Zapomniana i nieudana rocznica

Zapomniana i nieudana rocznica

Natłok tegorocznych, letnie tylko wspominając, podniosłych jubileuszy, którymi żywi się nasza „polityka historyczna” (70-lecie powstania warszawskiego, 150-lecie powieszenia Romualda Traugutta, 100-lecie wkroczenia pierwszej kadrowej do Kongresówki), każe mi na odtrutkę wspomnieć o rocznicy zapomnianej w tym morzu patosu.
Od 4 maja 1814 r. Napoleon I przebywa na Elbie, gdzie zesłany został decyzją zwycięskich koalicjantów. W ostatnich dniach lipca wysyła do przebywającej we Florencji Marii Walewskiej list, w którym czytamy: „Jedź do Neapolu, uregulować swoje interesy (…), spotkamy się, gdy będziesz tam jechała albo w drodze powrotnej”. Droga z Florencji do Neapolu nijak nie prowadzi przez Elbę. Przejrzyste przesłanie jest więc proste: „Przyjeżdżaj do mnie, kiedy tylko możesz!”. Maria rozumie je doskonale. Już miesiąc później, gdy tylko udaje jej się poinformować o tym Bonapartego, na wynajętym statku żegluje ku Elbie wraz z ich małym synkiem Aleksandrem i bratem Teodorem.
Na wyspie trwają gorączkowe przygotowania. Żeby ukryć przybycie kochanki przed szpiegami austriackimi, ale także ciekawskimi tubylcami, Walewska przybić ma do brzegu nie w Portoferraio, jak wszystkie statki z Włoch, ale w odludnej zatoce 20 km dalej. Stamtąd pojechać natychmiast do klasztoru Madonna del Monte, w najbardziej wyludnionym zakątku wyspy, gdzie gotowe są już uczta i cele przemienione w komnaty. Tuż obok tajemniczej zatoki czeka czterokonna kareta. Na powitanie, w czwartek 1 września 1814 r. (równo 200 lat temu), schodzi na plażę wielki marszałek dworu hrabia Henri Gatien Bertrand. Nie dojechali jeszcze do miasteczka Marciana Alta, w pół drogi do celu, gdy napotykają grupę jeźdźców. To sam Napoleon wyjechał naprzeciw. Niedaleko od Madonna del Monte nieoczekiwana przeszkoda. Letnia burza uczyniła drogę nieprzejezdną dla powozu. Trzeba iść piechotą pod górę. Napoleon niesie na rękach małego Aleksandra, z rzadka tylko pozwalając się wyręczyć jednemu z oficerów gwardii, kapitanowi Bernottiemu. Pełna sielanka.
Trwa ona i następnego dnia. Czułości, wspomnienia z dzieciństwa. Na cesarskie śniadanie zaproszeni zostają ku czci Marii oficerowie przebywającego na wyspie szwadronu polskich szwoleżerów pod pułkownikiem Pawłem Jerzmanowskim. Są nawet tańce. Bonaparte prosi Walewską do… poloneza. Wiadomo jednak (dlatego tylko ośmielam się przypomnieć tę rocznicę), że w polskiej historii to tylko się ceni, co kończy się tragicznie, a przynajmniej w kirach smutku. Napoleon nie docenił wścibskości Włochów. Tymczasem cała wyspa już wie, że do wielkiego zesłańca przyjechała incognito piękna kobieta z dzieckiem, której powóz eskortował we własnej osobie. Wniosek oczywisty: przybyła cesarzowa Maria Ludwika. Mer Portoferraio nie mógł oczywiście podarować sobie takiej okazji. Miasteczko pokryło się transparentami ku czci Jaśnie Pani, a wiernopoddańcza delegacja ruszyła w stronę Madonna del Monte. Poinformowany o tym Napoleon się wściekł. Przecież wciąż liczył, że prawowita małżonka zapewni mu cichy alians z Austrią. Najgorszy moment ku temu, żeby miała się poczuć upokorzona. Nie wiedział, naiwny, że ona dawno już postawiła na nim kreskę i związała się z przystojnym fircykiem – hrabią Adamem Albrechtem von Neippergiem. Wydawało mu się, że przedkłada rację stanu nad sentymenty. Nakazuje Walewskiej, mimo że rozpoczął się sztorm i warunki żeglugi są w najwyższym stopniu niebezpieczne, natychmiast opuścić Elbę (4 września 1814 r.). Ona jak zawsze poddaje się jego woli. Ale uraza pozostanie już na zawsze. Spotkają się potem jeszcze jeden jedyny raz, po Waterloo i drugiej abdykacji, w Malmaison, w poniedziałek 26 czerwca 1815 r. (Marian Brandys w „Kłopotach z panią Walewską” mylnie podaje datę 28 czerwca). Ona szlachetnie proponuje mu, że uda się z nim na wygnanie. On wie jednak, że to już tylko litość, a nie miłość. Z godnością odmawia. Rok później (7 września 1816 r.) zostanie Maria Walewska żoną hrabiego Filipa-Antoniego d’Ornana.
Z okazji elbiańskiej rocznicy można by napisać romans, co się zowie. Są tu wszelkie ingredienta: cesarz, niewierna cesarzowa, oddana kochanka, hrabiowie, którzy o nie zabiegają – jeden dobry, drugi szwarccharakter, dzika wyspa (vide Monte Christo Aleksandra Dumasa ojca). Są też tak bliskie polskiemu sercu: tragedia, ból i szat szarpanie. W epilogu wyrastają z tego wszystkiego dwa wielkie rody: Walewskich – Aleksander był ministrem spraw zagranicznych Napoleona III, dzisiaj spadkobiercy Aleksander Christian i Florian są wielkimi przemysłowcami, i d’Ornanów – których francuskie „Who’s Who” nie może się doliczyć. Ale taka powieść w Polsce nie powstanie. Choćby dramatyczna, nie dość patriotyczna i katolicka. W Rzeczypospolitej Maria Walewska musi zostać tą tylko, która gwałcona (bo jakżeby inaczej) szeptała Napoleonowi do ucha: „Najjaśniejszy Panie, a Polska?”. Na Elbę zaś w ogóle nie powinna była jechać, bo z jednej strony stwarzało to pozory przyzwolenia na stosunki pozamałżeńskie, a z drugiej – on już nic nie mógł dla nadwiślańskiej ojczyzny uczynić. Czyli moją rocznicę diabli wzięli.

Wydanie: 34/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy