Bryłka lodu

Bryłka lodu

Mój mały Franio urasta do najwierniejszego w Polsce wyborcy Bronisława Komorowskiego. Z Antosiem i z mamą oglądali Opole, było głosowanie na piosenki. Antoś zapytał: „Mama, na kogo będziesz głosować?”. Mama nie odpowiedziała, na co Franio: „A ja będę głosować na Komolowskiego”.

Zauważyłem, że ze znajomymi nie rozmawiamy o polityce. Jakby to była sfera niesmaku i zgorszenia. Nie ma co się obrażać na rzeczywistość, trzeba ją zrozumieć. Utarło się przekonanie, że Polacy robią głupstwa, ale w finale zachowują się racjonalnie. Jakby nie było finału zaborów. Problem, że spora część sceny politycznej stała się irracjonalna.

Nadzieja, że Paweł Kukiz zachowa zdrowy rozsądek, nie jest oparta na mocnych podstawach. Myślę o tych młodych, którzy znowu zostaną zawiedzeni. Młodych do niedawna zawodzili Palikot i Platforma. Nadzieja jednak, jak wiadomo, odradza się niezwykle wytrwale. Morduje ją radykalnie depresja. W środku upalnego lata czuję się zamknięty w bryłce lodu. Jak mogło mnie to trafić o tej porze roku? Brak nadziei zawsze sprzyja myślom samobójczym. Mówiąc bardziej elegancko, zaczyna się myśleć, jak zafundować sobie nieistnienie. Tam czysto, higienicznie i nic nie boli. Współczuję ludziom, którzy wierzą w życie pozagrobowe, to dopiero byłaby zgroza. Przypomina mi się Witkacy, który często straszył bliskich i znajomych samobójstwem. I to nie była tylko kokieteria. Ale musiała wybuchnąć II wojna światowa, Sowieci musieli przekroczyć polską granicę 17 września, by w końcu mu się udało. Nagle spróbowałem ujrzeć Witkacego, któremu udaje się przeżyć okupację i żyje w Polsce stalinowskiej. I nie dałem rady. O wiele mi łatwiej wyobrazić sobie w tej sytuacji Gombrowicza. Intuicyjnie czuję, że przy tym typie narcyzmu, na jaki cierpiał, też dałby się złapać w sieć obłędu tamtych czasów. Rozmawiałem o tym kiedyś z Miłoszem, który myślał podobnie. A bryła lodu, w której jestem, już na szczęście topnieje.

Gorszy mnie wyrok więzienia dla gen. Kiszczaka, chociaż w zawieszeniu. A przecież padłem ofiarą stanu wojennego, bardziej niż wielu innych. Moje „lodowe” problemy stamtąd się wywodzą. W roku wielkiej zmiany, ‘89, generał osobiście oddał mi maszynę do pisania, która przez kilka lat była jeńcem na Rakowieckiej. Nie miałem powodów do specjalnej wdzięczności, ale było to surrealistyczne doświadczenie, gdy się spotkaliśmy w jego gabinecie; maszyna stała na stole i puszczała do mnie oko. Bywałem w tym budynku wielekroć w innej roli, dwa lata przedtem. Maszyna też stała na stole, a płk M. szantażował mnie: „Oddamy panu maszynę, jeśli nie będzie pan na niej pisał utworów godzących w Polskę Ludową”. No proszę, jaka ważna była wtedy poezja. Z poczuciem dziwności świata odmówiłem złożenia takiego zobowiązania. A potem jaka odmiana. Teraz widzę, jak wiozą Kiszczaka na wózku, przykryty jest identycznym kocem w kratkę, jakim okrywaliśmy nasze dzieci. Jest coś nieprzyzwoitego w karaniu tak sędziwego człowieka po tylu latach.

Na Facebooku znajduję kolegę z celi w Białołęce. Dawno nie rozmawialiśmy. W stanie wojennym wsadzili go za jakąś akcję plakatową i ulotkową w fabryce, gdzie był suwnicowym. Pisze mi: „U mnie nie jest źle, choć mogło być lepiej. Dalej jestem bezrobotny i bez zasiłku opieki społecznej, dostaję zapomogę pieniężną i opłacają światło. Brat jest w Anglii, pracuje legalnie na taśmie przy pakowaniu żywności. Szukam pracy, ale jak mnie zobaczą, a nie wyglądam dobrze, to stara śpiewka: »Skontaktujemy się z panem«. Chodzę na posiłki do jadłodajni dla ubogich. Do kapucynów bosych na ul. Miodowej i na ul. Żytnią. Jak się nie ma pracy i zarobków, to pozwala przeżyć. Polecam ci w razie czego”.

Zazdroszczę mu dobrego humoru, mimo wszystko. Potem piszemy do siebie o polityce, jest zupełnie odporny na populizm i pisowskie ekstremizmy, jak i na wielkie obietnice Dudy. Na dodatek jest ateistą i wkurza go ekspansja Kościoła. Nie ma żadnego wykształcenia, nic nie wyniósł z domu, jego uniwersytetem stała się Białołęka. Już wtedy uderzyły mnie jego prawość i rozsądek. Z tym chyba trzeba się urodzić.

Był w naszej celi jedynym robotnikiem z krwi i kości. Uczyliśmy się siebie nawzajem. Wbrew pozorom w Polsce Ludowej te grupy też były od siebie odseparowane. Dzisiaj takie podziały już się dezaktualizują. Chłopi stają się farmerami, a robotnicy zmierzają w stronę klasy średniej. Bezrobotni nie pasują do współczesnego krajobrazu.

Przekonanie, że PO już nic nie pomoże, że doigrali się, jest tak powszechne, że zaczyna być faktem, który potrwa zapewne do wyborów. To bardzo sprzyja NowoczesnejPL, pod warunkiem że pokażą nie tylko garnitury, liberalne kły i pazury. Wszędzie brakuje ludzi z dużą osobowością, tylko toksyczności i nienawiści u nas pod dostatkiem. Zapiekłość na górze zatruwa nas. A przecież jesienią może być o wiele gorzej.

Wydanie: 26/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy