących zatem tzw. dionizyjski styl życia.

Wydanie: 1/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy