Pożegnanie z Marszałkiem

Pożegnanie z Marszałkiem

Zaledwie kilka tygodni minęło od dnia, gdy przyniósł do redakcji swój ostatni komentarz. Przyszedł, bo to była żelazna zasada postępowania Aleksandra Małachowskiego. Być z ludźmi. A skoro do nas pisał, to chciał też wiedzieć, jak żyjemy i jak się mamy. Przez kilka lat regularnie bywał na Brzozowej. To były przyjacielskie, niemal rodzinne wizyty. Zawsze życzliwy, trochę zadumany lub pogodny mimo coraz bardziej widocznych śladów postępującej choroby. Walczył z nią, bo taką miał naturę. Całe życie o coś walczył.
Był z nami od pierwszego numeru „Przeglądu”. Choć bliżej poznaliśmy Go jeszcze w „Przeglądzie Tygodniowym”, gdzie po dłuższym namyśle zaczął drukować swoje komentarze. Namawiałem Go na to dość długo. No i zaczął czytać tygodnik i przyglądać się redakcji. Tak od wywiadów i sporadycznych tekstów doszliśmy do stałych „Zapisków politycznych”. Na tę decyzję Aleksandra Małachowskiego wielki wpływ mieli nasi czytelnicy. Pokochali Go od samego początku. Tylu listów, które dostawał co tydzień, mogą Mu pozazdrościć idole popkultury. I to jakich listów! Mądrych, często bardzo osobistych ocen, próśb o pomoc i interwencję. Bo wierzono, że nie zawiedzie, że spróbuje pomóc. Ta wiara miała swoje korzenie w „Telewizji nocą”, którą przed laty oglądały miliony widzów, choć nie był to „Big Brother”, lecz uczciwe, serdeczne rozmowy o najważniejszych sprawach.
Jego życiorys to gotowy scenariusz filmu sensacyjnego. Tylko kto z młodych uwierzy, że jeden człowiek mógł przeżyć tyle cierpień i bolesnych doświadczeń, a mimo to pozostał wielki duchem, dobry i prawy. Pochodził z ziemiańskiej rodziny i choć poglądami oderwał się od swojej sfery, to do ostatnich dni zostały w Nim najszlachetniejsze cechy wielkich rodów.
Był człowiekiem lewicy. Tej prawdziwej. Szanującej każdego człowieka, patriotycznej, myślącej kategoriami państwa i wolności obywatelskich. I to On, żołnierz AK, więzień NKWD i stalinowskich obozów, usunięty za poglądy z uczelni, członek „Solidarności” internowany w stanie wojennym mimo takich przeżyć, głosił idee drzewa oliwnego i porozumienia na lewicy. Był tej lewicy sumieniem. I pozostaje wierzyć, że to Jego poglądy i wielkie dzieło życia posłużą odrodzeniu tej formacji.
Szedł pod prąd modnym poglądom. Krytykował możnych, gdy inni ze strachu milczeli, i bronił, gdy próbowano ich linczować. Mówił tak, jak myślał. Nie było w Nim cienia fałszu.
Panie Redaktorze,
żegna Cię Stowarzyszenie Dziennikarzy RP, którego byłeś najznakomitszym członkiem i przewodnikiem.
Panie Aleksandrze, Przyjacielu,
żegna Cię zespół „Przeglądu” i tysiące czytelników.
Nie odejdziesz. Postaramy się pójść Twoją drogą.

 

 

Wydanie: 6/2004

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy