Przewodniczka ze stoczni

Przewodniczka ze stoczni

Miasta otwierają się na różne sposoby: najpierw mapujemy dwa, trzy ulubione miejsca i rozpoznajemy kilka ulic, które do nich prowadzą. To mogą być np. teatry albo mieszkania przyjaciół. Wiadomo, bruk jest najbardziej wyświecony wokół zabytków i tej czy innej centralnej fontanny. Współczesny turysta nadal orientuje się za pomocą gwiazd, ale są to gwiazdki w internecie – prowadzą do konkretnych restauracji. Ale i tak największą przyjemność z poznawania nowego miasta mają ci, którzy się do niego przenoszą. Towarzyszy im świeżość i patos punktu zero – zaczynają od nowa. O fantazjach na temat „czasu zaczynania” pisał Rüdiger Safranski: „W każdym prawdziwym początku tkwi szansa na zmianę. Człowiek chce się uwolnić od więzów przeszłości – od swej historii, tradycji, tysiąca rzeczy, w które jest uwikłany”.

Do Gdańska przyjeżdżam na tyle często, że mogę zapuszczać się w dalsze dzielnice albo do parków. Rytualne chodzenie po starym mieście i muzeach mam już zaliczone. A jednak nigdy wcześniej nie doszłam do końca szlaku spacerowego od „old town” do Europejskiego Centrum Solidarności. A jest to wyjątkowa trasa, przy szerokim korycie Motławy – od pewnego momentu zupełnie pusta. Kiedy kończą się przybrzeżne knajpki, mija się karuzelę, a potem apartamentowce, dalej jest już tylko betonowy płot z pracami grafficiarzy. Ale po prawej stronie cały czas widać wodę, a z daleka statki i przemysłowy krajobraz po drugiej stronie. Kiedy kończy się beton, dostrzegamy także koniec drogi. Wydaje się, że dalej jest tylko błoto. Do ECS szłam zawsze od strony centrum. Pusta betonowa droga musiała wydawać mi się w pewnym momencie nużąca, skoro zawsze zawracałam. A może trochę się bałam, bo naprawdę rzadko ktoś tamtędy chodził, w każdym razie poza sezonem.

Tym razem co jakiś czas widziałam przed sobą postać w żółtej kurtce; czasem przystawała, żeby zrobić zdjęcie. Nawet z daleka było widać, że aparat ma solidny, ciężki obiektyw. W pewnym momencie postać całkiem zniknęła mi z pola widzenia. Zachmurzyło się i wiatr stał się trudny do zniesienia. Nad starym miastem pewnie już lało. Pomyślałam, że jest za późno, przed deszczem nie ucieknę, i poszłam dalej, w stronę, że tak powiem, błota. Tym bardziej że wielki, żółty napis głosił: „TEREN PRYWATNY. ZAPRASZAMY”. Minęłam kępki mchu, betonowe koła, olbrzymie kałuże i wkrótce zostałam nagrodzona: obok ceglanego budynku stał stoczniowy żuraw, a wokół niego wysokie metalowe rzeźby zbudowane z odpadów postindustrialnych. Antropoidalne rzeźby roboty i rzeźby zwierzęta: quasi-strusie, zombie-krokodyle, trochę psy. Metalowe kółka kręciły się na wietrze. Wyjęłam telefon, żeby zrobić zdjęcie, ale aparat natychmiast zamókł. Kątem oka zobaczyłam dziewczynę w żółtej kurtce. – Jeśli nie chce pani zmoknąć, może pani schować się w tamtej hali, jest otwarta! – zawołała i spojrzała w stronę stoczni. A potem weszłyśmy między budynki.

Natychmiast zapomniałam o deszczu i teraz nie pamiętam nawet, w którym momencie przestał padać. Następne dwie godziny spędziłam z dziewczyną, która opowiedziała mi historię słynnych nitowanych drzwi, podwórek, hali silników i narzędziowni. Pokazała mi zabytkową fasadę hali formierni i ślusarni. Zaprowadziła na podwórze, które zachowało wygląd XIX-wiecznej stoczni – z oryginalnym brukiem i fragmentem przemysłowego torowiska. Potem obejrzałyśmy katamaran, który stoczniowcy naprawiali w czynnej, otwartej hali. Bo w stoczni zabytkowe przestrzenie sąsiadowały z pełnymi życia halami, gdzie robotnicy wykonywali cięższe i lżejsze prace. Ja zapuszczałam żurawia do hal, ona opowiadała historie pracownic, np. suwnicowych i spawaczek. Opowiedziała mi też o słuchowisku „Stocznia jest kobietą” (po powrocie do domu na stronie projektu „Metropolitanka” wysłuchałam opowieści samych pracownic). Kiedy stałyśmy na moście pontonowym, nagle wyszło słońce. Było piątkowe popołudnie i stoczniowcy po pracy przechodzili na drugą stronę.

Dziewczyna, opowiadając o dokach i remontach dna statków, dała mi znak, żebym szła za nią dalej. Znalazłyśmy się w ECS i po chwili byłam już w windzie. Z dachu, który jest zaniedbywanym przez turystów punktem widokowym, oglądałam Gdańsk. Zapytałam tę charyzmatyczną dziewczynę, jak ma na imię i kim jest. Kasia Tarnowska, przewodniczka. Między innymi po stoczni, np. śladami pracujących tam kobiet. Patrzyłam na przewodniczkę Kasię i dobrze myślałam o ludziach: po prostu poświęciła mi czas w pewien deszczowy dzień w lutym. Ta ciepła, wspaniała osoba. Polecam więc Państwu spacery z Kasią Tarnowską i jej Instagram „ciekawygdansk”, gdzie można się z nią skontaktować i zamówić taki spacer.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy