Garść słów

Garść słów

Wigilia u przyjaciół. Wspominamy dawną wspólną wigilię, jestem pewien, że spędzaliśmy ją kilka lat temu. A okazuje się, że minęło lat 20. Za następne 20 będę miał 90 lat, jeśli jeszcze będę. Być tak długo to nie jest rozsądne ani humanitarne. W pierwszy dzień świąt u rodziny żony. Ciocia Danusia w dobrej formie, za to jej brat nie widzi, nie słyszy, ale zajadły pisowiec. Jak się nie widzi, nie słyszy, to rozumiem, że można kochać „Prawo i Sprawiedliwość”. Ciocia Danusia ma skrajnie odmienne poglądy na politykę. Ma wielką ochotę oglądać nowy serial o Agnieszce Osieckiej, problem, że on na pierwszym programie TVP. Jak wejść w coś tak obrzydliwego? Dobrze to oddaje stan naszych emocji.

Jak zmieni świat pandemia? Oczywiście tego nie wiemy, to się ułoży jakoś inaczej, niż oczekują ci, którzy odważają się przewidywać przyszłość. Zawsze jest inaczej. Są trzy opinie, każda może być prawdziwa. To zmiana rewolucyjna, będzie bardzo inaczej. Drugi pogląd: sporo się zmieni. I trzeci: nic się nie zmieni. Jedno pewne – świat wyskoczył z kolein, którymi jechał w wielkim pędzie, zagarniając co się da, więcej pieniędzy, jedzenia, przyjemności. Ale czy w te koleiny nie wskoczy na powrót?

Ludzie mniej się spotykają, prawie wcale się nie spotykają, to pogłębi problem naszej cywilizacji, a jest nim zanik bezpośrednich kontaktów, brak spotkania w cztery oczy z innym człowiekiem. A przecież jesteśmy zwierzętami stadnymi, izolowanie się nie jest bezkarne dla naszej psychiki. Epidemia depresji musi mieć związek z zanikiem życia stadnego, wielopokoleniowych rodzin. I jest lęk. Strasznie żyć w lęku. Wirus niewidoczny, przenosi się tajemnymi drogami, krąży w powietrzu, osadza się na przedmiotach. A efekty pandemii zagrażają podstawom naszego bytu, firmy bankrutują, ludzie tracą pracę lub im to grozi. Utrata pracy obok rozwodu i śmierci kogoś bliskiego należy do najbardziej traumatycznych doświadczeń. Większość ludzi do tej pory funkcjonowała wedle wyznaczonych reguł gry, zdawało się nam, że panujemy nad rzeczywistością. Poczucie bezpieczeństwa to jedno z najważniejszych ludzkich złudzeń, bez tego życie staje się udręką.

Kolejni znajomi się rozwodzą, inni właśnie się pobierają. Myśląc o instytucji małżeństwa – jak często to, co miało być podporą, staje się dybami.

U stomatolożki, bo ukruszył mi się kawałek zęba, tak, już się kruszę w różnych miejscach. Widujemy się raz na rok, to komplement dla moich zębów. Potem sesja zdjęciowa. Bardzo mi się nie chciało i marudziłem, trzeba było jeszcze brać jakieś ubrania i się przebierać. Pozowanie do portretu ma ciekawy aspekt psychologiczny, zakładanie i zdejmowanie masek, robienie min i gąb. Mizdrzenie się. Nie ma jednej prawdy na temat naszej twarzy, są liczne jej warianty. A prawda nie zawsze jest piękna, irytuje to szczególnie kobiety, więc chcą kłamstwa. Widać to świetnie na Facebooku, jakie zdjęcia są na profilu – sprzed lat i zwykle wyidealizowane. Mądrzę się, a sam mam takie dawne i wylizane. Napisałem i od razu je zmieniam na bardziej aktualne.

Po kilku latach ponownie czytam dzienniki pisarki Anny Kowalskiej. Utalentowanej, ale znanej głównie z tego, że była przyjaciółką Marii Dąbrowskiej. I to był dramat jej życia, rola tej mniej znanej, uwikłanie miłosne, biseksualność. Dąbrowska spijała z niej wszystkie soki, była pająkiem, a Kowalska muchą. Piekielnie inteligentna, cenił jej mądrość Miłosz. Obie pisały dzienniki, oba świetne. Nowy wymiar ich związkowi daje wydana dopiero co książka Sylwii Chwedorczuk „Kowalska. Ta od Dąbrowskiej”, w niej wiele cytatów z setek ich listów, niektóre bardzo namiętne. Miłosz tak kiedyś napisał o Dąbrowskiej: „Ten trochę zezowaty karzełek, z grzywką przyciętą na pacholę, był dla mnie ostatnią istotą, do której mógłbym zwracać erotyczne zapały”. Tak, Dąbrowska nie była urodziwa, ale była prawdziwą pięknością przy Annie Kowalskiej. Listy i dzienniki pisarek czasami zmuszają nas, by wyobrazić sobie, jak uprawiają seks. Nie jest to łatwe zadanie dla wyobraźni. Dokładam sobie jeszcze fragmenty dziennika mojego ojca, gdzie wspomina spotkania z pisarkami. A one z kolei piszą co jakiś czas o nim. Obraz ma zatem kilka wymiarów. Odwiedziłem z rodzicami pisarki w Komorowie, pamiętam tylko tulipany w ogrodzie i małego, chyba białego psa Dyla. A w finale myśl typowa dla depresyjnego osobnika, jakim jestem: wszystko to marność nad marnościami, tyle było emocji, namiętności, tyle życia, a potem zostaje garść słów, o ileż jednak więcej niż po większości ludzi.

t.jastrun@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 2/2021

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy